Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Zdrowotne oblicze nędzy

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Kamil Nadolski

Szacuje się, że ponad 300 mln mieszkańców Afryki nie ma dostępu do wody pitnej, a 28-44 proc. głoduje. Jedyną szansą na przezwyciężenie problemów zdaje się być pomoc zagraniczna. Przed kilku laty UNICEF szacowała, że łączny koszt zapewnienia podstawowej opieki społecznej w krajach rozwijających się, włączając w to opiekę zdrowotną, edukację, planowanie rodziny i czystą wodę wynosiłby 30-40 mld dolarów rocznie. W tym samym czasie bogaci tego świata każdego roku wydawali więcej na samą grę w golfa.

Ironią losu, jest, że największe kataklizmy i nieszczęścia dotykają kraje najuboższe. Z powodu ogromnej nędzy, braku środków finansowych, edukacji, a przede wszystkim olbrzymiego przyrostu naturalnego, wirusy i choroby to plagi, jakie od dziesięcioleci trapią Czarny Ląd. 

Poziom śmiertelności zarówno wśród dzieci, jak i dorosłych jest w Afryce najwyższy na świecie. 65 proc. wszystkich zgonów w subsaharyjskiej części kontynentu powodowanych jest przez choroby zakaźne, głównie AIDS, malarię i cholerę. Jednym z największych nieszczęść jest oczywiście wirus HIV i AIDS. Z powodu rozmiaru tej epidemii zasługuje on jednak na oddzielną analizę i celowo został tu pominięty. Na nieszczęście HIV to nie jedyny wirus z jakim muszą walczyć mieszkańcy Afryki.

Jedyną szansą na przezwyciężenie problemów zdaje się być pomoc zagraniczna. Zarówno rządowa, jak i ta inicjowana przez organizacje pozarządowe. Od 1963 r. Chiny wysłały do 43 krajów afrykańskich personel medyczny w liczbie 15 tys. osób. Również Stany Zjednoczone wydają na pomoc Afryce miliony dolarów.

Zdrowie w czasach wojny

Miniaturą wszystkich chorób i związanych z nimi problemów zdrowotnych, które trapią kontynent afrykański jest wielokrotnie przytaczana już Demokratyczna Republika Konga. Na terenie kraju rozpowszechnione są liczne choroby zakaźne i pasożytnicze, wśród których malaria, dyzenteria, syfilis, rzeżączka, ospa, trąd i gruźlica zbierają największe żniwo. U dzieci do szóstego roku życia dodatkowo rozpowszechniona jest miejscowa choroba kwashiokor (zwana również złośliwym charłactwem), będąca efektem wadliwego żywienia dzieci w początkowej fazie życia. Choroba ta charakteryzuje się zahamowaniem wzrostu, obrzękami, biegunką na tle nadmiernego spożycia tłuszczu (tłuszczowe zwyrodnienie wątroby), czasami odbarwieniami skóry i włosów. Nie da się jej przypisać jakiemuś specyficznemu niedoborowi pokarmowemu, jest ona bowiem skutkiem braku wielu składników odżywczych, włącznie z wartościowym białkiem. Na terenie Afryki występują różne jej odmiany, powodując nienaturalne uwypuklenie brzucha i pępka. Zdjęcia, na których widać konające z głodu dzieci z nabrzmiałymi brzuszkami, to jedne z najbardziej charakterystycznych „wizytówek” Czarnego Lądu.

Niesienie pomocy nie jest jednak wcale łatwe. Działania wojenne wybuchające co jakiś czas w różnych częściach kontynentu sprawiają, że organizacje humanitarne mają problem z docieraniem do potrzebujących. Wraz z toczącymi się walkami nierozerwalnie związani są uchodźcy. W przypadku Afryki, miliony uchodźców. Pomoc humanitarna i wyspecjalizowana kadra wolontariuszy, w pierwszej kolejności udają się do setek obozów dla uchodźców, gdzie warunki bytowe są jeszcze bardziej katastrofalne.

