Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Zimbabwe - kraj straconych szans

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Magdalena Miśkiewicz
Na lotnisku w Harare pierwszą osoba, która mnie przywitała po przyjeździe był prezydent Robert Mugabe. Oczywiście, prezydent nie pojawił się osobiście, lecz pozostawił zdjęcie, swój portret, który jak się okazało, nigdzie mnie nie opuszczał. To samo zdjęcie, powielone w tysiącach egzemplarzach, ujrzałam w każdym urzędzie, biurze, na farmie, a nawet w hotelu, jaki odwiedziłam.
 
Portret miłościwie panującego, jak amulet zapobiegał wywłaszczeniu, zburzeniu czy też w najlepszym przypadku utracie licencji.

W stolicy Zimbabwe, aby uniknąć aresztowania, a nawet więzienia w warunkach, najdelikatniej mówiąc, daleko odstających od norm cywilizowanego świata, nie należy demonstrować, iż jest się szczęśliwym posiadaczem aparatu fotograficznego. Budynek Partii z wizerunkiem koguta na szczycie, Banku Centralnego, a także budynki rządowe to święte krowy, wokół których krążą rządowi tajni agenci, szukający ofiar, najczęściej koloru białego. Stąd lepiej trzymać się z daleka.

Witryny sklepowe eksponujące zakurzone starocie przypominają do złudzenia nasze lata osiemdziesiąte. Niestety pustkami wieją również stacje benzynowe, szczególnie poza granicami miasta. Zatankowanie w środku dnia w centrum miasta graniczy z cudem, trzeba wiedzieć, do kogo się udać, by za cenę 2-3 razy wyższą niż cena oficjalna dokonać zakupu paliwa (600-700 dolarów „zim”). Dowcipni mawiają, że jeśli się zdarzy jakiś wypadek drogowy, policja przyjedzie dopiero wtedy, jak ktoś jej dowiezie benzynę (!).
Obca waluta to łakomy kąsek dla wszędobylskich cinkciarzy, którzy, jeśli się ma szczęście, wymienią 1 USD za 600 ZWD i z radością dołożą plik gazecianych banknocików dla niepoznaki (oficjalny kurs to 1 USD = 250 ZWD). Tak, to trochę Polska za komuny.

W sierpniu, aby ulżyć trochę rodakom w codziennych zmaganiach z szalejącymi cenami, rząd przeprowadził denominację – obciął trzy zera na banknotach. Innymi słowy, od tej pory kupujący nie musieli taszczyć do sklepu toreb z banknotami, wystarczyły pojemniejsze portfele. W obliczu 100% inflacji miesięcznie zera grożą, że do końca roku wrócą.

W tych warunkach życie rodziny, z reguły bardzo licznej, 6-8 osobowej jest niezmiernie trudne. Jednakże wrodzone u Afrykańczyków poczucie wspólnoty nakazuje, by mimo finansowych problemów przygarnąć sierotę, która za miskę jedzenia będzie wykonywać obowiązki służącej domu. Najważniejsze, by nie brakło głównego składnika diety w Zimbabwe tzw. sadzy, czyli papki kukurydziano-ziemniaczanej przygotowanej z mąki mili-mili. W domu matka rodziny skrzętnie pilnuje, aby jakikolwiek przedmiot gospodarstwa domowego się nie zmarnował – powyginana patelnia, która w Europie dawno trafiłaby na śmietnisko czy też kawałek szmatki, którą kiedyś Europejczyk nazwałby ręcznikiem, wciąż spełnia swoje funkcje. Jeśli już trzeba cokolwiek wyrzucić, to na ulicę. Taki wynalazek jak kosz na śmieci jeszcze istnieje w centrum miast, ale i tam o nim zapominają. Miejscowe służby nie przyjeżdżają oczyścić dzielnic, które niedługo mogą się stać siedliskiem epidemii, gdyż oczywiście brakuje benzyny.

