Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Trójkąt Weimarski czyli do tanga trzeba trojga

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Dr Krzysztof Tokarz

Kto dziś pamięta, co to takiego Trójkąt Weimarski? Może kilku polityków, może kilku ekspertów, no może jeszcze kilku dziennikarzy. Naszą pamięć odświeżyło, ale tylko nieco, ostatnie spotkanie w ramach Trójkąta, które miało miejsce niedawno w Warszawie. Wprawdzie Trójkąt Weimarski zapisał się godnie w dziejach najnowszych Polski, Niemiec a nawet Francji, ale dziś to martwa natura i jedynie tania ozdoba dla niektórych polityków, którzy mogą się puszyć, czego to oni nie robią dla relacji międzynarodowych.

Prawdę powiedziawszy, ostatnie spotkania w ramach Trójkąta były chyba bardziej przydatne samym prominentnym politykom niż ich państwom. Przyjechali, pogadali, coś tam ktoś nabazgrolił na papierze. Ot i tyle. W rzeczywistości dla nas z tych spotkań niewiele wynikło pożytku.

Ale co fakt to fakt, Trójkąt Weimarski miał swoje pięć minut i dobrze je wykorzystał. Powołano go w 1991 roku, aby pomógł Polsce dostać się do Unii Europejskiej. Członkami tej zacnej zachodniej struktury jesteśmy już 7 lat i de facto pomysł na współpracę trilateralną wyczerpał się. W ostatnim czasie o Trójkącie najgłośniej było, kiedy to zmarły prezydent Lech Kaczyński obraził się na niemiecką prasę i pod pretekstem choroby nie pojechał na spotkanie z Merkel i Sarkozym. Zresztą to wydarzenie wykorzystano w polskiej polityce, aby pokazać, jaki to Kaczyński nieporadny i obrażalski, a prasa niemiecka miała kolejny powód do połajanki Kaczyńskiego i pokazania, jacy ci Polacy są źli, uparci i nie potrafią współpracować "z nami" czyli cywilizowanymi narodami. 

Później jakoś wszyscy stracili "serce" dla Trójkąta. Potwierdzają to słowa prezydenta Komorowskiego, który tak się napocił przy organizacji ostatniego spotkania, że aż chce napisać o tym w przyszłej autobiografii. Bardziej wiarygodne źródło, które potwierdza, że ani Niemcy ani Francuzi nie mieli zapału do spotkań we trójkę, chyba trudno sobie wyobrazić. Pomysłów na dalsze życie Trójkąta Weimarskiego było chyba nawet kilka, ale cóż z tego, kiedy żaden tak naprawdę nie mógł połączyć wspólnych interesów Berlina, Paryża i Warszawy. Ktoś tam kiedyś wspominał, że może by tak Trójkąt wykorzystać do przyciągnięcia Ukrainy do UE. Ale to kompletnie nietrafiona idea. I to z wielu powodów. Nijak się ma obecna sytuacja Ukrainy na drodze do zachodnich struktur do tej, w jakiej była Polska przed akcesją. Przede wszystkim generalna różnica polegała na tym, że Polska wprawdzie nie była gotowa do członkostwa w UE, ale miała wolę rozszerzania. Dziś nie ma mowy o zaproszeniu Kijowa do Unii. A gołym okiem widać, że ani Berlin a tym bardziej Paryż, nie kwapią się z ofertą pomocy dla naszych wschodnich braci Ukraińców. Więc kpiną byłoby domontowywanie Ukrainy do idei Trójkąta. Co najwyżej stałoby się fajnym listkiem figowym dla niektórych polityków. Zawsze mogliby się schować za fasadą, no i powiedzieć: Co nie widzicie? Rozmawiamy w tym Trójkącie z Ukrainą, a że nie wychodzi, cóż...". Tylko pytanie, po co organizować taką międzynarodową farsę za pieniądze podatników? Innym pomysłem było dołączenie do Trójkąta Rosji. I to, wbrew pozorom, byłoby celniejszym pomysłem. Tyle że na obecną chwilę nieco utopijnym.

