Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Zabiliśmy naszego Prezydenta

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Tomasz Badowski
Kwiecień tego roku, wzbogacił podręczniki polskiej historii o kolejną tragiczną datę. 10 kwietnia 2010 stanie się kolejną datą, kiedy to będziemy czcić pamięć tragicznie zmarłych. Tym razem w katastrofie lotniczej lotu PLF 101 pod Smoleńskiem. Do listy tragicznych i smutnych dat: 1 września 1939, 17 września 1939, 10 kwietnia 1940, 4 lipca 1943, 2 października 1944, 4 lutego 1945, 13 grudnia 1981 dołączyła kolejna. Tym razem na nasze własne życzenie.
 
Kiedy  w sobotni poranek odebrałem telefon od Roberta z informacją, że zginął Prezydent a wraz z nim część elity politycznej naszego kraju, dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych RP i przedstawiciele rodzin katyńskich, moją pierwszą i jedyną myślą, która się pojawiła, było całkowite niedowierzanie. 
 
Jak to: nie żyją? Przecież to niemożliwe. Takie rzeczy się nie zdarzają, a już na pewno nie w średniej wielkości, demokratycznym państwie europejskim, które jest członkiem tak poważnych instytucji jak chociażby Sojusz Północnoatlantycki czy Unia Europejska, i które ma ambicje odgrywać istotną rolę w tych organizacjach. 
 
Prezydenci państw, owszem, ginęli już w katastrofach lotniczych, ale głównie na kontynencie afrykańskim, i to często „przy pomocy” różnej maści rebeliantów. Ale nie w normalnym, jak by się mogło wydawać, państwie ze sprawną administracją i profesjonalną armią. 
 
Oceniając to co wydarzyło się przed płytą lotniska w Smoleńsku niespełna miesiąc temu, oraz obserwując reakcję i komentarze różnego rodzaju specjalistów odnośnie do tej tragedii w mediach, coraz wyraźniej wyłania się obraz głównego winowajcy tej tragedii, którym jest Państwo Polskie.
 
W relacjach mediów zagranicznych w pierwszych dniach po katastrofie wszyscy komentatorzy zdawali się być wstrząśnięci tym, jak można było dopuścić do sytuacji, w której katastrofie ulega samolot z   najważniejszymi  osobami w państwie. W momencie, gdy polskie media z coraz większym uwielbieniem informowały o tym, że tragedię w Smoleńsku relacjonują wszystkie media światowe, ja odczuwałem coraz większy wstyd. Wstyd z powodu tego, że Polska przejdzie do historii, jako kraj którego Prezydent zginął w sposób, jaki w cywilizowanym świecie się nie zdarza. Jako kraj, który stracił swoją elitę na własne życzenie z powodu wieloletnich zaniedbań i niefrasobliwości osób zajmujących kluczowe stanowiska niezależnie od opcji partyjnej. 
 
I nie zmienią tego różnego rodzaju teorie, wietrzące spisek tajnych służb. Najwygodniej jest znaleźć winnego daleko od siebie i znowu głosić, że wszyscy są winni tylko nie my. Zła pogoda, pijany kontroler lotów, rosyjskie służby specjalne itp. Teorii spiskowych pojawia się coraz więcej. Tylko, że zanim zaczniemy szukać winnych tej tragedii – wszędzie tylko nie u nas — warto by się zastanowić, czy przypadkiem to nie my sami jesteśmy winni tego, że zginął nasz Prezydent wraz z Pierwszą Damą i 94 osobami towarzyszącymi. 
 
Kancelaria Prezydenta, która organizowała wizytę jest niewinna, gdyż to przecież pod Ministerstwo Obrony Narodowej podlega 36. Specjalny Pułk Lotnictwa Transportowego, którego samolot uległ katastrofie. W takim razie to MON jest winien tragedii. MON też nie poczuwa się do winy, gdyż to przecież Kancelaria Prezydenta organizowała całą delegację i zapraszała do niej gości, a MON tylko udostępnił środki transportu. Podobnie MSZ nie ma sobie nic do zarzucenia, gdyż nie była to oficjalna wizyta głowy Państwa Polskiego w Rosji, a jedynie „półoficjalna” wizyta prezydencka w celu oddaniu hołdu zamordowanym w Katyniu.
 
Czyli sprawa jest jasna: nikt nie zawinił, administracja państwowa działa sprawnie i bez zastrzeżeń. Po katastrofie samolotu CASA zmieniono procedury, są one przestrzegane, pilotów mamy najlepiej wyszkolonych na świecie i nikt nie ma sobie nic do zarzucania.  Wszystko jest cacy i OK,  gdyż odbywało się zgodnie z przyjętymi procedurami. Szkoda tylko, i nie mogę zrozumieć dlaczego, w tym wspaniale rządzonym państwie ginie Prezydent tego Państwa wraz 95 ważnymi dla funkcjowania tego kraju osobistościami. 
 