Zimbabwe. Kraj skrywający w sobie cuda świata (np. Wodospady Wiktorii na północy kraju, jeden z siedmiu cudów natury), niezmiernie bogaty w złoża mineralne (chromit, węgiel, azbest, miedź, nikiel, złoto, platynę i rudy żelaza) popadł w ruinę. Obecnie to najszybciej kurcząca się gospodarka świata, kraj o najwyższej inflacji (994% w połowie 2006 roku, choć niektóre statystyki podają nawet 1200%) i bezrobociu sięgającym 80%. Zimbabwe, niegdyś spichlerz Afryki, obecnie korzysta z pomocy międzynarodowej, aby przetrwać.

Jakie są przyczyny upadku? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać głównie w polityce Roberta Mugabe, dyktatora od 1980 roku, którego paranoiczna wizja kraju w rękach czarnych mieszkańców Zimbabwe, pogrążyła kraj w chaosie, a miliony ludzi zmusiła do emigracji do sąsiedniej Republiki Południowej Afryki i Zambii.

Gdy w 1980 roku Zimbabwe ogłosiło niepodległość, wydawało się, że nadszedł czas ekonomicznej prosperity. Za rozwój kraju odpowiadali głównie biali farmerzy, którzy stanowili jedną z najbardziej uprzywilejowanych grup społecznych w kraju. Większość kukurydzy, a także bawełny, która trafiała na rynek krajowy, pochodziła z farm białych. Cała produkcja tytoniu, pszenicy, kawy, herbaty i cukru przeznaczona na eksport również pochodziła z farm białych. Dodatkowo przedstawiciele tej grupy zajmowali najwyższe stanowiska w handlu, przemyśle i bankowości i wykonywali wszelkie inne wysokowykwalifikowane zajęcia. Na początku lat 80-tych to oni stali się głównymi beneficjentami ponad 24% wzrostu gospodarczego.

Z uwagi na pomyślne stosunki białych mieszkańców Zimbabwe z rządem Zachód nie szczędził pomocy finansowej. Miliardy dolarów, które napłynęły do kraju wkrótce po uzyskaniu niepodległości zostały przeznaczone na rozwój masowej edukacji i opiekę zdrowotną. Ambitne plany Mugabe również obejmowały program redystrybucji ziemi wśród czarnej ludności. W tym czasie 4 miliony ludzi mieszkało na terenach należących do państwa, przeludnionych i wyjałowionych kawałkach ziemi, które nie nadawały się do intensywnej produkcji ze względu na częste susze. Poziom życia 40 tysięcy rodzin powstających co roku na ziemi komunalnej stopniowo się pogarszał.
Niedobór ziemi zaczął wypychać ludzi do miast. W Harare liczba mieszkańców wzrosła pięciokrotnie, zaś mniejsze miasta Bulawayo, Mutare, Gweru and Masvingo również przeżyły demograficzny boom. W 1982 roku Zimbabwe liczyło około 7 mln mieszkańców, zaś 10 lat później liczba ta sięgnęła 10,4 mln, z czego prawie połowa zamieszkiwała tereny rolnicze. W 2004 r. populacja zwiększyła się prawie dwukrotnie, zaś 25% Zimbabweńczyków przebywało za granicą.

