Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


W USA bardziej czerwono niż niebiesko

Autorzy: 
Bartosz Szyja
Barack Obama w 2008 roku głosił konieczność zmian i obywatele Stanów Zjednoczonych zaufali czarnoskóremu kandydatowi na prezydenta. W tym roku w wyborach do kongresu Amerykanie również opowiedzieli się za zmianami, ale tym razem ich gwarantem mają być Republikanie. Ale czy zwycięstwo czerwonych daje nadzieje na poprawę sytuacji wewnętrznej USA?
 
 
 
 
 
Czerwony listopad

Sondaże publikowane przed wyborami nie myliły się. Choć głosy wciąż są liczone to pewne już jest, że Izba Reprezentantów zostanie zdominowana przez Republikanów. Amerykanie tym samym dali wyraz swego niezadowolenia z nieudanych prób reform podejmowanych przez administrację Obamy. Nie można dziwić się temu zjawisku. Obywatele USA zmęczeni się trwającym od kilku lat kryzysem, ale oskarżanie Obamy o całe zło ma wiele z populizmu, gdyż niecałe dwa lata to zbyt krótki okres na wprowadzenie skutecznych reform. Nie zmienia to jednak faktu, że działania podejmowane przez administrację urzędującego prezydenta miały wiele z nieudolności.
Ale dwa lata to politycznie długi okres, w czasie którego wydarzyć się może wiele. Dwa lata wystarczą, żeby wyczerpał się entuzjazm i nowatorskie pomysły, a rewelacyjny program wyborczy okazał się klapą. Amerykanie chcą widzieć Stany Zjednoczone błyszczące znów tym blaskiem do jakiego przyzwyczailiśmy się w ciągu ostatniego wieku. Warto zauważyć, że obecny kryzys znacząco pogorszył już i tak nadwątlony wizerunek USA w świecie. Oczywiście nie jest to wydarzenie bez precedensu, gdyż w wieku XX podobne sytuacje miały miejsce, ale tym razem zaobserwować można, że Stany Zjednoczone nie mają już tego potencjału odbijania się od dna jaki miały jeszcze dwie dekady temu. Przezwyciężyć złą passę miał Barack Obama. Teraz kolej na Republikanów.
W zasadzie uznać można, że tylko wybory do Izby Reprezentantów właściwie obrazują nastroje społeczne w USA, ponieważ wymieniony został cały skład izby. Skład Senatu zmienił się tylko w jednej trzeciej. Dodać można tylko: na całe szczęście dla Demokratów, bo tam zachowali nieznaczną przewagę. Przed wyborami Demokraci dysponowali 255 mandatami w Izbie Reprezentantów i 58 w Senacie. Po wyborach Niebiescy utrzymają najprawdopodobniej jedynie 192 mandaty w izbie niższej i 53 w wyższej. Republikanie przed wyborami mieli odpowiednio 178 i 40 reprezentantów. Od stycznia (a więc od rozpoczęcia nowej kadencji) będą dysponowali najprawdopodobniej 239 i 47 mandatami. Liczby te mogą się zmienić, ale pewne jest, że w tych wyborach to Czerwoni są górą.
Symboliczną porażką Demokratów jest uzyskanie mandatu w Senacie przez Marka Kirka reprezentującego stan Illinois, a więc to samo miejsce jakie niegdyś zajmował Barack Obama.
Innym ciekawym zjawiskiem jest stosunkowo silny już ruch Tea Party, którego zwolennicy wygrali w Karolinie Południowej, Kentucky i na Florydzie. Trudno mówić, że na amerykańskiej scenie politycznej rodzi się nowa partia, ale z ciekawością można obserwować zmiany zachodzące w społeczeństwie amerykańskim. Okazuje się, że skrajne i kontrowersyjne poglądy mają liczne rzesze zwolenników, co może skłonić bardziej centrowe skrzydło republikańskie do przeformułowania haseł. Tak czy inaczej, albo Tea Party straci na skrajności i tym samym zostanie wchłonięta przez Partię Republikańską albo ją zachowa i nie mogąc się dogadać z bardziej centrowym skrzydłem Czerwonych ostatecznie odetnie się od swych korzeni i będziemy świadkiem narodzin nowej partii z potężnym potencjałem politycznym.

