Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Taktyczna odwilż nad Pacyfikiem - stosunki chińsko-amerykańskie w świetle czerwcowego spotkania Xi Jinpinga i Baracka Obamy

Autorzy: 
Stanisław A. Niewiński

W dniach 7-8 czerwca obecnego roku miało miejsce wydarzenie o bardzo istotnym znaczeniu dla międzynarodowej sytuacji politycznej. Na położonym w Kalifornii ranczu Sunnylands doszło do spotkania pomiędzy przywódcami dwóch największych gospodarek globu – prezydenta USA Baracka Obamy oraz przewodniczącego ChRL Xi Jinpinga. Rozmowy obu polityków ponownie zaktywizowały światową debatę odnośnie relacji obu mocarstw. Trwający od 2008 r. światowy kryzys gospodarczy doprowadził do licznych zmian na arenie międzynarodowej. W oczach wielu analityków stosunków międzynarodowych Stany Zjednoczone uchodzą za mocarstwo zmierzchające, zaś Chiny są uważane za mocarstwo wschodzące. W takiej sytuacji pojawia się sporo pytań. Jedno z nich jest szczególnie ważne. W dziejach świata niemal zawsze dochodziło do konfliktów zbrojnych pomiędzy zmierzchającym i wschodzącym mocarstwem. Czy będzie tak i tym razem? Czy Chiny zastąpią USA w roli największego globalnego mocarstwa?

Przyglądając się spotkaniu obu liderów można z łatwością stwierdzić, iż miało ono miejsce wówczas, gdy relacje dwóch mocarstw stają się coraz bardziej napięte. Chociaż Barack Obama i Xi Jinping odwoływali się do historycznej wizyty Richarda Nixona w Państwie Środka z 1972 roku, to można mieć duże wątpliwości odnośnie zasadności w powoływaniu się współcześnie na wydarzenie sprzed czterdziestu lat. Wówczas Waszyngton i Pekin obawiały się Moskwy. Dla Stanów Zjednoczonych Związek Radziecki był głównym konkurentem w czasie zimnej wojny. Dla ChRL ZSRR był co prawda państwem ideologicznie pokrewnym, ale chińscy komuniści (będący przede wszystkim nacjonalistami) obawiali się uzależnienia od północnego sąsiada. Współcześnie sytuacja jest zdecydowanie inna, ponieważ to Stany Zjednoczone i Chiny są dwiema największymi gospodarkami globu. Równocześnie interesy obu potęg coraz bardziej się rozchodzą.

Zaostrzającą się rywalizację Ameryki i Chin bardzo dobrze obrazują starcia wywiadów obu państw w przestrzeni internetowej. Od początku 2013 r. władze USA oskarżały Chiny o szpiegostwo internetowe i ataki hakerskie. Za te czyny rzekomo odpowiedzialna jest stacjonująca w Szanghaju, tajemnicza jednostka ChALW o numerze 61398. Na początku czerwca wyszły na jaw informacje o tym, jak Stany Zjednoczone szpiegują inne kraje za pomocą Internetu. Proceder ten został ujawniony przez pracownika CIA Edwarda Snowdena. Stanowi to poważny cios propagandowy dla USA oraz swoisty „prezent” dla Chin – do których zresztą były pracownik amerykańskich służb wywiadowczych zbiegł, a obecnie stara się o azyl w Rosji.

Walka wywiadów w internecie – z racji zainteresowania medialnego ostatnimi czasy bardzo nagłośniona - jest tylko jednym elementem konkurencji obu wielkich mocarstw. Chińczycy i Amerykanie rywalizują przede wszystkim na niwach gospodarczej, politycznej i militarnej.