Jednocześnie na początku lat 90-tych Zimbabwe wprowadziło program Międzynarodowego Funduszu Walutowego – Structural Adjustment Program, który według wielu krytyków stanowi jedną z przyczyn ekonomicznej i społecznej katastrofy. Program ten zakłada liberalizację handlu, rynku kapitałowego i uwolnienie cen. W 1997 roku na samą obsługę pożyczek z MFW kraj wydawał siedem razy więcej niż na edukację i opiekę zdrowotną. Do wszystkich szkół średnich zostały wprowadzone opłaty, na które niestety wielu nie było stać. Znikły dopłaty do żywności i kontrole cen, zaś coraz większa liczba osób popadała w skrajną biedę. Rząd starał się zapewnić ludności podstawową edukację, lecz nie wiedział, jak zagospodarować wykształconą siłę roboczą. Po 20 latach niepodległości bezrobocie sięgało 60-80%, ceny żywności galopowały w oszałamiającym tempie, prasa rozpisywała się o kolejnych skandalach korupcyjnych w rządzie, o zakupach luksusowych samochodów przez ministerstwa czy też o wycieczkach oficjeli rządowych i ich rodzinach na zakupy do Paryża, Londynu i Nowego Jorku. Oczywiście w obliczu pogarszającej się sytuacji milionów mieszkańców, należało znaleźć szybkie remedium na trawiące kraj bolączki. Wspaniały mówca i błyskotliwy przywódca R. Mugabe trafił w sedno – to biali farmerzy uprawiający ziemię, którą ich przodkowie sto lat temu zagarnęli siłą od prawowitych właścicieli, są sprawcami cierpień milionów. Dlatego też należało znacjonalizować farmy i przekazać je masom.

W 1980 roku, czyli w dniu uzyskania niepodległości przez Zimbabwe, około 6000 białych farmerów zajmowało około 13.5 miliona hektarów ziemi uprawnej tj. ponad 2/3 najlepszej ziemi w kraju, generując około 40% wpływów z eksportu i produkując około 90% żywności na rynki lokalne. W 2006 roku pozostało w Zimbabwe około 100 farmerów popierających rząd, zaś ziemia w większości została rozdana wśród czarnej ludności. Należy jednak zaznaczyć, że powszechnie wśród badaczy panuje zgoda co do zasadności przeprowadzenia reformy rolnej, gdyż ziemia, która pierwotna należała do miejscowej ludności, została w okresie kolonializmu zagospodarowana przez białych. Powszechne oburzenie wywołuje jednak sposób przeprowadzenia tej reformy – z pogwałceniem praw obywatelskich i bez odpowiedniego odszkodowania.

Od momentu uzyskania niepodległości do roku 1997 Mugabe jeszcze współpracował z rządami zachodnich państw, w szczególności z brytyjskim w kwestii odszkodowań. Dzięki grantom z Zachodu uwłaszczono 160 tys. mieszkańców na ponad 9 mln hektarach ziemi. Jednakże w fazie II przyznawania odszkodowań rząd brytyjski ustalił ścisłe warunki, od których zależały dalsze wypłaty. Dotyczyły one jasności przebiegu procesu i praworządności. Niestety Mugabe wybrał opcję „szybkiej ścieżki” tj. przystąpienie do przyspieszonego procesu wywłaszczenia białych właścicieli ziemskich bez odszkodowania. W 2000 r. wprowadzono poprawkę do konstytucji, która taką drogę umożliwiała. Do 2004 roku 90% farm należących do białych farmerów została skonfiskowana. W wielu przypadkach farmerzy byli siłą usuwani ze swoich posiadłości przez sponsorowanych przez rząd weteranów wojennych. Ich majątki, maszyny, infrastruktura rolna zostały zniszczone, a farmerzy ratowali się ucieczką do sąsiednich państw. Kwestia odszkodowań do tej pory nie została uregulowana przez rząd, tylko około 200 farmerów odzyskało znikomy procent wartości majątków, choć szkody oceniane są na około 15 mld funtów brytyjskich.

Mimo iż rząd deklarował uwłaszczenie najbiedniejszych, najlepsze farmy zajęli koledzy i krewni Mugabe. Ziemię otrzymali liczni politycy związani z partią ZANU-PF, wysocy rangą oficerowie wojskowi, komendanci policji, zarządcy prowincji, członkowie Centralnego Wywiadu, weterani wojenni, a także wszyscy biznesmeni lojalni wobec partii rządzącej. Wspaniała idea została zaprzepaszczona. Nowi właściciele oczywiście nie mieli najmniejszej ochoty zajmować się gospodarką rolną, o której nie mieli pojęcia. Najlepsze kontrakty handlowe zostały stracone na rzecz dostawców z Zambii i Płd Afryki, a kraj pogrążył się w jeszcze większym chaosie i biedzie.

