Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Z chińskich wyżyn widać Bałtyk

Autorzy: 
Baltic Buisness Forum

W trakcje obrad Baltic Business Forum chcielibyśmy zacząć poważną dyskusję o tym, jak w strategie rozwoju obszaru Morza Bałtyckiego włączyć Chiny i jaką rolę w tym procesie powinna odgrywać Polska – mówi Jacek Piechota, były minister gospodarki, prezes Stowarzyszenia Baltic Business Forum.

Polscy politycy i liderzy opinii chcieliby, by nasz kraj był postrzegany jako pomost w relacjach między Zachodem i Wschodem. Czy dysponujemy jednak odpowiednim potencjałem, by gospodarczo integrować te dwa regiony Europy?

Polska ma olbrzymi potencjał, coraz częściej dostrzegany i wysoko oceniany przez zachodnich inwestorów. Okazuje się na przykład, że posiadamy doskonałe kadry, z których korzystają zagraniczne koncerny inwestujące na Ukrainie. Coraz więcej takich firm w oddziałach na Wschodzie zatrudnia nie rodaków, ale właśnie polskich menedżerów, dyrektorów czy prezesów. Od Ukraińców i Białorusinów dzielą nas bowiem mniejsze różnice kulturowe i społeczne, a jednocześnie doskonale odnajdujemy się w zachodnich systemach korporacyjnych.

To punkt widzenia Zachodu. A jak jesteśmy oceniani przez wschodni biznes?
Od kilku sezonów mówi się o Polsce, jako o „zielonej wyspie Europy”. Nie zdawałem sobie sprawy, że może być to tak dobra reklama polskiej gospodarki za granicą. Kiedy na Ukrainie PKB zmniejszyło się rok do roku o 15 proc., a u nas notowaliśmy wzrost gospodarczy, nagle politycy i inwestorzy w Kijowie zaczęli dochodzić powodów tak dobrej kondycji polskiej gospodarki. Otworzyło to nam drogę do transferu na Wschód wielu rozwiązań sprawdzonych nad Wisłą.

Polska od lat rozwija strategiczne partnerstwo z Ukrainą. Cieniem na stosunki z Kijowem kładą się jednak ostatnio antydemokratyczne posunięcia ekipy Wiktora Janukowycza. Czy Ukraina zwróciła się politycznie i gospodarczo ku Moskwie?
Janukowycz jest przede wszystkim pragmatykiem. W czasie kampanii wyborczej zabiegał o głosy elektoratu na wschodzie kraju, więc głosił pewne tezy antyzachodnie. Ale Ukraina od lat pozostaje w orbicie wpływów Europy Zachodniej i prezydent nie może tego nie uwzględniać w swoich kalkulacjach. Tuż po zwycięstwie w wyborach swoje pierwsze orędzie Janukowycz wygłosił po rosyjsku, ale już rok temu w Warszawie przemawiał po ukraińsku. Wiele dokonywanych w Unii Europejskiej ocen Ukrainy jest niezwykle uproszczonych, bo przykłada się do nich zachodnie wzorce.

A jakie są wzorce wschodnie?
Najlepiej obrazuje to przykład zmian w systemie opodatkowania przedsiębiorców, jakie ukraińskie władze postanowiły wprowadzić w 2010 r. Pomysł spotkał się z wielkimi protestami społecznymi, mówiło się nawet o drugiej fazie pomarańczowej rewolucji. Zaproszono nas wówczas, byśmy przedstawili w Kijowie polskie regulacje podatkowe. Protestujący biznesmeni przyszli z prostym nastawieniem: Polska jest „zieloną wyspą Europy”, bo stawia na rozwój małych i średnich przedsiębiorstw, nie obciążając ich nadmiernie podatkami. Sądzili, że będziemy ich sojusznikami. Tymczasem nasz system okazał się zbieżny z regulacjami proponowanymi przez ukraiński rząd. Biznesmeni nie mogli pojąć, dlaczego trzeba odstąpić od stosowanego dotychczas na Ukrainie podatku obrotowego, który rozliczano wedle zasady: obrót chowasz pod stołem, a do kasy państwa płacisz tyle, ile wynegocjujesz z często skorumpowanym kontrolerem skarbowym. Wydawać by się mogło, że wsparliśmy argumenty władz. Okazało się jednak, że tylko do pewnego stopnia. Kiedy bowiem zaczęliśmy mówić, jakie obowiązki nasz system fiskalny nakłada na organa skarbowe w zakresie wykładni podatkowej, rejestru korzyści czy przepisów antykorupcyjnych, to w jednej minucie staliśmy się wrogami urzędniczej armii.