Wojna, ze wszystkimi okropieństwami i tragediami jakie ze sobą niesie, pozostawia po sobie jeszcze jedno niebezpieczne znamię – miny. Te bomby-pułapki starannie ukryte, by w najmniej oczekiwanym momencie osłabić przeciwnika, najczęściej uderzają w ludność cywilną. Niewybuchy straszą jeszcze wiele lat po zakończeniu zmagań. Miejsca, w których wybuchają, a o których istnieniu nie pamiętają już sami autorzy zastawionych sideł, to dla większości osób miejsca śmierci, w najlepszym przypadku okaleczenia do końca życia. Biorąc pod uwagę ogromne odległości, jakie dzielą poszczególne wioski w Afryce, a także niedostępność usług medycznych, łatwo sobie wyobrazić w jaki sposób może się skończyć spotkanie z nierozbrojoną bombą. Według sprawozdań, prowadzonych przez Międzynarodową Kampanię na rzecz Zakazu Min Przeciwpiechotnych (ICBL), trzy czwarte wszystkich ofiar stanowią osoby cywilne, z których 34 proc. ofiar to dzieci. W Afryce problem nierozbrojonych min szczególnie dotkliwy jest w 24 państwach (w Angoli, Burundi, Czadzie, Demokratycznej Republice Konga, Kongo-Brazzaville, Erytrei, Etiopii, Gwinei-Bissau, Liberii, Malawii, Mauretanii, Mozambiku, Namibii, Nigrze, Ruandzie, Senegalu, Sierra Leone, Somalii, Suazi, Sudanie, Ugandzie, Zambii, Zimbabwe i Somalilandzie). Aby wyobrazić sobie ogrom zniszczeń, jakie pozostawione miny wyrządzą jeszcze w przyszłości, warto zdać sobie sprawę, że na całkowitą dezaktywację planety z już zakopanych bomb potrzeba 300 lat.

Szpitale dla wybranych.

W biednych krajach Afryki potrzeby w zakresie opieki zdrowotnej są największe. Tylko część mieszkańców kontynentu ma dostęp do jakiejkolwiek opieki medycznej, i to ta żyjąca w dużych miastach. Służba zdrowia jest silnie niedoinwestowana. W szpitalach i przychodniach lekarskich brakuje wszystkiego, od wykwalifikowanego personelu po jednorazowe strzykawki i rękawiczki (o lekach nie wspominając). Czynniki te wpływają na dużą umieralność niemowląt na Czarnym Lądzie.

Z raportu opublikowanego przez Światową Organizację Zdrowia wynika, że w 2009 r. poziom śmiertelności u dzieci poniżej piątego roku życia w Afryce wynosi 127 zgonów na 1000 żywych urodzeń. Jest to bardzo dużo, zważywszy na fakt, że przez ostatnie dwadzieścia lat odnotowuje się trend malejący (całkowita liczba zgonów na świecie, dzieci poniżej piątego roku życia, w 1990 r. wyniosła 12,4 mln, zaś w roku 2009 – 8,1 mln). Najbardziej niechlubne statystyki odnotowano w Sierra Leone (165 zgonów na 1000 żywych urodzeń), Nigrze (156 na 1000), Angoli (154 na 1000) i Malawi (114 na 1000). Aby lepiej zobrazować skalę tego zjawiska warto przytoczyć w tym miejscu statystyki z początku rankingu, na którym plasują się kraje bogatej i uprzemysłowionej Północy. I tak w Japonii odnotowuje się 3 zgony noworodków na 1000 żywych urodzeń, w Finlandii i Niemczech, 4, zaś w Wielkiej Brytanii – 5. Czytając podobne raporty uzmysławiamy sobie jak wielka przepaść dzieli kraje bogate od tych zaliczanych do Trzeciego, a obecnie już nawet Czwartego Świata.

