Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Serwis przeciw rządzącym?

Autorzy: 
Krzysztof Kołaski
W ostatnich miesiącach, wielką sławę na całym świecie zyskał kontrowersyjny serwis Wikileaks. Jego działalność  wzbudza zainteresowanie mediów, a zarazem wielką dezaprobatę władz wielu krajów. Szczególnie USA odnoszą się bardzo krytycznie do tajemniczego portalu. Twierdzą wręcz, że jego dalsza działalność może prowadzić do poważnych konsekwencji w światowym bezpieczeństwie. Tak negatywna ocena z pewnością ma związek z licznymi publikacjami Wikileaks na temat największego mocarstwa świata.
 
 
 
 
 
Czym jest Wikileaks - specyficzna sposób ochrony praw człowieka

Wikileaks oficjalnie można definiować jako witrynę lub nawet organizację publikującą poufne dokumenty państwowe pochodzące z anonimowych źródeł, które ukazują działania państw prowadzone niezgodnie z prawem. Głównym celem serwisu jest pomoc społecznościom szczególnie narażonym na nadużycia władzy. Priorytet stanowi także zapewnienie bezpieczeństwa osobom przesyłającym tajne materiały.

Swoją działalność serwis rozpoczął w 2006 roku, a opinia publiczna dowiedziała się o nim w styczniu 2007 od dziennikarzy „Secrecy News”. Pierwszym zamieszczonym dokumentem była korespondencja Szejka Hassana Aweysa, w której poszukiwał osób do zamordowania kilku urzędników w Somalii.

Na dzień dzisiejszy znane są dwie osoby związane ze  stworzeniem projektu: Julian Assange i Daniel Schmitt. W ramach Wikileaks działa tzw. komisja doradcza, do której należy wyznaczanie kierunków rozwoju portalu i weryfikowanie otrzymanych informacji. Wiadomo również, iż w działalność witryny mogą być zaangażowani chińscy decydenci.
    
Dokumenty amerykańskie na Wikileaks

W czteroletniej historii Wikileaks, największe zainteresowanie budziły zawsze publikacje wszelkich dokumentów oraz danych dotyczących  Stanów Zjednoczonych. Pierwszym  głośnym przypadkiem było zamieszczenie w listopadzie 2009 roku  570 tyś wiadomości wysyłanych za pomocą pagerów w dniu 11.09.2010. Potwierdzono, że są to dane z Agencji Bezpieczeństwa Narodowego (National Security Agency) i zawierały korespondencję między urzędnikami Pentagonu i nowojorską policją. Wcześniej wydawało się niemożliwe, aby takie informacje przedostały się do opinii publicznej.

Inną głośną sprawą było nagranie przedstawiające ostrzelanie cywilów przez amerykańskie helikoptery wojskowe. W wyniku tej pomyłki śmierć poniosło 12 osób, w tym dwaj pracownicy Agencji Reutersa. Osobą, która umieściła film w sieci okazał się analityk armii USA Bradley Manning. Zostały mu przedstawione zarzuty m.in. naruszenia bezpieczeństwa kraju oraz kopiowania tajnych danych. Proces ruszył wiosną 2010, a oskarżonemu grozi kara  nawet 52 lat więzienia.

Nikt wówczas nie przypuszczał, że już wkrótce powyższe sprawy będzie można jedynie określać mianem wierzchołka góry lodowej.

USA nieudolne w  Afganistanie?

Wielki „atak” Wikileaks  na USA rozpoczął się w  lipcu bieżącego roku. Wówczas to na stronach serwisu pojawiło się ponad 90 tysięcy akt dotyczących wojny w Afganistanie z  okresu 2004-2009. Prawdziwość dokumentów potwierdziły niezależnie od siebie redakcje „New York Times”, „The Guardian” i „Der Spiegel”, do których przesłano materiały przed publikacją w celu uniknięcia pomówień o fałszerstwo.

Wśród zamieszczonych informacji znajdują się relacje z działań komandosów grupy  Task Force 373. Jest to specjalna jednostka zajmująca się eliminowaniem najgroźniejszych osób, takich jak dowódcy sił wroga. Cały raport znany jako Afghan War Diary składa się w dużej mierze z raportów żołnierzy, które pokazują nieudolność operacji w Afganistanie oraz rozbieżności między informacjami władz państwowych, a faktycznym stanem rzeczy.

W raporcie można znaleźć informacje o wielu akcjach prowadzących w celu zabicia lub osadzenia w więzieniu bojowników bez uprzednich procesów sądowych. Dużo więcej niż w oficjalnych komunikatach jest przypadków nieudanych bombardowań i związanych z tym ofiar cywilnych. Władze USA zatajały informacje o zdobyciu przez afgańskich bojowników nowych rodzajów broni, a także pojawiały się wzmianki o pomocy, jaką potajemnie otrzymują talibowie ze strony pakistańskich służb specjalnych.