Międzynarodowy wzrost znaczenia Chin wpłynął znacząco na dyplomację Waszyngtonu. W zeszłej dekadzie Stany Zjednoczone zaangażowały się politycznie na Bliskim oraz Środkowym Wschodzie. W latach 2001-2002 Amerykanie i ich sojusznicy obalili reżim talibów w Afganistanie. Rok później USA na czele koalicji podbiły Irak. Wraz z objęciem przywództwa w Stanach Zjednoczonych przez Baracka Obamę polityka zagraniczna pierwszego mocarstwa globu uległa zmianie. Ameryka wycofała już swoich żołnierzy z Iraku i wiele wskazuje na to, iż w niedługim czasie (Amerykanie zapowiadają dokonanie tego w 2014 r.) wycofa ich również z Afganistanu. Tym samym Stany Zjednoczone wygaszają swoją trwającą ponad dziesięć lat wzmożoną aktywność w tym regionie świata.

Waszyngton od kilku lat podejmuje działania mające na celu przeciwdziałanie rozwojowi potęgi państwa chińskiego. W konsekwencji zmieniają się najważniejsze wektory w amerykańskiej dyplomacji. Barack Obama podejmuje się naprawy stosunków z Unią Europejską. Amerykańskie elity pragną podpisania z Europą traktatu o wolnym handlu. Umowa taka może przyczynić się do poprawy sytuacji w amerykańskiej gospodarce. Ponadto amerykańska klasa polityczna skierowała zainteresowanie swojego kraju w kierunku Pacyfiku. Stany Zjednoczone budują wokół Chin rodzaj koalicji. Pragną w ten sposób zablokować Państwu Środka swobodny dostęp do Oceanu Spokojnego. Wciągają do niej państwa obawiające się chińskiej ekspansji, często mające z Pekinem spory terytorialne. Najważniejszy regionalny sojusznik USA Japonia spiera się z Chinami o archipelag wysp Senkaku/Diaoyu. Sojusznikiem amerykańskim pozostaje Tajwan, którego przyłączenie jest jednym z chińskich priorytetów politycznych. Filipiny, Malezja i Brunei mają zatarg z ChRL o Wyspy Spratly. Wietnam kłóci się z Chinami o Wyspy Paracelskie. Indonezja utrzymuje bardzo dobre stosunki z Chinami, ale nie chce popaść w zależność od nich. Dlatego stara się również o jak najlepsze relacje z USA. Podobnie postępuje Birma. Indie współpracują z Chinami m.in. na forum Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Jednakże mają również zatargi z tym państwem o terytorium w Himalajach oraz obawiają się rosnącej obecności ChRL na Oceanie Indyjskim. Administracja Baracka Obamy podejmuje również działania mające na celu przeciągnięcie na swoją stronę najważniejszego militarnego alianta Pekinu, czyli Moskwy. Propozycję wzmożonej współpracy USA złożyło Rosji w 2010 r. podczas szczytu NATO w Lizbonie. Na szczęści dla Chin – przynajmniej póki co – koncepcja ta nie została zrealizowana.

Chiny wymienione powyżej działania traktują jako próbę stworzenia u swoich granic swoistej Odwrotności Wielkiego Muru. Nie pozostają dłużne wobec działań Stanów Zjednoczonych. Chiny są jednym z najważniejszych (obok Rosji i Indii) filarów Szanghajskiej Organizacji Współpracy, czyli organizacji bezpieczeństwa skupiającej kontynent azjatycki. W ramach organizacji mają miejsce manewry wojskowe państw członkowskich, w tym chińskich i rosyjskich. W lipcu 2013 r. wspólne ćwiczenia przeprowadziły floty obu mocarstw. Szanghajska Organizacja Współpracy może stać się w przyszłości azjatycką przeciwwagą dla NATO i UE, czyli organizacją bezpieczeństwa i kooperacji gospodarczej. Do 2020 r. państwa członkowskie mają powołać strefę wolnego handlu. Jeśli zamysł ten się powiedzie, będzie to największa strefa tego typu w dziejach ludzkości.

