Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Runda Doha a przyszłość wolnego handlu

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Karol Cienkus
 
Oficjalny początek działalności Światowej Organizacji Handlu (ang. WTO- World Trade Organisation) 1 stycznia 1995 r., będący efektem wieloletnich prac w ramach Rundy Urugwajskiej, stał się dla wielu dowodem na skuteczny wpływ polityki wielostronnych negocjacji w kwestii liberalizacji światowych przepływów handlowych. WTO, stając się instytucjonalną platformą współpracy państw na płaszczyźnie prowadzonych negocjacji handlowych, miała zintensyfikować wdrażanie i funkcjonowanie wielostronnych umów i regulacji.
 
 
Niewątpliwym sukcesem było znaczące obniżenie i związanie stawek celnych w handlu towarami, a także określenie zasad korzystania ze środków poza i parataryfowych. Okazało się jednak, iż w wielu dziedzinach, takich jak rolnictwo czy handel tekstyliami i odzieżą, zainteresowanym rządom nie udało się osiągnąć zamierzonych rezultatów. Nie znaczy to jednak, iż całkowicie pozostawiono te kwestie poza zakresem prac. Przeciwnie, miały stać się przedmiotem dalszych negocjacji, mających potwierdzić znaczenie i skuteczność nowej organizacji. Czy spodziewano się jednak, że Runda Doha, która miała być kolejnym etapem „uwalniania” światowego handlu, okaże się poważnym sprawdzianem dla idei, której realizacja stanęła w ostatnim dziesięcioleciu pod wielkim znakiem zapytania?
 
Rozpoczęcie nowej rundy negocjacyjnej nastąpiło formalnie w listopadzie 2001 r. na spotkaniu IV Konferencji Ministerialnej WTO w stolicy Kataru – Doha. Przyjęta Deklaracja ministerialna została nazwana Doha Development Agenda, odzwierciedlając tym samym priorytetowy cel przyszłych działań, czyli rozwój wielostronnego handlu ze szczególnym uwzględnieniem potrzeb państw rozwijających się. W paragrafie 2 deklaracji podkreślona została rola międzynarodowego handlu w promowaniu rozwoju gospodarczego i łagodzeniu zjawiska ubóstwa.Długookresowym celem miało być stworzenie rynkowego, ale uczciwego systemu handlowego za pośrednictwem fundamentalnych reform, szczególnie w dziedzinach będących w centrum zainteresowania zarówno państw wysoko rozwiniętych, jak i rozwijających się. Główne działania ukierunkowane zostały na: poprawę dostępu do rynków, redukcję (w celu stopniowego wyeliminowania) subsydiów eksportowych i znaczące zmniejszenie wsparcia zniekształcającego strumienie handlu.Inicjatorom nowej rundy zależało przede wszystkim na likwidacji ograniczeń handlowych w sektorze rolnictwa i usług, z perspektywą szerszego włączenia w ten proces ubogich krajów Afryki, Azji Południowo-Wschodniej i Ameryki Południowej przy jednoczesnym uregulowaniu relacji USA-Unia Europejska. Realia współpracy handlowej na początku XXI w. okazały się jednak dużo bardziej skomplikowane, niż założenia decydentów propagowane w kolejnych deklaracjach. Narastające problemy w nierozwiązanych w trakcie Rundy Urugwajskiej kwestiach doprowadziły nie tylko do impasu w negocjacjach, ale przede wszystkim do polaryzacji stanowisk wśród głównych grup uczestników wymiany handlowej. Najbardziej istotną osią sporu stały się kwestie handlu artykułami rolnymi, które są zarówno symbolicznym, jak i realnym wymiarem rozwojowych problemów najbiedniejszych państw globu. Bez rozwiązania kontrowersji handlowych w tym zakresie, uczestnicy Rundy z Doha z pewnością nie będą mogli mówić o prorozwojowych aspiracjach współczesnej polityki handlowej.
 
Rozwój protekcjonizmu rolnego w rozwiniętych gospodarkach przybierał na sile począwszy od lat 50. XX wieku, by osiągnąć apogeum w latach 80., kiedy wiele krajów stosujących tego typu politykę wyszło daleko poza samowystarczalność i zaczęło generować nadwyżki w produkcji rolnej. Nadwyżek tych można było się pozbyć jedynie stosując subwencje eksportowe oraz innego rodzaju ograniczenia handlowe. To zaś ograniczyło możliwości krajów biednego Południa, które posiadając komparatywną przewagę w wytwarzaniu artykułów żywnościowych, nie potrafiły sprostać konkurencji subsydiowanych produktów z państw rozwiniętych. Obecna sytuacja, pomimo znaczącej różnicy zdań pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską, nadal konserwuje stan nierównomiernego podziału korzyści z wymiany międzynarodowej. 
 