Inną kwestią pozostaje również liczba zgonów kobiet, które zmarły podczas porodu. Wspomniane już czynniki, takie jak brak wyspecjalizowanej kadry i pieniędzy na leki i sprzęt powoduje, że w Afryce ogółem odnotowuje się 900 zgonów na 100 tys. porodów. A to oznacza, że co 111 kobieta, rodząca dziecko nie przeżyje połogu. Dla porównania śmiertelność okołoporodowa w Polsce wynosi 8-10 zgonów na 100 tys. urodzeń. Brak pieniędzy w szpitalach powoduje, że kobiety często same muszą opłacić koszty transportu, rejestracji, porodu, leków i zaopatrzenia medycznego (jak choćby rękawiczki, kroplówki, czy worki, w których przechowuje się krew etc.). Koszty te w sposób bezpośredni przyczyniają się do umieralności okołoporodowej. Wiele kobiet dociera do klinik i szpitali za późno z powodu czasu, jaki poświęcają na zbieranie pieniędzy oraz opłat za przyjęcie do szpitala, wymaganych, nawet jeśli życiu kobiety grozi niebezpieczeństwo.

Nierówna walka z pasożytami.

Średnia długość życia Afrykańczyków to 53 lata. Najkrócej żyją mieszkańcy Gwinei-Bissau (39 lat) i Republiki Środkowoafrykańskiej (41 lat). Trudne warunki bytowe od zarania dziejów próbowano tłumaczyć położeniem geograficznym Czarnego Lądu. Stale wysoka temperatura powietrza w ciągu roku sprzyja bowiem rozwojowi pasożytów chorobotwórczych i ich przenosicieli (najczęściej owadów: komarów, much i ślimaków), a także szybkiemu rozwojowi chorób w organizmie człowieka.

Wśród chorób pasożytniczych, które gnębią mieszkańców Afryki, należy wymienić występujące powszechnie robaczyce. Słoniowacizna (filarioza Bancrofta) w niektórych krajach pojawia się nawet u połowy populacji (Mozambik, Gwinea-Bissau), będąc często przyczyną samobójstw młodych dziewcząt (chorobliwe powiększenie narządów płciowych uniemożliwia im założenie rodziny. Poważne zagrożenie stanowi także gorączka ślimacza (schistosomatoza). Pojawia się ona na wszystkich obszarach, gdzie ludzie pracują w wodzie (np. na terenach sztucznie nawadnianych, polach ryżowych etc.), a liczba chorych wynosi blisko 200 mln ludzi. Uleczalny dziś trąd, stanowiący jakoby relikt zamierzchłych czasów, nadal dotyka w Afryce kilka milionów ludzi. Wiadomo jednak z obserwacji lekarzy, że większość pacjentów cierpi jednocześnie na kilka, a nawet kilkanaście chorób pasożytniczych. Są osłabieni, nie mogą pracować, a ich stan systematycznie się pogarsza. Nie-Afrykanie w Afryce też chorują, mimo, iż są znacznie lepiej odżywieni i mieszkają w lepszych warunkach.

Charakterystyczną chorobą tropikalną, która pustoszy Afrykę, jest malaria. Na całym świecie zapada na nią ponad 220 mln ludzi rocznie. O ile w większości regionów świata przebiega ona w sposób „łagodny” w Afryce jest bardzo częstą przyczyną śmierci. Spośród 781 tys. zgonów, odnotowanych z powodu malarii na całym świecie w 2009 r., aż 91% miało miejsce w Afryce, z czego 85 proc. stanowiły dzieci poniżej piątego roku życia, wynika z raportu przygotowanego przez organizację Lekarze Bez Granic. Jednym z rejonów szczególnie narażonych na działanie choroby jest region Kiwu, na północy Demokratycznej Republiki Konga. Jeden na trzech pacjentów, zgłaszających się do lekarza, trafia tam właśnie z powodu malarii.

Światełko w tunelu.

Organizacje humanitarne podejmują wiele działań, by przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się chorób. Jednym z sukcesów Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) było przezwyciężenie w 1974 r., w jedenastu krajach Afryki, choroby zwanej ślepotą rzeczną. Infekcje wywoływane były przez mikroskopijne pasożyty, roznoszone przez małe, czarne muchy. Powodowały one początkowo silne swędzenie, osłabienie i w końcu ślepotę.