Przed reformą rolną Zimbabwe było trzecim największym eksporterem tytoniu w świecie, największym eksporterem wołowiny w Afryce, a także głównym producentem bawełny, mleka, cukru i owoców. W rolnictwie, generującym 50% dochodów z eksportu, znalazła zatrudnienie 1/3 siły roboczej kraju. Dzięki tej dziedzinie gospodarki Zimbabwe uchodziło za „spichlerz Afryki”. Obecnie jednak 75% ludności zależna jest od pomocy żywnościowej lub importu, zaś niegdyś dobrze prosperujące farmy nie są w stanie zaspokoić zapotrzebowania na olej roślinny, mleko, mięso i owoce. Ceny żywności wzrosły do niewyobrażalnie wysokiego poziomu, choć w 1997 roku były najniższe w regionie.

Gospodarka pozbawiona wpływu twardej waluty z eksportu nie posiada środków na zakup paliwa, ceny rosną w gwałtownym tempie, zaś rząd, udając walkę z inflacją, próbuje wciąż szukać kozłów ofiarnych winnych powstałej sytuacji. Ostatnio wydano nakazy aresztowania właścicieli hurtowni dystrybuujących żywność, zaś przewodniczącemu Komisji ds. Kontroli Cen postawiono zarzut o korupcję.

Jak pokazuje historia, wszelkie rewolucje są inicjowane przez rozwścieczoną biedotę wychodzącą na ulicę, błagającą o chleb i pomstującą na wielmożnych władców. Co zrobić więc, aby pozbyć się wrzodu na żołądku, który daje o sobie znać jak wyrzut sumienia? A może tak wyczyścić miasto z rzucających się w oczy lepianek udających domy, zburzyć ich dobytek, zniszczyć ośrodki nieformalnego handlu, bazary, markety, a najbiedniejszych wydalić z miasta? Na ten genialny pomysł wpadł rząd pod naciskiem gubernatora – prezesa Banku Centralnego Gideona Gono, który wezwał do natychmiastowej walki z wszechogarniającą korupcją i brakiem dyscypliny stanowiącymi główną przyczynę problemów gospodarczych kraju. W maju 2005 roku do miejsc, gdzie uprawiano nieformalny handel, a także do domów najbiedniejszych zawitały buldożery, policja, a nawet wojsko z nakazem zburzenia niezarejestrowanych posiadłości.

Gift Rusere, ofiara operacji Murambatsiva, przed tragedią zajmował się wyrobem i sprzedażą wyrobów pamiątkarskich (rzeźbionych figurek, rysunków, obrazów) na rynku w centrum Harare, na placu Africa Unity. Dziesiątki innych sprzedawców gorliwie prezentowało swoje wyroby przechodzącym turystom czy też białym biznesmenom. Niestety, ponieważ sprzedający nie posiadali legitymacji członkowskiej partii rządowych ZANU-PF, rynek ten został zniszczony, zaś Gift i jemu podobni zostali pozbawieni jedynego źródła dochodu. „Następnie ludzie z rządu przyszli do naszych domostw, nakazując nam zniszczenie naszych domów. Musieliśmy spać przez jakiś czas na zewnątrz, szukając pieniędzy na podróż dla mamy do rodzeństwa na wieś w rejonie Mhondoro”. Gift był jedną z 700 tys. osób, które w brutalny i prymitywny sposób zostały pozbawione nierzadko całego dorobku życia. Rząd wygnał poszkodowanych, czyli najgorszy „brud miasta” na wieś bez jakiegokolwiek odszkodowania. Anna Kajumulo Tibaijika, dyrektor Centrum Przesiedleń Organizacji Narodów Zjednoczonych oceniła, iż skutki tej tragedii bezpośrednio lub pośrednio odczuło 2.4 mln ludzi tj. 18% populacji Zimbabwe. Z nieformalnych targów i bazarów, na których sprzedawano wyroby artystyczne lub żywność, pozostały tylko te, na których pracują członkowie partii, oddający co miesiąc określony haracz państwu niezależnie od dochodów. Nieformalny handel w Zimbabwe, mimo ataków ze strony rządu, wciąż istnieje. Mieszkańcy radzą sobie jak mogą, sprzedają napoje, żywność z ukrycia, w swoich domach, do których wpuszczają zaufanych klientów. Handlarze pamiątek, szczególnie w centrum i na południu kraju, nieczęsto jednak mają okazję zaoferować swój towar zainteresowanemu turyście.