Od kilku lat trwa międzynarodowa ekspansja Pekinu na płaszczyźnie ekonomicznej i politycznej. Chińczycy zdobywają kolejne rynki zbytu, inwestują, uzyskują dostęp do surowców i podpisują strategiczne partnerstwa z krajami na wszystkich kontynentach. Szczegółowo ten fascynujący proces został opisany przez dwóch hiszpańskich dziennikarzy w książce Podbój świata po chińsku (Katowice 2012), szczęśliwie wydanej niedawno w Polsce. Pekin chcąc jakoś zrównoważyć skutki ewentualnego porozumienia o wolnym handlu pomiędzy USA i UE działa na rzecz stworzenia analogicznej struktury z Japonią i Koreą Południową. Chińczycy zwiększają swoją obecność w krajach przygranicznych np. Laosie, Kambodży, czy Kazachstanie. Pekin od lat blisko współpracuje z Iranem. Wspólnie z Rosją broni racji tego państwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Chiny inwestują na terenie Iranu oraz sprzedają mu broń. W zamian otrzymuje od tego kraju ropę naftową. Chińczycy odnoszą znaczne sukcesy polityczne i ekonomiczne w najpierw zniszczonym a następnie opuszczonym przez Amerykanów Iraku. Wyjątkowo istotnym miejscem chińskiej obecności jest Afryka. Czarny ląd jest bardzo ważnym obszarem ekspansji chińskich towarów, inwestycji i rejonem z którego Państwo Środka pozyskuje surowce naturalne. Z różnoraką działalnością ChRL można spotkać się w Egipcie, Sudanie, Dem. Rep. Konga, Angoli, Namibii, Zambii, Mozambiku, czy RPA. Chiny coraz śmielej wkraczają do Ameryki Łacińskiej, traktowanej dawniej jako wyłączna strefa wpływów Stanów Zjednoczonych. Zanim Xi Jinping postawił nogę w USA odbył kilka wizyt w krajach Ameryki Łacińskiej: Meksyku, Kostaryce, Trynidadzie i Tobago. Można potraktować te odwiedziny, jako rodzaj demonstracji siły. Chiński przywódca wydaje się w ten sposób ostrzegać Amerykanów przed zwiększaniem obecności na Dalekim Wschodzie.