Działanie polegało na rozpylaniu ulegających biodegradacji środków owadobójczych (nieszkodliwych dla środowiska). Program ten okazał się dużym sukcesem. Koszt całości wyniósł jedynie 570 mln dolarów, co może wydawać się sumą ogromną, faktem jednak jest, że w przeliczeniu na osobę, dawało to kwotę jednego dolara w ciągu roku. Słowem, jeden dolar, który ratuje jedna osobę przed ślepotą.

Warto zatem inwestować w podobne akcje. Innym pomysłem na poprawę sytuacji zdrowotnej Afrykańczyków jest zastosowanie terapii doustnej rehydracji, będącej niedrogą procedurą medyczną, która zapobiega odwodnieniu dzieci chorych na biegunkę. W roku 1980, 10 tysięcy dzieci umierało każdego dnia w wyniku odwodnienia spowodowanego biegunką. Do roku 1993 liczba ta zmniejszyła się do 5 tysięcy. W roku 1995 zgonów z powodów biegunki odnotowywano 4100 dziennie. Woreczek z solami do doustnej rehydracji kosztuje ok. 50 centów. Może być stosowany samodzielnie przez rodziców. Przy odrobinie większej pomocy mogłyby zostać uratowane miliony dzieci. Koszt programu wartego 100 mln dolarów to koszt dwóch myśliwców. Przed kilku laty UNICEF szacowała, że łączny koszt zapewnienia podstawowej opieki społecznej w krajach rozwijających się, włączając w to opiekę zdrowotną, edukację, planowanie rodziny i czystą wodę wynosiłby od 30 do 40 miliardów dolarów rocznie. W tym samym czasie bogaci tego świata wydawali więcej każdego roku na samą grę w golfa.

Słomka życia.

Jednym z podstawowych czynników wpływających na niski poziom zdrowotny Afrykańczyków jest brak dostępu do czystej wody. Pomijając fakt podstawowej higieny własnego ciała, który najczęściej uniemożliwia brak jakiegokolwiek źródła (lub w najlepszym razie mocno ogranicza), woda w wielu rejonach stanowi elitarną dogodność. Ogromna część społeczności afrykańskich pokonuje każdego dnia wiele kilometrów, by napełnić kanistry z wodą, które wystarczyć muszą na cały dzień dla całej rodziny. Problem jednak w tym, że tam gdzie nie ma czystej wody, ludzie, by przeżyć, ratują się piciem wody brudnej i skażonej. Z tego powodu, każdego roku umiera 5 mln osób. 80 proc. chorób, które dotykają południowe kraje, wywołuje spożycie nienadającej się do tego wody. Woda, źródło życia, stała się główną plagą krajów zacofanych i rozwijających się. Jej żniwa są okrutne – co 10 sekund zabija jedno dziecko. Już dziś 2 mld ludzi nie dysponuje odpowiednią infrastrukturą sanitarną ani systemem oczyszczania wód. Szacuje się, że ponad 300 mln mieszkańców Afryki nie ma dostępu do wody pitnej.

Naprzeciw takim właśnie problemom wyszła duńska firma Vestergaard Frandsen. Kilka lat temu stworzyła produkt, zwany Słomką Życia (LifeStraw). Jest to filtr do wody, którym posługujemy się jak zwykłą słomką do napojów. Dzięki niemu można pić bez żadnych obaw nawet zanieczyszczoną wodę. Kosztująca tylko 3,5 dolara słomka, zmniejsza ryzyko zachorowania. Nie zużywa energii, nie wymaga konserwacji ani części zamiennych. 25 centymetrowa rurka zachowuje trwałość przez rok. W tym czasie może przefiltrować 740 litrów wody. Każda rurka składa się z nasączonych jodyną i zwierającą aktywny węgiel warstw siatek filtracyjnych o coraz drobniejszych oczkach. Uniemożliwiają one przedostawanie się bakterii, wirusów i pasożytów, w tym salmonelli i gronkowców. Filtr jest nieskuteczny tylko w przypadku jednego typu nitkowca, wywołującego groźną chorobę, ale trwają prace nad rozwiązaniem tego problemu.