W relacjach gospodarczych z Ukrainą kierujemy się racjonalizmem ekonomicznym. Ale z Rosją chyba tego sposobu oceny zjawisk nie prezentujemy?
To faktycznie przypadek szczególny. Wytworzyliśmy w polskiej polityce i mediach tak silnie antyrosyjską atmosferę, że dzisiaj w Moskwie panuje obawa przed myśleniem o gospodarczej współpracy z Polakami. I to od lat się nie zmienia – niemal każdy polski polityk boi się powiedzieć cokolwiek dobrego o rosyjskich inwestycjach czy kapitale, by nie wyjść na rusofila, bo to etykietka dyskredytująca go w oczach wyborców. Uważam, że nigdy nie podjęliśmy racjonalnej oceny polsko-rosyjskiej współpracy gospodarczej.

Obawiamy się kapitału rosyjskiego, ale nie boimy ofensywnego kapitału chińskiego, który w dynamicznie kolonizuje dzisiaj świat.
Chiny leżą dalej i we wzajemnych relacjach nie ma żadnych historycznych obciążeń. To dobrze, bo chińskie inwestycje ustabilizowałyby naszą sytuację, dywersyfikując pakiet inwestorów na naszym rynku. Niepokojący jest fakt, że nic nie robimy, by w tym wyścigu o chińskie aktywa zająć ważne miejsce.

Jak to nie? Mówi się, że wizyta Bronisława Komorowskiego w Pekinie przyczyniła się do poważnego przyspieszenia chińskich inwestycji.
Przed prezydentem Komorowskim wizytę na tak wysokim szczeblu składał w Pekinie wiele lat temu Aleksander Kwaśniewski. Przez ten czas Chiny były intensywnie penetrowane przez głowy innych państw. My nie robiliśmy nic i straciliśmy ten czas! Zresztą prawda jest taka, że polscy politycy jeszcze kilka lat temu nie dostrzegali chińskiego potencjału. W 2002 r. jako minister gospodarki poleciałem z oficjalną wizytą do Chin. W programie były spotkania z wicepremierem i szefami komitetów międzyrządowych. Wizytę przerwał premier Leszek Miller, który wezwał mnie pilnie na posiedzenie rządu, argumentując konieczność powrotu niepokojami społecznymi na Śląsku. Pamiętam, że Ksawery Burski, ówczesny ambasador Polski w Pekinie, powiedział mi wtedy: „Panie ministrze, Chińczycy nie zapomną nam tego przez najbliższe dwa tysiące lat”. Jeżeli nie ma w Polsce kataklizmu, rewolucji czy wojny domowej, a minister przerywa oficjalną wizytę, to dla Chińczyków jest to obelga.

Jaką strategię dziś powinniśmy obrać w relacjach gospodarczych z Chinami?
Musimy udowodnić chińskim władzom i biznesowi, że jesteśmy dobrą bazą do prowadzenia działań gospodarczych w tej części Europy. Węgrzy wymyślili „Strategię Morza Czarnego dla Chin”, w której tłumaczyli, że w tej części świata najlepiej inwestować za pośrednictwem Budapesztu. W Pekinie ten dokument bardzo się spodobał. W trakcie obrad Baltic Business Forum 2012 chcielibyśmy zacząć poważną dyskusję o tym, jak w strategie rozwoju obszaru Morza Bałtyckiego włączyć Chiny i jaką rolę w tym procesie powinna odgrywać Polska. Mamy o niebo lepsze warunki, by stać się bazą dla chińskich inwestycji w tym regionie niż Węgry w obszarze Morza Czarnego, nad którym przecież nawet nie leżą! Niestety, wśród polskich elit pokutuje myślenie, że nie powinniśmy kontaktować Chińczyków z innymi krajami, bo w tej mozaice gdzieś tam znikniemy. Uważam, że dzięki naszym relacjom gospodarczym, biznesowym i personalnym możemy bezpiecznie wprowadzić chińskich inwestorów na rynki Europy Wschodniej. Unikniemy wtedy rozciągającej się z chińskich wyżyn perspektywy: Europę Północną, Środkową i Wschodnią widać, ale samej Polski już nie.

 

––––––––––––––––––––––––––––––––––––
Baltic Business Forum 2012 odbędzie się w dn. 25-27 kwietnia w Świnoujściu. Zaproszeni biznesmeni, politycy i eksperci dyskutować będą o warunkach i barierach przepływu towarów, usług i kapitału między krajami Europy Zachodniej i Północnej a Wschodem. Odrębne panele poświęcono m.in. energetyce, logistyce, bankowości i finansom, telekomunikacji, informatyce, ekologii, handlowi artykułami spożywczymi, mediom. Uczestnicy forum zastanawiać będą się też nad strategiami gospodarczymi dla regionu nadbałtyckiego; forum otworzy sesja o tytule „Bałtyk – Polska – Chiny”. Patronat honorowy nad Baltic Business Forum 2012 objął minister gospodarki Waldemar Pawlak. Magazyn "Stosunki Międzynarodowe"/Stosunki.pl jest patronem medialnym Baltic Buisness Forum

 

Reklama