Prezydent Barack Obama potępił  ujawnienie przez Wikileaks powyższych materiałów. Jednocześnie zapewnił, że  nie zawierają one niczego, co nie było wcześniej przedmiotem publicznej debaty na temat nowej strategii prowadzenia wojny afgańskiej. Jednak jeden z sojuszników USA  anonimowo  stwierdził, że taki wyciek i informacje w nim zawarte rodzą wątpliwości, co do polityki Stanów Zjednoczonych wobec Afganistanu.

Irak także „pod lupą” Wikileaks

Kolejny szok Stany Zjednoczone przeżyły w październiku 2010, gdy Wikileaks „uderzyło” po raz kolejny. W internecie pojawiło się ok. 400 tyś dokumentów Pentagonu na temat działań wojennych w  Iraku. Podobnie jak w przypadku Afganistanu, obejmują one czas od 1 stycznia 2004 do końca 2009 roku. Jak zaznaczał Julian Assange, ujawnione dane przedstawiają  „prawdę” o wojnie w tym kraju.

Według zamieszczonych  statystyk,  na jednego zabitego terrorystę przypadają w Iraku aż dwie śmiertelne ofiary cywilne. Władze nie poinformowały publicznie o ponad 800 przypadkach ataków, w których  na skutek błędów lub złego rozpoznania mogło zginąć nawet 15 tyś niewinnych osób. Jedną z takich sytuacji była opisywana wyżej sprawa Bradley’a Manninga.

Materiały zdobyte przez portal Wikileaks pozwoliły jego specjalistom na dokonanie analizy 109 tysięcy przypadków śmierci irackich obywateli spowodowanych działaniami wojennymi wojsk USA. Szczegółowe badania wykazały, że 63% z nich (ok. 66 tysięcy przypadków),  stanowiły zgony cywilów. Ogólnie, średnia liczba zabitych każdego dnia w tym kraju wynosi 31 osób – to zastraszająco wielka cyfra.

Ujawniono także bulwersującą kwestię tortur, jakie władze Iraku stosowały wobec więźniów, a także zwykłych obywateli. Stacja BBC dotarła chociażby do informacji, jakoby jeden z żołnierzy armii  irackiej był podejrzany o obcięcie palców i poparzenie kwasem zatrzymanego mężczyzny. Amerykanie, zgodnie z zaleceniami  (o takich mówiła telewizja Al.-Jazeera), ignorowali zgłoszenia dotyczące tego typu zbrodni. Większość raportów została opatrzona komentarzem „ bez większego znaczenia”.

Oskarżenia zostały skierowane także pod adresem Brytyjczyków. Kilka opublikowanych dokumentów dowodzi, że oni również zanotowali przypadki tortur i innych zbrodniczych działań na terenie swojej strefy stabilizacyjnej.

Zdaniem władz USA powyższa publikacja zwiększyła zagrożenie dla sił stacjonujących w Iraku, jak również osłabiła bezpieczeństwo całego kraju. Krytycznie stanowisko wyrazili zarówno sekretarz stanu Hillary Clinton  i  przedstawiciele resortu obrony. Już przed planowanym opublikowaniem materiałów, ponad 100 analityków dokonało przeglądu akt z lat 2003-2010 w celu minimalizacji  strat po stronie amerykańskiej. Natomiast iracki premier Nuri al-Maliki uznał wydarzenie za akt sabotażu i walki politycznej mającej na celu pozbawienie go władzy.
         
Co dalej?

Stany Zjednoczone nie wykluczają, że część dokumentów posiadanych przez Wikileaks może pochodzić wprost od pracowników Departamentu Obrony. Zapowiadają wnikliwe śledztwo, aby zapobiec podobnym wyciekom w przyszłości. Do samego serwisu skierowano żądanie wstrzymania publikacji kolejnych dokumentów i zwrot posiadanych materiałów. Rzecznik Pentagonu płk. Dave Lapin zaapelował też do mediów o wstrzymanie pogoni za sensacją oraz „by nie ułatwiały przecieku tajnych dokumentów przy udziale  podejrzanej organizacji znanej jako WikiLeaks”.     

Nie należy się spodziewać, że Wikileaks zrezygnuje ze swojej działalności nawet mimo ostrego sprzeciwu i działań śledczych ze strony Stanów Zjednoczonych. Julian Assange wprost mówi, że „zadaniem” zamieszczanych w internecie materiałów jest przykucie uwagi mediów i władz państwowych. Zaznacza, że portal w dalszym ciągu będzie publikował wszystko co „wpadnie im w ręce” i zostanie uznane za autentyczne.

Wikileaks już dwukrotnie „poczęstowała” Stany Zjednoczone mocnymi ciosami. Nie wiadomo kiedy można się spodziewać kolejnej odsłony tego pojedynku, ale jedno jest pewne – serwis jeszcze nie raz rozgrzeje opinie publiczną i przyczyni się do ożywienia sytuacji na arenie międzynarodowej. Na dzień dzisiejszy wydaje się, że priorytetem dla USA nie powinno być samo dążenie do likwidacji Wikileaks, tylko dołożenie wszelkich starań, aby jakiekolwiek dane nie wyciekały do serwisu z ich własnych urzędów i instytucji  państwowych.
 

Reklama