Opisane powyżej procesy jednoznacznie świadczą o zaostrzającej się rywalizacji pomiędzy dwoma największymi mocarstwami świata. Amerykańsko-chińska konkurencja dotyczy wielu dziedzin oraz ma globalny charakter. Część badaczy stosunków międzynarodowych uważa, że relacje dwóch potęg będą się nadal pogarszać i mogą w przyszłości poskutkować nawet konfliktem zbrojnym. W obu krajach coraz częściej pojawiają się głosy o charakterze prokonfrontacyjnym. W Stanach Zjednoczonych takie poglądy wyznaje np. Edward Luttwak, ekonomista i były doradca prezydenta George’a Busha seniora. Uczony uważa ChRL za najpoważniejsze zagrożenia dla USA. Według Edwarda Luttwaka porozumienie pomiędzy USA i ChRL mogłoby nastąpić jedynie wówczas, gdy Chiny dokonają demokratyzacji i staną się amerykańskim sojusznikiem. Takie ujęcie problemu nie ma charakteru realistycznego, ponieważ stanowi ingerencję w wewnętrzne sprawy Chin oraz wymaga od tego kraju rezygnacji z ważnych elementów swojego interesu narodowego. Edwardowi Luttwakowi wtóruje jeden z najbardziej znanych amerykańskich neokonserwatystów, czyli Robert Kagan. Postrzega on Chiny jako głównego lidera (obok Rosji) ligi państw autorytarnych i oskarża je o cofanie stosunków międzynarodowych do XIX stulecia. W Chinach w niechętnym Ameryce tonie wypowiada się np. emerytowany pułkownik ChALW Liu Mingfu. W swojej pracy Chiński sen (skojarzenia z amerykańskim snem nie są przypadkowe) stawia tezę, iż Chiny zajmą wiodącą rolę w świecie postamerykańskim. Zaznacza przy tym jednak, że w przeciwieństwie do opartej na wojskowej hegemonii sprawowanej przez USA, chińska dominacja będzie miała raczej charakter szlachetnego przywództwa. Pułkownik Liu odwołuje się tym samym do tradycji dawnej dominacji Cesarstwa Chińskiego w Azji Wschodniej opartej na wzorcach konfucjańskiej harmonii. Bardziej radykalne poglądy wyznaje prof. Yan Xuetong, dyrektor Instytutu Studiów Międzynarodowych przy Uniwersytecie Tsinghua. Profesor uchodzi za lidera środowiska neokomunistów - odwołanie do amerykańskich neokonserwatystów w tym wypadku także nie jest przypadkowe. Yan Xuetong jest bardzo krytycznie nastawiony do amerykańskiej hegemonii oraz uważa, że Chiny powinny stosować wobec USA politykę powstrzymywania (containment). Stoi na stanowisku, iż chińskie zbrojenia są gwarantem światowego pokoju. Co interesujące prof. Yan uważa również, że Chiny chcąc być skuteczną przeciwwagą dla USA, muszą zwiększyć swoją wiarygodność w oczach światowej opinii publicznej. Stwierdza, że tego nie da się osiągnąć bez przynajmniej częściowych reform politycznych. W ślad za Liu Mingfu i Yan Xuentongiem idą inni teoretycy chińskiej mocarstwowości m.in. Wang Xiaodong, Liu Yang, czy Ju Hailong (zwolennik rozbudowy chińskiej floty). Rosnąca spirala wzajemnej niechęci udziela się także mieszkańcom obu krajów. Można zaobserwować spadek zaufania pomiędzy społeczeństwami chińskim i amerykańskim – w ostatnim czasie wyniósł on kilkanaście procent. Przyglądając się współczesnym relacjom amerykańsko-chińskim Henry Kissinger posuwa się nawet do porównywania ich ze stosunkami brytyjsko-niemieckimi w przededniu I wojny światowej. Kishore Mahbubani, pochodzący z Singapuru uczony o indyjskich korzeniach, dodaje, iż zawsze w dziejach ludzkości dochodziło do konfliktu pomiędzy mocarstwem zmierzchającym i wschodzącym. Należy zwrócić uwagę, że od tej zasady miał miejsce jeden wyjątek: pod koniec XIX stulecia Wielka Brytania zdecydowała się nie powstrzymywać mocarstwowego rozwoju USA. Jednakże w tym wypadku spotkały się ze sobą dwa bardzo pokrewne kulturowo kraje. Natomiast Stany Zjednoczone i Chiny są swoimi przeciwieństwami, wręcz antytezami. Wystarczy jedynie popatrzeć na pewne symbole kojarzące oba kraje. Chyba nie można wyobrazić sobie widoków bardziej różniących się niż Wyspa Ellis i Wielki Mur.

Czy rzeczywiście współczesne Stany Zjednoczone i Chiny, to odpowiedniki Wielkiej Brytanii i Niemiec w 1914 roku? Czy czeka nas kolejna wojna światowa? Na te pytania niezwykle trudno jest dzisiaj odpowiedzieć. Wszelkie prognozowanie w stosunkach międzynarodowych jest obciążone ryzykiem. Nie można jednoznacznie stwierdzić, czy relacje obu mocarstw będą miały w przyszłości charakter raczej pokojowy, bądź konfliktowy. Zaledwie dwudniowe spotkanie amerykańskiego i chińskiego przywódcy również nam tego problemu nie wyjaśni. W jego trakcie nie podjęto zbyt wielu konkretnych decyzji. Nie rozstrzygnięto tam problemu niekorzystnego – dla Ameryki – bilansu handlowego dwóch mocarstw, czy kwestii niedoszacowania RMB. Jeśli można coś wywnioskować ze spotkania w Sunnyland, to fakt, że obie strony zdecydowały się na stonowanie bardzo napiętych wzajemnych stosunków. Ameryka i Chiny postanowiły podjąć starania, aby w najbliższej przyszłości nie eskalować wzajemnych konfliktów. Przykładem tego jest fakt, że dwa mocarstwa zgodziły się na współpracę w celu złagodzenia konfliktu na Półwyspie Koreańskim. Barack Obama i Xi Jinping zapowiedzieli także kooperację w dziedzinie bezpieczeństwa Internetu oraz redukcji dwutlenku węgla. Czasowa odwilż we wzajemnych stosunkach pozwoli skupić się na obecnie najważniejszej dla obu potęg kwestii, czyli sprawach wewnętrznych.