Dołączenie Rosji dawałoby pewne korzyści dla wszystkich, w tym samych Rosjan. No, ale o ile Paryż i Berlin z uwagi na wielkość i rangę byłyby - jak to się dziś mówi - kompatybilne, o tyle Polska niekoniecznie. A oś Paryż–Berlin–Moskwa istnieje, chociaż nie jest sformalizowana i wygląda na to, że jeszcze jakiś czas tak właśnie pozostanie. A spotkanie na najwyższym szczeblu pomiędzy przywódcami wspomnianych europejskich potęg jakoś nie budzą specjalnego entuzjazmu Warszawy. Poniekąd trudno się też temu dziwić mając na uwadze wnioski, jakie płyną z historii. 

No i mylą się też ci, którzy winę za degrengoladę Trójkąta Weimarskiego przypisują jedynie Lechowi Kaczyńskiemu i jego obstrukcyjnej postawie. To oczywista oczywistość, iż zasłanianie się przez byłego prezydenta chorobą było błędem. Ale tak naprawdę prawdziwymi grabarzami Trójkąta są byli już przywódcy Francji i Niemiec. Trójkąt Weimarski „zmiażdżyli” prezydent Jacques Chirac i kanclerz Gerhard Schroeder. A "Trójkąt" został wyparty przez "oś" Paryż-Berlin-Moskwa. Dziś perspektywy tego trójstronnego forum (Trójkąta Weimarskiego – przyp. aut.) są niepewne - uważa, nie bez racji, francuski politolog prof. Alfred Grosser.

Ten znawca stosunków francusko-niemieckich w ten sposób skomentował, przypadającą w sierpniu tego roku, 20. rocznicę powołania do życia Trójkąta Weimarskiego. Trójkąta powołanego przez ministrów spraw zagranicznych w 1991 roku w celu rozwoju współpracy między Polską, Niemcami i Francją. Cytowany francuski profesor powiedział, że Trójkąt w momencie swojego powstania "pomógł w pojednaniu polsko-niemieckim przy pośrednictwie Francji. Można dodać, że Trójkąt pomógł znaleźć Polsce swoje obecne miejsce w nowokształtującej się po upadku komunizmu Europie. Zdaniem profesora Grossera polsko- francusko-niemiecka trójstronna współpraca przestała w praktyce istnieć w końcu lat 90., gdy kanclerzem Niemiec został Schroeder, a urząd prezydenta Francji piastował Chirac. To poniekąd przeczy tezie, iż rzekomo po tym jak Polska znalazła się w strukturach Unii Europejskiej, rola tego tworu się wyczerpała. Grosser twierdził: "W mojej opinii wszystko w Trójkącie się zmieniło - wcześniej nie było znakomicie, ale też nie było tak źle - z parą Schroeder-Chirac. Wtedy Trójkąt Weimarski został zmiażdżony przez oś Paryż-Berlin-Moskwa.

Schroeder i Chirac wyraźnie wstawili w nawias Polskę, żeby mieć jak najkorzystniejsze relacje z Rosją". I z pewnością coś tym twierdzeniu jest. Bo nie tylko Grosser zauważył, że gdyby Trójkąt rzeczywiście działał, to nie skupiałby się na roztrząsaniu dyplomatycznej choroby byłego polskiego prezydenta, która to została rozdęta do granic absurdu, ale zajmowałby się sprawami ważnymi dla Polski i Niemiec i Francji. Idąc dalej za profesorem Grosserem, który zauważa, że gdyby Trójkąt Weimarski miał "moc" Polska i Francja wspólnie protestowałyby przeciwko Gazociągowi Północnemu, który omijał terytorium Polski. No, w tym przypadku Niemcy były politycznie bardzo zainteresowane budową Gazociągu Północnego, a Gerhard Schroeder wręcz osobiście. Znalazł dobrze płatną robotę w jednej ze spółek odpowiedzialnych za budowę Gazociągu Północnego. W tak zwanym międzyczasie zmieniły się rządy Niemiec, Francji i Polski, ale w kwestii współpracy trilateralnej nie zmieniło się nic. No może poza kosmetyką i retoryką, ale w polityce międzynarodowej i w interesach bynajmniej nie o to idzie.