Już negocjacje w trakcie Rundy Urugwajskiej dały wielu obserwatorom sygnał, iż ewentualne rozstrzygnięcia w kwestii handlu rolnego będą musiały zostać przesunięte w czasie. W innym przypadku finalizacja już tej rundy mogła stanąć pod znakiem zapytania. Porozumienie w sprawie rolnictwa (ang. The Agreement on Agriculture-AoA), wypracowane podczas tych rokowań, mogło dać nadzieję na realne zmiany w zasadach prowadzenia wymiany w tej dziedzinie. Wyróżnienie określonych kategorii artykułów rolno-spożywczych pozwalało na skuteczne likwidowanie barier handlowych w stosunku do określonych w porozumieniu produktów w zakresie akceptowalnym dla wszystkich zainteresowanych. Subsydia eksportowe miały zaś być do roku 2000 zredukowane o 36% w ujęciu wartościowym i o 21% w kategoriach wolumenu (w odniesieniu do bazy z lat 1986-1990). Wielkość bezpośrednich subsydiów eksportowych wynosić miała 13,4 mld USD w skali świata, natomiast dzięki powyższym regulacjom ukształtowała się na poziomie 10,2 mld USD, co w ówczesnej sytuacji stanowiło ok. 3-4% wartości globalnego handlu rolnego. Szereg partykularnych wyłączeń (tzw. klauzula „waiver”) oraz pominięcie zagadnień związanych z polityką wewnętrzną państw, mającą pośredni wpływ na generowanie strumieni handlu, ukazało słabość przyjętego porozumienia. Co więcej, jego przyjęcie było możliwe jedynie dzięki tzw. kompromisowi z Blair House z listopada 1992 r., kiedy to USA i UE uzgodniły jedynie niewielkie ograniczenia w prowadzeniu Wspólnej Polityki Rolnej w Europie. Powyższe fakty oraz 6-letni okres wdrażania porozumienia sprawiły, iż konieczność dalszych zmian począwszy od 2001 roku była naczelnym wyzwaniem WTO u progu XXI wieku. Nieudane spotkanie ministerialne w Seattle w 1999 r. mające na celu rozpoczęcie nowej rundy negocjacji handlowych ukazało nie tylko słabość organizacji, ale przede wszystkim rozszerzyło spektrum problemu. Handel rolny stał się bowiem pretekstem do dyskusji nad negatywnym wpływem obecnego systemu WTO na rozwój gospodarczy państw rozwijających się. Runda z Doha miała stać się dla wielu platformą walki przeciwko nowej formie kolonizacji. 
 
Rozpoczęcie nowej rundy negocjacji pokazało ogromną skalę problemów, przed jaką staje WTO, przede wszystkim zapobieganie stosowaniu środków parataryfowych zniekształcających strumienie handlu oraz konieczność niwelowania negatywnego oddziaływania obecnego systemu na gospodarki państw rozwijających się.  Choć redukcja barier handlowych zgodnie z założeniami zwiększyłaby w perspektywie roku 2015 globalny dochód z 290 mld $ do 520 mld $, to osiągnięcie takiej sytuacji wymagałoby radykalnej zmiany zasad dotychczas stosowanych w rozwiązywaniu problemów światowego handlu. Przede wszystkim sprawy objęte mandatem negocjacyjnym wymagały znacznie poważniejszych dostosowań na rynkach krajowych przy jednoczesnym niwelowaniu negatywnych efektów globalizacji systemu handlowego. Dziedziny trudne do negocjacji (ze szczególnym uwzględnieniem rolnictwa) miały być poddawane całościowemu oglądowi, a nie konkretnym uzgodnieniom dotyczącym redukcji stawek celnych. Najważniejszym zjawiskiem było zaś przesunięcie w rozkładzie sił pomiędzy krajami Północy i Południa, przy jednoczesnym usztywnieniu stanowisk Unii Europejskiej i USA. Dlatego też usatysfakcjono- wanie państw rozwijających się stało się głównym celem Rundy z Doha. 
 
Pierwszym sprawdzianem okazał się kolejny szczyt WTO – Konferencja Ministerialna w meksykańskim Cancun we wrześniu 2003 r. Szczyt miał podsumować negocjacje trwającej od 2 lat Rundy z Doha, a przede wszystkim pokazać, iż formuła Światowej Organizacji Handlu nadal jest najskuteczniejszym sposobem rozwiązywania problemów światowego handlu. Przewidywania spełzły na niczym, a wynik konferencji miał skutki porównywalne z „Battle in Seattle”. Kraje należące do tzw. Grupy Cairns, których głównym celem jest daleko idące ograniczenie ochrony celnej i likwidacja subsydiów w państwach rozwiniętych, uzależniały sukces szczytu od podpisania stosownej deklaracji w tej kwestii. USA, UE, Japonia oraz pozostałe państwa nie ugięły się pod ich żądaniami, obwiniające je za dążenie do sabotowania realnych negocjacji. Cancun rzeczywiście okazał się symbolem zwycięstwa państw rozwijających się, które po raz pierwszy tak wyraźnie potrafiły obronić swoje stanowisko. Rodzi się jednak pytanie, czy nie było to przypadkiem „pyrrusowe zwycięstwo”. Zniechęcenie państw rozwiniętych do dalszych negocjacji może bowiem skutkować powiększeniem zakresu stosowanej przez nie protekcji, a to z pewnością nie przyczyni się do realizacji podstawowego celu Rundy z Doha: zniwelowania różnic rozwojowych. Silne gospodarczo państwa Zachodu mogą dążyć do podejmowania decyzji liberalizacyjnych istotnych z punktu widzenia ich interesów, odstawiając tym samym na boczny tor problemy państw rozwijających się. Dla tych ostatnich zaś udział w międzynarodowym systemie handlowym byłby idealną drogą do wyjścia ze stanu chronicznego ubóstwa. 
 