Dla Stanów Zjednoczonych i Chińskiej Republiki Ludowej kwestie polityki wewnętrznej mają obecnie pierwszorzędne znaczenie. Amerykańska gospodarka przejawia od pewnego czasu symptomy stopniowego ożywienia, aczkolwiek pełne wydobycie się z kryzysu zajmie jej jeszcze trochę czasu. Chiny zostały dotknięte przez światowy kryzys gospodarczy w mniejszym stopniu niż USA. Wzrost PKB za II kwartał obecnego roku wyniósł w Państwie Środka 7,5%. Jest to poziom rozwoju ekonomicznego nieosiągalny dla wielu krajów. Jednakże warto zaznaczyć, iż jeszcze w pierwszym kwartale 2013 r. było to 7,7%. W zeszłym roku chińska gospodarka urosła o 7,8%, a w 2011 r. o 9,3%. Widać więc, że gospodarka ChRL hamuje. Władze Chin biorą pod uwagę, że w przyszłości wzrost PKB może spowolnić nawet do 6,5%. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele. Dotąd gospodarka Chin opierała się w dużym stopniu na eksporcie, a pogrążony w kryzysie świat (w tym USA) kupuje mniej chińskich towarów. Ważnym elementem chiński modelu gospodarczego były również nieograniczone zasoby taniej siły roboczej. Współcześnie zarobki są już znacznie wyższe, a w wyniku polityki kontroli urodzin liczba rąk do pracy zmniejszyła się. W konsekwencji model rozwoju gospodarczego stosowany dotąd za Wielkim Murem zaczyna wyczerpywać swoje możliwości. Chinom grozi wpadnięcie w pułapkę średnich dochodów. Z tego powodu przedstawiciele piątej generacji nomenklatury partyjnej w najbliższych latach podejmą próby modyfikacji swojego modelu gospodarczego. Komunistyczna Partia Chin pragnie zwiększyć rolę konsumpcji wewnętrznej kosztem eksportu. Transformacji ma także ulec struktura chińskiej gospodarki. Władze chcą zmniejszyć znaczenie energochłonnych i groźnych dla środowiska gałęzi gospodarki oraz zwiększyć nakłady na sektory innowacyjne. Reformy gospodarcze – nazywane od obecnego premiera Li Keqianga likonomiką - będą stanowić w najbliższych latach najważniejsze wyzwanie dla chińskich elit politycznych. Oba mocarstwa potrzebują stabilizacji we wzajemnych relacjach tym bardziej, że łączą je bardzo silne więzy gospodarcze. Państwo Środka jest współcześnie najważniejszym amerykańskim pożyczkodawcą. Rynek amerykański stanowi dla chińskich towarów najważniejsze miejsce ekspansji. Bogacące się Chiny są również atrakcyjnym miejscem dla amerykańskiego eksportu – ChRL jest trzecim partnerem Ameryki pod tym względem.

