Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Zmiana na niby - wybory na prawdę

Autorzy: 
Bartosz Szyja
Co przedwyborcza ZMIANA głoszona przez Baracka Obamę zakładała wiedział każdy zwolennik czarnoskórego kandydata na prezydenta USA. Ale dziś coraz mniej Amerykanów wierzy, że postulaty zostaną kiedykolwiek wprowadzone w życie. Nawet jeśli możliwa jest w przyszłości ich realizacja to, aby wzrosło zadowolenie społeczne przyszłość ta musi nastąpić szybko. Czy niezrealizowany program Obamy będzie przyczyną klęski Demokratów w nadchodzących wyborach? Czas pokaże.
 
 
 
Jaka zmiana takie i poparcie

Od ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych minęło wystarczająco dużo czasu, aby zacząć rozliczać Obamę z wyborczych obietnic. Dziś, to znaczy w przeddzień wyborów do Kongresu najważniejsze są dwie kwestie. Po pierwsze, co z konsensualnym prowadzeniem polityki, jaką obecny prezydent zapowiadał w swej kampanii. Po drugie, co z reformami, które miały uzdrowić gospodarkę USA.

Konsensualizm miał zapewnić ponadpartyjną współpracę, której efektem byłoby wyjście z kryzysu. Jednak oczywiste jest, że uzyskanie poparcia Republikanów możliwe byłoby jedynie na drodze wprowadzania zmian w proponowanych projektach antykryzysowych ustaw. Zmiany pojawiły się na przykład w zaproponowanej przez administrację Obamy reformie systemu ubezpieczeń społecznych i pogrzebały one nadzieje na rewolucję jakościową na tej istotnej płaszczyźnie. Stało się tak, gdyż poprawki w projekcie były na tyle daleko idące, że rozmył się jego pierwotny sens. Efektem tego są nie tylko głosy krytyczne ze strony Republikanów, ale i Demokratów. Uzdrawianie gospodarki w wydaniu Obamy pozostawia wiele do życzenia.
 
Wpompowanie niebagatelnych sum pieniędzy w podupadające przedsiębiorstwa, co prawda uchroniło je przed likwidacją, ale nikt nie wie czy tego typu działania nie są w dłuższej perspektywie spisane na porażkę. Przykładem może być „ratowanie” koncernu GM, który po ogłoszeniu upadłości, praktycznie został przejęty przez skarb państwa (oczywiście po uregulowaniu wszystkich wierzytelności). Zmiana w kwestii własności nastąpić ma po wyborach - wtedy to GM wróci na giełdę z ofertą publiczną wynoszącą ok. 120 mld dol. (najwięcej w historii Wall Street). Decyzja o odłożeniu powrotu umotywowano niewystarczająco dobrą sytuacją finansową koncernu. A w połowie listopada ma już być dostatecznie dobra. Czyżby Demokraci obawiali się nurkujących w dół notowań GM tuż po emisji akcji, co byłoby kolejną klęską obozu rządzącego?
W jak kiepskiej sytuacji jest gospodarka amerykańska obrazuję wskaźnik bezrobocia, który obecnie wynosi 9,6%, a na koniec grudnia ma wzrosnąć do 10% i jest najwyższy od lat 80. Według prognostyków rynku pracy w USA na poprawę sytuacji liczyć możemy dopiero w 2014 roku, kiedy to stopa bezrobocia najprawdopodobniej spadnie poniżej 7%. Obiecane w 2008 roku przez Obamę 2 miliony nowych miejsc pracy wciąż czeka na stworzenie.
 
Wszystkie porażki owocują wzrastającym niezadowoleniem społecznym. Zgodnie z sondażem przeprowadzonym przez Reuters/Ipsos w dniach 7-11 października na 1083 respondentach, Republikanie mogą liczyć na 48% poparcie, a Demokraci na 44%. Oznacza to, że Republikanie mogą zdobyć większość w Izbie Reprezentantów, natomiast w Senacie przewaga Demokratów może zostać utrzymana. Jeśli chodzi o frekwencję to 64% zwolenników Republikanów i 56% Demokratów deklaruje chęć uczestnictwa w wyborach.
 
Negatywną ocenę prezydentury Obamy wystawiło 53% pytanych, pozytywną natomiast 43%. Najbardziej niepokojące dla obozu Demokratów są natomiast oceny dotyczące tego, czy według Amerykanów kraj podąża w dobrą stronę. NIE odpowiedziało aż 63% respondentów; TAK – 31%. Jak widać Demokraci mają ciężki orzech do zgryzienia.
 