Telemedycyna szansą na rozwój?

Obraz jaki wyłania się z tych podsumowań nie jest przyjemny. Życie przeciętnego Afrykanina to życie na wegetatywnie niskim poziomie. Życie, w którym choroba często oznacza śmierć. Warto jednak zauważyć, że biały człowiek wnosząc do Afryki wszystkie przekleństwa cywilizowanego świata, przyczynił się również w ogromnym stopniu do poprawy warunków zdrowotnych jej mieszkańców. Zaprowadził przede wszystkim podstawowe nawyki higieniczne. Nie oznacza to, że od razu sytuacja uległa poprawie. O ile w Europie medycyna i znajomość zasad higieny rozwijały się powoli i powoli też zmniejszały śmiertelność, odpowiednio do postępującego rozwoju gospodarczego, do Afryki medycyna i higiena wtargnęły nagle, od razu na aktualnie najwyższym poziomie, przy nieodpowiednim do nich poziomie rozwoju gospodarczego. Stąd do dziś występujące tak różnie interpretowane pojęcie higieny.

Czy jest zatem jakiś sposób, który pozwoli choć w minimalnym stopniu poprawić istniejąca sytuację w Afryce? Dr Izabela Łęcka, z Instytutu Studiów Regionalnych i Globalnych Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistka w zakresie geografii medycznej, która prowadzi szkolenia wolontariuszy polskich i zagranicznych organizacji humanitarnych przed wyjazdem do krajów Trzeciego Świata, uważa, że jest nią telemedycyna.

Telemedycyna jest formą dostarczania informacji medycznej, za pomocą nowoczesnych środków technicznych, tj. internet, telefon, przekaz satelitarny etc. Nie jest ona ani nową technologią, ani nową gałęzią medycyny. W żadnym kraju telemedycyna nie powinna oczywiście zastępować tradycyjnych, bezpośrednich, kontaktów pacjentów z lekarzami. Jest tylko uzupełnieniem istniejących lub wręcz nieistniejących (jak w Somalii) narodowych systemów opieki medycznej. Dzięki niej lekarz przeprowadzający skomplikowaną operację w Kinszasie może na żywo konsultować się z zespołem specjalistów, monitorujących cały przebieg akcji np. z Paryża. To samo dotyczy kontaktu lekarzy miastowych z tymi pracującymi na prowincji. Bogatsze kraje Afryki, takie jak Botswana, Kenia, Egipt, Seszele, Mauritius, Maroko, Tunezja, RPA, czy Uganda, od dawna wykorzystują taką możliwość.

Autorka wymienia kilka podstawowych korzyści, jakie płyną z zastosowania tego typu środków. Jest to możliwość świadczenia usług medycznych na obszarach odległych, niedostępnych komunikacyjnie, pozbawionych lekarzy i położnych, konsultacje specjalistyczne w miejscach, do których nie docierają specjaliści, docieranie przez internet do środowisk lekarzy „peryferyjnych”, uniknięcie transportu chorego do ośrodka medycznego i nie ponoszenie z tego powodu ryzyka zdrowotnego (w tym ograniczenie wydatków na transport, zmniejszenie kosztów opieki zdrowotnej, oraz, w ostatecznym rozrachunku, zachęcenie turystów do podróży w głąb krajów afrykańskich

Warto jednak pamiętać o istnieniu kilku barier dla rozwoju telemedycyny w Afryce. Wśród nich wspomnieć należy choćby niedorozwój infrastruktury telekomunikacyjnej, brak wykwalifikowanej kadry oraz brak infrastruktury medycznej.

Autor jest dziennikarzem prasowym. Z wykształcenia absolwent politologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej i historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Od kilku lat publikuje na łamach polskich i zagranicznych mediów, zajmując się m.in. problemami krajów afrykańskich.

Reklama