Poza tym Francja jest jedynym państwem, które złamało zasady NATO, sprzedając okręty wojenne Rosji. W styczniu tego roku Paryż i Moskwa podpisały umowę o sprzedaży 4 okrętów klasy Mistral. Kontrakt ten wywołał ostre protesty ze strony innych członków NATO. Zwłaszcza państwa nadbałtyckie sprzeciwiają się tej decyzji Francji, bo te okręty sprawią, iż Rosja stanie się dla nich jeszcze większym zagrożeniem. Berlinowi też nie przeszkadzał Trójkąt ani inny geometryczny twór przed podpisaniem umowy o powstaniu Gazociągu Północnego. W przypadku Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie, czy wydarzeń w Gruzji też nie było jakoś widać dogłębnej trójstronnej współpracy. Pojawia sie, zatem pytanie czy Berlin od teraz, czyli od spotkania Trójkąta Weimarskiego zorganizowanego przez prezydenta Komorowskiego, będzie się bardziej liczył ze zdaniem Warszawy, czy tylko chce kupić sobie spokój w robieniu własnych interesów z Moskwą? - Należy się cieszyć z takich spotkań jak to ostatnie w Warszawie ¬ - powiedział Włodzimierz Cimoszewicz. Jedno spotkanie wszystkiego nie załatwia to też prawda. Tyle, że tych spotkań ramach Trójkąta było już wiele. W niektórych brał udział jako przedstawiciel Polski sam Włodzimierz Cimoszewicz. Pojawia się jednak pytanie co z organizowanych obecnie wyniknie? W czasie ostatniego spotkania w ramach Trójkąta Weimarskiego w Warszawie wiele się mówiło o współpracy młodzieży, naukowców a nawet szkoleniu dyplomatów. To jest i zapewnie będzie bardzo ważne, o ile słowa zostaną przekute w czyn. Ale czy do tego, by te trzy wyżej wymienione rzeczy robić wspólnie, faktycznie potrzebne jest zwoływanie spotkań najważniejszych polityków? To raczej nie świadczyłoby za dobrze o dotychczasowych dokonaniach. Bowiem takiej współpracy można było rozmawiać już dawno i nie koniecznie na szczeblu prezydentów i kanclerza. Bo czy decyzja o tym, czy dyplomaci z trzech unijnych krajów mogą się razem uczyć jest tak ważna, że muszą aż o tym decydować Komorowski i Merkel z Sarkozym? Czy jakaś młodzieżowa grupa dajmy na to z Konina, spotka się ze swoimi kolegami z Hannau czy Bordoux też muszą decydować prezydenci? Mamy organizacje, które od lat się tym zajmują. Widocznie politycy uznali, że kiepsko im to idzie, skoro wzięli sprawy w swoje ręce. A może po prostu uznali, że to wdzięczny zastępczy temat. Zawsze łapie za serce i można się szybko "wykazać" kiedy nie ma się nic poważnego do powiedzenia.

Miejmy nadzieję, że poza zbijaniem kapitału w polityce wewnętrznej coś z tego spotkania prezydentów Polski i Francji z niemiecką panią kanclerz wyjdzie. Bo jak na razie efekt nie powala na kolana, mówiąc slangiem młodzieżowym, który - jak się nie pierwszy raz okazuje - jest tak bardzo bliski sercom naszych najważniejszych polityków.

Zdjęcia w artykule: Copyright Grzegorz Krzyżewski/Stosunki.pl
 

Reklama