Bez wątpienia czeka nas teraz festiwal wzajemnych oskarżeń i zrzucania z siebie odpowiedzialności przez kolejne ośrodki administracji państwowej.  Rząd zgodnie z zasadami PR, będzie akcentował , jak szybko i sprawnie zorganizował pogrzeby i pomoc dla rodzin. Rzeczywiście jest to powód do dumy. Jako premier polskiego rządu czułbym raczej wstyd, że w ogóle doszło do sytuacji, w której trzeba organizować pogrzeby 96 ważnych dla Państwa Polskiego osób.
 
Kancelaria Prezydenta będzie trwać w żałobie i przez myśl jej pewnie nie przejedzie, aby zastanowić się, czy aby na pewno wszystko było zorganizowane i przeprowadzone tak jak należy. Poczynając od samego harmonogramu uroczystości, poprzez kwestie organizacyjne, a na liście pasażerów lotu PLF 101 kończąc. Czy nie popełniono aby żadnego błędu zaniechania wynikającego może między innymi  z „nieufności” w stosunku do pozostałych instytucji państwowych? 
 
Za kilka miesięcy zapewne poznamy oficjalny raport, w którym będą opisane ze szczegółami przyczyny techniczne katastrofy. Jednakże to, czy przyczyną katastrofy była zła decyzja pilota, błąd rosyjskich kontrolerów lotów czy mgła nad lotniskiem, nie wyczerpuje faktu, że do katastrofy by nie doszło, gdyby nie nasze własne wewnętrzne zaniedbania proceduralne oraz poziom kultury politycznej. Poczynając od samej organizacji wizyty głowy Państwa Polskiego na cmentarzu w Katyniu, a kończąc na fakcie, że w jednym samolocie znalazło się tyle prominentnych osób. 
 
Z całkowitym niedowierzaniem odebrałem informację, że najwyższym władzom Rzeczypospolitej zezwalano na regularne loty na lotnisko, które nie spełniało żadnych standardów bezpiecznego użytkowania. Czy służby odpowiedzialne za organizację wizyt przywódców innych państw zezwoliłby na to, aby ich elita polityczna lądowała na wyłączonym z eksploatacji byłym lotnisku wojskowym pozbawionym wszelkich systemów zapewniających bezpieczeństwo? A jeśli nawet sytuacja by tego wymagała, to czy nie „zabezpieczyłyby” go odpowiednio wcześniej swoimi ludźmi? Pewnie tak, ale nie w Polsce, gdyż podobno wiązałoby się  to ze zbyt dużymi kosztami. Podobnie jak zapewnienie kolumny transportowej z innego lotniska w razie konieczności lądowania awaryjnego. 
 
Kto, organizując uroczystości ku czci pomordowanych 70 lat temu przez Sowietów polskich oficerów, nie wziął pod uwagę możliwości transportu VIP-ów  np. z Witebska do Katynia?  Jak to możliwe, że organizując wizytę osób na kluczowych ze względu na interes Państwa stanowiskach, gdzie kwestie bezpieczeństwa powinny mieć najwyższy priorytet, dopuszcza się, aby lądowały one na starym po radzieckim wojskowym lotnisku pełniącym funkcję rezerwowego lotniska szkoleniowego i nie mającym podstawowej infrastruktury technicznej.  I to od dobrych kilkunastu lat, na zasadzie, damy radę, „…szlachta na koń wsiądzie i  jakoś to będzie”.
Katastrofa samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem jest bez wątpienia wynikiem wieloletnich zaniedbań i przerażająco niskiej kultury politycznej.
 
Wśród polityków wszystkich opcji politycznych i osób odpowiedzialnych za kierowanie państwem myślenie w kategoriach PR i słupków sondażowych od lat zajmowało więcej uwagi niż to, za co biorą od nas pieniądze, czyli dbanie o interes Państwa Polskiego. Jednakże takiemu podejściu jest również po części winne środowisko dziennikarskie. Podobnie jak politycy od lat dbają głównie o swój wizerunek w mediach i rosnące słupki wyborcze, tak media szukają sensacji za wszelką cenę, kierując się najczęściej zwykłym populizmem. 
 
Bez większego wysiłku można sobie wyobrazić tytuły w mediach w rodzaju: „Pielęgniarki głodują, a rząd wydaje miliony na luksusowe samoloty” , „ Kowalski lata rejsowym,  rządzący też mogą” itp.,  lub, w przypadku podjęcia rozsądnej i właściwej decyzji o rozdzieleniu delegacji na kilka samolotów: „Bizantyjski styl prezydenta” , „ 2 samoloty na uroczystości do Katynia= 20 pensji pielęgniarki” itd. 
 
Od kilku lat głównym zadaniem polityków i urzędników był nie interes państwa polskiego, a zyskanie przewagi nad konkurentami politycznymi. Podobnie jak pod koniec XVIII wieku do rozbiorów przyczyniło się partyjniactwo polskiej szlachty, tak za katastrofę w Smoleńsku i śmierć naszych elity AD 2010 możemy winić tylko i wyłącznie siebie.
 
Przypominają się słowa Marszałka Piłsudskiego: „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić”… i państwem rządzić. Pozostaje tylko żywić nadzieję, że 10 kwietnia 2010 sprawi, że ktoś na przyszłość przy podejmowaniu decyzji zastanowi się, czy interes partyjny i wyniki sondaży są równoważne z interesem Rzeczypospolitej i jej obywateli. 
 

Reklama