Rok po operacji Murabatsvina jej ofiary otrzymują kolejny policzek w twarz, kiedy to prezydent Mugabe przenosi się do luksusowej rezydencji wybudowanej kosztem 26 mln USD, w kraju, gdzie większość ludzi zarabia mniej niż 11 USD miesięcznie. Rezydencja jest pilnie strzeżona przez policję i wojsko, zaś ochrona ma obowiązek natychmiast strzelać, jeśli zauważy jakąkolwiek podejrzaną osobę w okolicy pałacu.

Dodatkowym, ogromnym problemem jest AIDS. Wirus zabiera życie około 3 tys. ludziom tygodniowo. Jeden na 4 mieszkańców kraju jest zakażony HIV. Leki antywirusowe otrzymuje tylko około 30 tys. ludzi, podczas gdy w potrzebie pozostaje aż 4 miliony pacjentów! Sytuacja państwowych szpitali jest katastrofalna, tylko nieliczni mogą sobie pozwolić na opłacenie kosztów opieki medycznej, które w ostatnich kilku latach wzrosły aż 30-krotnie. Pocieszające jest, że w Zimbabwe, według Organizacji Narodów Zjednoczonych, stopień zakażenia wirusem nieznacznie spadał w ostatnich 2 latach i wyniósł 20% ogółu dorosłej populacji.

Za epidemię rutynowo obwiniany jest Zachód, a Bush i Blair to najgorsi krwiopijcy na świecie. To przez rzekome sankcje nałożone przez rząd amerykański i brytyjski firmy farmaceutyczne nie eksportują leków do Zimbabwe. Tymczasem 90% wszystkich leków dystrybuowanych przez państwowe szpitale i kliniki jest opłacane ze środków Unii Europejskiej. Dodatkowo Zimbabwe otrzymało pomoc z Globalnego Funduszu do walki z AIDS utworzonego przez zachodnich ofiarodawców. W istocie sankcje Zachodu dotyczą zakazu wstępu do Europy i USA dla członków władz tego kraju, a sankcje handlowe nie występują. Kryzys ekonomiczny pozbawił kraj twardej waluty na import potrzebnych lekarstw.

Skoro tak jest źle, to dlaczego ludzie nie wyjdą na ulicę, nie zaprotestują? Główną przyczyną jest strach. Wszelkie demonstracje, chociażby liczące 100 osób, spotykają się z brutalną reakcją władz, ludzie boją się śmierci, więzienia czy też trafienia na „czarną listę”. Poza tym, aby doszło do masowych protestów, potrzebna jest zorganizowana i silna opozycja, której niestety brak.

