Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Ukraina potrzebuje broni, wsparcie polityczne to za mało

Autorzy: 
Marcin Rezik

Ostrzelanie wycofujących się ukraińskich żołnierzy z miasta Debelcewe przez prorosyjskich separytystów i Rosjan ostatecznie pogrzebało szanse na nieco dłuższą realizację drugiego rozejmu z Mińska. Wydaje sie, że takie wydarzenie powinno ostatecznie pozbawić złudzeń wszystkich tych, którzy jeszcze mieli nadzieję na dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Nic bardziej mylnego. Angela Merkel i Francois Hollande, którzy doprawadzili do podpisania przez Poroszenkę i Putina warunków rozejmu, ograniczyli się jedynie do potępienia przypadków naruszenia zawieszenia broni, mając nadzieję na dalszą implementację postanowień tekstu z Mińska.

Zaklinanie rzeczywistości ze strony przywódców najwazniejszych państw Unii Europejskiej dowodzi niezbicie, że nie mają oni krzty chęci na konfrontację z Putinem. Mało tego, podejmując tak nieprzymyślany krok jak drugie spotkanie w Mińsku, być może Niemcy i Francja pozbawiły Ukraińców, przynajmniej na jakiś czas, realnej pomocy ze strony Stanów Zjednoczonych. Jak podawał bowiem "New York Times" na początku lutego administracja amerykańska coraz mocniej zastanawiała się nad pomocą militarną w postaci dostarczenia broni armi ukraińskiej. Szarża Merkel i Hollande'a przynajmniej na jakiś czas taką możliwość wykluczyła.

Z takiego obrotu sytuacji oczywiście najbardziej zadowolony jest Władimir Putin, dla którego postanowienia rozejmu mają taką wartość, jak papier na którym zostały spisane. Jeżeli tylko Rosja będzie mieć taką ochotę, to bez zdedycowanego oporu Zachodu, jest w stanie zająć całą Ukrainę. Nie miejmy złudzeń. Kijów bez wsparcia z zewnątrz w wojnie z Rosją nie ma szans żadnych. Według oficjalnych danych na jednego ukraińskiego przypada około 6,5 żołnierza rosyjskiego. Fakt, że Ukraińcy w 2013 r. zdecydowali się na profesjonalizację armii, jednak podawana liczba 130 tys. żołnierzy wydaje sie i tak mocno przeszacowana. Są oczywiście jeszcze rezerwiści, ale to jak wygląda mobilizacja i ilu z nich zgłasza się do swoich jednostek, dobitnie dowodzi niskiego morale w ukraińskim narodzie. Pomijając sam potencjał ludnościowy, jeszcze większe dysproporcje są, jeżeli chodzi o uzbrojenie. Rosjanie od lat wydają na zbrojenia co roku ponad 60 mld dolarów. Ukraińcy, żyjąc w przekonaniu błogiego bezpieczeństwa, na armię przeznaczali zaledwie 1 % PKB. Nic dziwnego, że ich sprzęt bojowy pamięta jeszcze czasy, gdy oba narody tworzyły wielkość Związku Radzieckiego. Co za tym idzie, Putin, aby osiągnąć swoje cele, póki co może angażować bardzo niewielkie siły, opierając się na w głównej mierze na separystach. Dzięki temu w dalszym ciągu, przynajmnie wśród niektórych, wciaż może grać rolę strony neutralnej.

Zasadnicze pytanie w tej rozgrywce brzmi: jakie są rzeczywiście plany prezydenta Rosji? Wydaje się, że gra idzie nie tylko o wschodnie prowincje Ukrainy, ale o całe państwo. Mało prawdopodobne jest rzecz jasna, że przewiduje on możliwość włączenia całości państwa ukraińskiego bezpośrednio do Rosji. Wystarczy jednak, że zmieni się rząd i prezydent, albo obecne władzy Ukrainy porzucą plany integracji z Zachodem i zwrócą się w kierunku Rosji i konstruowanej przez nią mozolnie Unii Euroazjatyckiej. Konflikt na Ukrainie coraz bardziej męczy naród ukraiński. Rok temu, gdy Majdan obalał niechcianego prorosyjskiego prezydenta, był czas na chwilową euforię. Dzisiaj Ukraina, pogrążona w wojnie na wchodzie, ma olbrzymie trudności, by wydżwignąć się z kryzysu gospodarczego. W tej sytuacji, widząc wciąż z ich punktu widzenia, bardzo bierną postawę Zachodu, mogą dojść do głosu postawy kapitulanckie. Obalenie drugiego Majdanu przez nowy, ale tym razem nie niepodległościowy, lecz prorosyjski byłby totalnym zwycięstwem geniuszu politycznego Władimira Putina.

Aby do tego nie dopuścić potrzebne są dużo bardziej zdecydowanego kroki ze strony NATO i Unii Europejskiej. Trzeba otwarcie przyznać, że sankcje gospodarcze, pomimo, że uciążliwe, to jednak nie skłoniły Rosji do dyplomatycznego rozwiązania sporu. Kolejnym krokiem musi być zatem decyzja o udzieleniu Ukrainie wsparcia militarnego. Dostarczenie broni Ukrainie, a w dalszej kolejności pomoc wojsk NATO, może skutecznie powstrzymać zapędy imperialne Władimira Putina. Czego, jak czego, ale realizmu politycznego prezydentowi Rosji odmówić nie można. Dlatego też nie wydaję się, żeby ryzykował on konflikt z całym światem zachodnim, z którym przecież wciąż łączą go bardzo poważne interesy gospodarcze.

Recepta jest więc prosta, ale wykonanie o wiele trudniejsze. Nieprzypadkowo na rozmowy w Mińsku zdecydowali się Angela Merkel i Francois Hollande, czyli przywódcy krajów, z którymi Rosja miała w ostatnich latach bardzo bliskie relacje hadlowe. Symbolem współpracy niemiecko-rosyjskiej jest projekt gazociągu północnego, Paryża z Moswą z kolei łączy kontrarkt na sprzedaż bardzo nowoczesnych okrętów desantowych typu Mistral. Nic dziwnego więc, że reagują oni alergicznie na wszelkie pomysły o dozbrojeniu Ukrainy. Również społeczeństwa tych krajów nie chcą słyszeć o bardziej aktywnym zaangażowaniu się swoich państw w konflikt ukraińsko-rosyjki. Co interesujące także wśród części państw naszego regionu Europy nie widać woli drażnienia Rosji. Przebieg spotkania Orbana z Putinem dowodzi, że nie wszędzie działania Moskwy definiowane są jako realne zagrożenia dla bezpieczeństwa w Europie. Polska również nie przewiduje obecnie możliwości militarnego wsparcia Ukrainy, ograniczając się jedynie do ,niewiele znaczącej, pomocy politycznej. Mając to wszystko na uwadze trudno być optymistą, by Unia Europejska wypracowała jednolite i twarde stanowisko wobec konfliktu na Ukrainie, nie ograniczające się li tylko do sankcji ekonomicznych. Jedyna nadzieje dla Ukrainy tli się zatem za Oceanem. Stany Zjednoczone mają bowiem swój interes w tym, by nie dopuścić do wzrostu potęgi rosyjskie. Wszak to one od zakończenia "zimnej wojny" pełnili rolę jedynego kreatora światowgo ładu. Powrót do bipolarnego modelu stosunków międzynarodowych oznaczałby koniec hegomonicznej pozycji USA, na której przecież w ogromnej mierze opiera się tożsamość narodowa dzisiejszych Amerykanów.

Reklama