Herbata nie idzie na dno, a Latynosi zostają w domu
 
Na fali ogólnego rozczarowania prezydenturą Obamy powstał Tea Party – ruch niezadowolonych. Populizm w połączeniu ze skrajnym konserwatyzmem okazał się kluczem do zdobycia poparcia wszystkich tych, którzy nie widzą zapowiadanych zmian. Radykalizm poglądów głoszony przez takie nowe - stare twarze jak np. Sara Palin i inni outsiderzy republikańscy zaowocował kilkoma zwycięstwami w prawyborach (m.in. Utah, Nevada, Floryda, Colorado), czego efektem jest kilka nominacji z ramienia Republikanów.
 
A o nominacje nie było łatwo. John McCain aby wygrać prawybory (jego przeciwnikiem był entuzjasta ruchu Tea Party J.D. Hayworth) w stanie Arizona musiał zradykalizować swój program, m.in. stanowisko ws. imigrantów, praw homoseksualistów, programu stymulującego gospodarkę, reformy zdrowia. Kampania kosztowała go 21 mln dol. (wg Financial Times), czyli więcej niż cztery poprzednie kampanie do Senatu razem wzięte.     Niemniej jednak kilka sukcesów w prawyborach niekoniecznie przełoży się na sukces we właściwych wyborach. Zradykalizowany program może nie odpowiadać części elektoratu republikańskiego, który, jak na ironię, zagłosuje na... Demokratów. Zdaniem obserwatorów amerykańskiej sceny politycznej taka sytuacja zdarzyć się może np. w Nevadzie, Kolorado, Kentucky i na Alasce.
 
Ruch Tea Party w swej nazwie nawiązuje do tzw. Bostońskiego picia herbaty (The Boston Tea Party). W 1773 roku spiskowcy dokonali zniszczenia ładunku herbaty topiąc go w zatoce w Porcie Boston. Konspiratorzy chcieli tym czynem zaprotestować przeciwko nieuczciwej polityce importu herbaty z Chin prowadzonej przez Koronę Brytyjską. Wydarzenie to uznaje się za jedno z tych, które w konsekwencji doprowadziły do Rewolucji Amerykańskiej.
 
Języczkiem u wagi mogą być Latynosi, którzy zapowiedzieli bojkot listopadowych wyborów. Są oni kolejną grupą społeczną wyrażającą swe niezadowolenie – co drugi Latynos pójdzie do wyborów. Ich głównym zarzutem wobec administracji Obamy jest brak reformy imigracyjnej. Jeśli chodzi o preferencje polityczne to 65% respondentów deklaruje chęć poparcia Demokratów, a 22% - Republikanów. Co pokazuje następującą tendencję: Latynosi są stali w swych preferencjach wyborczych, a ich zainteresowanie sprawami publicznymi ogniskuje wokół kwestii imigracyjnych, oświaty, rynku pracy i ochrony zdrowia. Oczywistym jest, że samo zapowiedzenie bojkotu nie można traktować jako pewnik, gdyż jak na razie połowa Latynosów mimo wszystko deklaruje chęć partycypacji w wyborach, co jest i tak dobrym (z punktu widzenia Demokratów) wynikiem.

Z fusów

Najbliższe wybory będą czymś więcej niż kolejnym rozdawaniem mandatów – będą plebiscytem poparcia dla polityki gospodarczej administracji Obamy. Nietypowość tych wyborów objawia się także w specyficznym podziale sceny politycznej – obóz Demokratów rywalizować będzie z Republikanami w dwóch odsłonach: radykalnej (ruch Tea Party) i umiarkowanej. Radykalizacja Republikanów być może jest kluczem do zdobycia części elektoratu konserwatywnego, ale jednocześnie może go znacząco uszczuplić, gdyż skrajne poglądy na istotne kwestie (głównie światopoglądowe) reprezentowane przez członków Tea Party mogą nie trafić do części Amerykanów. Zaznaczyć należy, że Tea Party to nadal Republikanie; nie jest to nowa partia, a więc nie można mówić o znaczących zmianach w systemie partyjnym.

Czy po tych wyborach przyjdzie obamowska ZMIANA? Na pewno trudniej będzie ją wprowadzić jeśli większość w Izbie Reprezentantów będą mieli Republikanie. Jedno jest pewne: zmian można się spodziewać, jednak raczej nie takich jak oczekiwali wszyscy Ci, którzy postawili krzyżyk przy nazwisku Barack Obama.
 

Reklama