Partia opozycyjna MDC pozostaje podzielona po wyborach do Senatu we wrześniu 2005, (oczywiście wygrała ZANU- PF) izba, która de facto powstała po to, aby partia ZANU-PF mogła swobodnie zmienić konstytucję. Mugabe wyznaczając dodatkowo na senatorów swoich popleczników, członków tzw. starej gwardii, zapobiegł dezercji niektórych członków partii w izbie niższej Parlamentu do opozycji. Partia rządząca, obawiając się porażki, nie chce dopuścić za wszelką cenę do wyborów prezydenckich, które miałyby się odbyć w 2008 roku. Wybory miałyby być przeprowadzone w 2010 roku jednocześnie z parlamentarnymi, zaś w latach 2008-2010 osoba wyznaczona przez Senat sprawowałaby prezydenturę przejściową. Dwa lata miałyby być czasem na wzmocnienie pozycji partii i uzyskania większego poparcia publicznego.

Niestety mimo iż Zimbabwe zagraża stabilności regionu i odstrasza inwestycje zagraniczne, rządy krajów sąsiednich nie są w stanie wymóc na dumnym Mugabe jakichkolwiek demokratycznych zmian. Ostatni szczyt państw SADC (Wspólnoty Rozwoju Afryki Południowej) nie zakończył się żadnymi konkretnymi postanowieniami w tym kierunku. Prezydent najsilniejszego państwa w regionie, Republiki Południowej Afryki, Thabo Mbeki jest krytykowany przez obrońców praw człowieka za zbyt miękkie podejście do nadużyć w Zimbabwe. Tymczasem cała konstrukcja autorytarnego państwa opierającego się wojsku, mogłaby runąć w ciągu jednej nocy, jeśli tylko Republika Południowej Afryki odcięłaby kraj od elektryczności i paliwa. Już teraz przerwy w dostawach prądu się zdarzają, prawdopodobnie za długi kraju wobec firmy Eskom. Jednak Mugabe wciąż trwa przy władzy, a Mbeki krytykowany przez Zachód i przez sympatyków MDC w swoim kraju nie podejmuje żadnych zdecydowanych kroków. Dlaczego? Otóż dla Mbeki Mugabe zawsze pozostawał godnym podziwu mężem stanu, liberatorem ludu afrykańskiego od kolonialnego wyzysku. Gdyby otwarcie krytykował Mugabe, stałby się pupilem Stanów Zjednoczonych, a to zamknęłoby mu drogę do jakichkolwiek negocjacji z Mugabe. Dodatkowo, Południowa Afryka musi się zmierzyć z tym samym problemem, który przyczynił się do katastrofy ekonomicznej w Zimbabwe – 84% ziemi uprawnej w tym kraju należy do białych farmerów. Jeśli rząd nie przeprowadzi przemyślanej reformy, przyszłość Zimbabwe będzie również przyszłością RPA. Etykietka „pupila Ameryki i Wielkiej Brytanii” mogłaby tylko dolać oliwy do ognia.
Mugabe wciąż triumfuje i jest podziwiany przez władze krajów sąsiednich. Niedawno Malawi jedną z głównych ulic stolicy Lilongwe, nazwało imieniem „Afrykańskiego bohatera”. W 2004 roku magazyn „New Africa”, wydawany w Londynie, przeprowadził sondaż wśród swoich czytelników mający na celu wyłonienie 100 najbardziej znaczących Afrykańczyków wszechczasów. Robert Mugabe zajął w nim aż 3 miejsce! Niektórzy twierdzą, że prawdopodobnie większość głosujących stanowili politycy, zwolennicy reżimu.

Niedawno jednak interesy w Zimbabwe zaczęły prowadzić Chiny, które, chcąc zagrać na nosie USA i Europie, wpompowują miliardy dolarów w infrastrukturę, rolnictwo i przemysł wydobywczy. Czy te pieniądze przyczynią się do poprawy losów zwykłych ludzi? Na razie ogólnej szczęśliwości z tego tytułu nie widać. Chińczycy kojarzą się Zimbabweńczykom z tandetnymi sklepami, w których można kupić mydło i powidło, niestety wątpliwej jakości. Czas pokaże, jakie skutki dla mas przyniesie taka polityka rządu i czy zahamuje odpływ ludności do sąsiednich krajów.

Reklama