Podobnie jak w Milenijnych Celach Rozwoju Narodów Zjednoczonych, podczas negocjacji na forum WTO zbyt optymistycznie założono likwidację przeszkód wstrzymujących równomierny rozwój gospodarczy i społeczny państw. Gdy na kolejnej Konferencji Ministerialnej w Hong Kongu w 2005 r. prezentowano zmodyfikowane stanowiska w kwestii handlu artykułami rolnymi, można się było spodziewać, że ich przewidywana  implementacja od lipca 2006 r. może nie dojść do skutku. Runda z Doha jak do tej pory nie spełniła większości oczekiwań, przynajmniej tych związanych z problemami rozwojowymi biednego Południa. Być może idea agendy rozwojowej została zakreślona zbyt szeroko, uniemożliwiając realizację szczegółowych postulatów. Przykład Rundy Urugwajskiej pokazuje, iż negocjacje case by case, choć dużo bardziej czasochłonne, pozwalają małymi krokami osiągnąć wymierne rezultaty. Ideologizacja Rundy Doha uniemożliwiała w wielu kwestiach takie zdroworozsądkowe podejście, a przewidywane zakończenie negocjacji w grudniu 2005 r. okazało się czystą abstrakcją. Poza tym pojawiły się nowe przeszkody, które nie tylko w trakcie tych negocjacji, ale również w niedalekiej przyszłości staną się istotnym zagrożeniem dla liberalizacji światowych przepływów handlowych. Otóż zarysowują się nowe relacje pomiędzy regionalizmem a multilateralnym systemem handlowym. WTO staje przed dylematem- albo głos wszystkich zainteresowanych stron będzie brany pod uwagę, albo stanowiska państw będą realizowane w ramach organizacji takich jak UE, NAFTA czy Mercosur. Powstanie swoistego „spaghetti bowl” (J. Baghwati) ze ścierającymi się na różnych płaszczyznach platformami negocjacyjnymi oznaczać może de facto powrót do polityki protekcjonistycznej. 
 
Światowy kryzys finansowy, zapoczątkowany problemami na rynku nieruchomości w USA, stał się niespodziewanie kolejną przeszkodą dla realizacji założeń Doha Development Agenda. Handel- stając się podstawowym miernikiem realnej siły gospodarczej państw, w 2009 r. poddany został kolejnym ograniczeniom ze względu na konieczność ochrony przed kryzysem gospodarczym. Protekcjonizm stał się po raz kolejny wrogiem liberalizacyjnych aspiracji WTO. Dziś runda negocjacyjna zapoczątkowana w 2001 r. z pewnością straci impet ze względu na nowe problemy gospodarki światowej. Pascal Lamy, Dyrektor Generalny WTO, wezwał w swoim przemówieniu z 20 października 2009 r. do „poważnego przyspieszenia” negocjacji w ramach Rundy Doha, aby 2010 rok stał się ostatecznym terminem jej zakończenia. „Rozpoczęcie realnych negocjacji” wydaje się być jednak mrzonką, biorąc pod uwagę nie tylko efekty toczących się już 8 lat prac, ale również obecną sytuację gospodarczą świata. Jednostronnie negatywna ocena wieloletnich prac WTO byłaby jednak zdecydowanie krzywdząca dla państw zaangażowanych w prace liberalizacyjne. Znaczenie Światowej Organizacji Handlu jako katalizatora wielu pozytywnych zmian nie powinno być negowane, gdyż skala występujących problemów w handlu jest ogromna. Sukces Rundy z Doha zależeć będzie w dużej mierze od woli politycznej poszczególnych państw i zrozumienia wzajemnych aspiracji. Być może dopiero dekada lat 2010-2020 doprowadzi do istotnych zmian, związanych przede wszystkim z nowymi perspektywami dla ograniczania protekcjonizmu np. w odniesieniu do WPR w UE.  Kwestie rozwojowe zaś są problemem na tyle istotnym, że ich rozwiązanie nie zależy tylko od negocjacji handlowych, ale dużo szerszej gamy zjawisk i relacji występujących we współczesnym środowisku międzynarodowym. 
 

Reklama