Nie taka wielka klęska

Nie ulega wątpliwości, że Obama ma teraz znacznie utrudnione zadanie. Nie może już liczyć na to, że projekty ustaw uzyskiwać będą z marszu poparcie obu izb. Znając życie Republikanie chcąc zrealizować własne hasła programowe będą torpedować pomysły administracji Obamy. Jednak nie jest to równoznaczne z tym, że ustawy inicjowane przez Demokratów nie będą uchwalane – wszak formuła procesu legislacyjnego w USA zmusza do kooperacji obie izby, a Senat nadal należy do Demokratów. Rzecz jasna konfliktów nie można uniknąć.
Jednak Republikanie muszą być powściągliwi w blokowaniu projektów ustaw inicjowanych przez Demokratów, ponieważ brak reform jak na ironię będzie sprzyjał Obamie. Dziać się tak może, gdyż administracja urzędującego prezydenta będzie mogła przy każdej okazji przypominać o tym, że próby reform były podejmowane i byłyby zrealizowane gdyby nie nieugięci i nieskłonni do współpracy Republikanie. Ci natomiast mogą twierdzić, że nie poparli dane projektu ustawy nie dlatego, że pochodził z obozu Demokratów, ale dlatego że był po prostu nie dość dobry. A gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta.
Pytanie o owego trzeciego pozostaje otwarte. Naturalnym trzecim może być Tea Party, ale uzasadnione są wątpliwości czy jest to stronnictwo, które może odpowiadać na palące problemy społeczeństwa amerykańskiego. Populizm w tych wyborach okazał się być kluczem do sukcesu, tylko czy nie jednorazowego? Bywa tak, że gdy dwóch się bije tam nikt nie korzysta – mam na myśli spadek frekwencji wyborczej. Ale raczej tak nie będzie w USA, ponieważ społeczeństwo amerykańskie ma rozwiniętą świadomość polityczną i wybory są traktowane jako obywatelska powinność. Zatem ten będzie korzystał, od kogo będzie można oczekiwać, że zapowiadane reformy zostaną zrealizowane.

W którą stronę?

Zastanawiać się można czy elektorat republikański w ogóle wierzy w jakiekolwiek zmiany, bo przecież rząd pozostaje Demokratów. Wydaje się, że był to raczej głos sprzeciwu i niezadowolenia. A reformy są niewątpliwe potrzebne i każdy Amerykanin ma tego świadomość. Może prawie każdy, ponieważ trudno się upierać przy tym, że zwolennicy Tea Party są świadomi sytuacji ich kraju. Postulaty głoszone przez nich są chwytliwe, ale ich realizacja wiązać się może z nasileniem negatywnych zjawisk w USA. Mówiąc dobitniej mogą rozsadzić Stany Zjednoczone od wewnątrz. A moment ku temu jest dogodny. Dla przypomnienia warto jedynie dodać, że separatystyczne zapędy w USA co jakiś czas dają o sobie znać.
 Wyjście z obecnego kryzysu jest trudne ze względu na jego specyfikę, więc do głosu należałoby dopuścić przede wszystkim ekonomistów, a nie polityków. Jak uczy nas historia zdobywanie elektoratu nie zawsze idzie w parze z budowaniem dobrobytu państwa i tym razem może być podobnie. Ponadto, coraz częściej pojawiają się głosy, że przezwyciężenie recesji w Stanach Zjednoczonych byłoby łatwiejsze, gdyby opracowano plan antykryzysowy, który swym zasięgiem obejmowałby cały świat. Z drugiej jednak strony część ekonomistów uważa, że jest to wewnętrzny problem USA i stoi na stanowisku, że należy trzymać się zasady: kto nabałaganił niech posprząta.
Być może żółta karta dla Baracka Obamy skłoni jego administrację do wytężenia wysiłków zmierzających do naprawy gospodarki państwa. Pozostały jednak już tylko dwa lata, w czasie których wdrożone powinny zostać reformy na tyle skuteczne, aby na koniec kadencji urzędującego prezydenta zaczęły być widoczne rezultaty. W przeciwnym razie z dużym prawdopodobieństwem można wieszczyć kolejną klęskę Demokratów.

Reklama