Pomimo taktycznej odwilży rywalizacja pomiędzy Waszyngtonem, a Pekinem będzie trwać dalej. Wiele instytucji analizujących globalną gospodarkę prognozuje, że w niedalekiej przyszłości Chiny staną się największą gospodarką świata. Międzynarodowy Fundusz Walutowy uważa, że stanie się to już w 2016 roku. Bank inwestycyjny Goldman Sachs przesuwa to wydarzenie na rok 2027. Tego typu prognozy napawają obywateli ChRL dumą. Niemniej warto pamiętać, iż prześcignięcie USA pod względem wielkości gospodarki nie oznacza przecież likwidacji tego kraju jako ważnego mocarstwa. Stany Zjednoczone w ciągu dekad swojej globalnej dominacji wyprzedziły resztę państw świata w wielu dziedzinach: wielkości gospodarki, dobrobytu obywateli, siły wojskowej, czy rozwoju naukowo-technicznego. Chiny na dorównanie Ameryce w wyżej wymienionych dziedzinach potrzebują jeszcze wiele czasu. Przyglądając się współczesnej rywalizacji amerykańsko-chińskiej warto sięgnąć po przykłady ze współzawodnictwa mocarstw w pierwszej połowie zeszłego stulecia. Szczególnie wart przeanalizowania przy naszych rozważaniach jest kwestia upadku Imperium Brytyjskiego. Fareed Zakaria – autor znakomitej książki Koniec hegemonii Ameryki (Warszawa 2009) – zauważa, że globalna hegemonia brytyjska trwała zaledwie dwadzieścia-kilka lat (1845-1870). Od schyłku XIX w. imperium doświadczało trwającej sto lat atrofii. Mimo wszystko Wielka Brytania zdołała w czasach swojego upadku wyjść obronną ręką z dwóch wojen światowych. Zawdzięczała to wielu czynnikom, przede wszystkim wciąż silnym podstawom gospodarczym, militarnym i bardzo skutecznej dyplomacji. Brytyjscy politycy postąpili rozsądnie nie dopuszczając do konfliktu z rodzącym się mocarstwem amerykańskim. Ponadto potrafili umiejętnie rozgrywać i wykorzystywać wzajemne niesnaski pomiędzy najważniejszymi mocarstwami Europy: Francją, Niemcami i Rosją. Imperium Brytyjskie ostatecznie upadło po II wojnie światowej. Jednakże zanim nastąpił jego upadek, Wielka Brytania walnie przyczyniła się do upadku Niemiec, Cesarstwa Rosyjskiego, Włoch i Japonii. Podobnie na początku XXI stulecia postępować będą Stany Zjednoczone. Będąc drugą gospodarką globu wciąż będą mogły aktywnie wpływać na sytuację międzynarodową. Ameryka będzie najpewniej dążyć do zdestabilizowania sytuacji we Wschodniej i Południowej Azji. Waszyngton pragnie skłócenia Pekinu z jego najważniejszymi sąsiadami: Moskwą, a przede wszystkim z Tokio i New Delhi. Chińscy przywódcy muszą być bardzo czujni. Pragnąc ugruntować swoją globalną przewagę nie mogą pozwolić na konflikt z którymś ze swoich sąsiadów. Niezgoda Chin – w najskrajniejszym przypadku przybierająca formę zbrojnego konfliktu – ze swoimi mocarstwowymi sąsiadami będzie miała katastrofalne skutki. Na konflikcie takim nie skorzystają ani Chiny, ani Rosja, ani Indie, ani Japonia. Profity z takiego stanu rzeczy osiągną wyłącznie Stany Zjednoczone.

W najbliższych latach będziemy świadkami zmagań amerykańsko-chińskich. Rywalizacja ta odciśnie swoje piętno na całym XXI wieku. Fakt ten powinny zrozumieć polskie elity. Niedawna dyskusja odnośnie tego, czy wypada jechać do Pekinu w rocznicę wydarzeń na Placu Tiananmen, świadczy raczej negatywnie o jakości naszej klasy politycznej.

 

Stanisław A. Niewiński. Doktorant Uniwersytetu Opolskiego, współpracownik Instytutu Konfucjusza w Opolu, redaktor Portalu Myśli Konserwatywnej www.konserwatyzm.pl, współpracownik Europejskiego Centrum Analiz Geopolitycznych, oraz Centrum Studiów Polska-Azja i portalu „Polityka Globalna”.
 

Reklama