Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Romney vs Santorum

Autorzy: 
Krzysztof Kołaski i Kacper Iwo Matuszewski

Rozpoczęcie prezydentury Baracka Obamy w roku 2009 było okresem znamiennym dla historii Stanów Zjednoczonych. Nie tylko stał się on pierwszym afroamerykańskim prezydentem USA, co już samo w sobie oznaczało pewien przełom i ostateczne potwierdzenie przemian społecznych zapoczątkowanych w latach 60. XX wieku, ale także prawdopodobnie jako pierwszy osiągnął tak dużą popularność praktycznie na całym świecie. Maszyna komercyjna, która ruszyła wraz z podjęciem przez Obamę decyzji o kandydaturze w wyborach sprawiła, że pierwsze strony gazet na całym świecie przez długi czas informowały o kolejnych postępach tego polityka. Po znienawidzonym przez wielu George’u Bushu Jr., urodzony na Hawajach, elokwentny, inteligentny i charyzmatyczny Obama wydawał się powiewem świeżości w amerykańskiej polityce. Promując swoją kandydaturę hasłem „Yes, we can!” obudził w wielu Amerykanach nadzieję na lepsze jutro.

Choć Barack Obama jako prezydent nie był może nową jakością, spełnił część obiecanych postulatów, z wycofaniem wojsk amerykańskich z Iraku na czele. Przeprowadził także potrzebną, ale niezwykle kontrowersyjną reformę służby zdrowia, co do której opinia podzieliła Amerykanów. Wydaje się jednak, że całkiem gładko przeprowadził swój kraj przez niezwykle ciężki okres kryzysu, co niewątpliwie przysporzyło mu zwolenników.

Dzisiaj o fotel prezydenta walczą z ubiegającym się o reelekcję Obamą republikańscy kandydaci: Mitt Romney, Rick Santorum, Newt Gingrich oraz Ron Paul. Wiadomo już, że dwaj ostatni nie mają wielkich szans na bycie wybranym jako opozycja dla Obamy, więc na placu boju pozostali już tylko umiarkowany Mitt Romney i skrajnie prawicowy Rick Santorum. Dużo wcześniej z wyścigu odpadły przedstawicielki płci pięknej Michelle Bachmann i Sarah Palin, były senator Rick Perry oraz największy liberał spośród Republikanów, Jon Hunstman.

Nieprzejednany ultraprawicowiec…

Urodzony w Wirginii 53-latek Richard John „Rick” Santorum swoje pierwsze kroki w wielkiej polityce postawił dostając się w 1990 roku do Izby Reprezentantów. Tam wsławił się przynależnością do tzw. „Gang of Seven” – grupy młodych republikańskich polityków ostro przeciwstawiających się obecnej władzy. Cztery lata później trafił do Senatu jako senator ze stanu Pensylwania, gdzie urzędował do przegranych wyborów w 2006 roku.

Santorum jako kandydat na prezydenta USA prezentuje poglądy skrajnie prawicowe, zarówno w kwestiach ekonomicznych jak i przede wszystkim społecznych. Będąc od urodzenia katolikiem, twardo stoi przy konserwatywnych poglądach na kwestie rodziny, aborcji czy relacji kościoła z państwem. Jako ojciec siódemki dzieci, promuje tradycyjny model rodziny, zupełnie odrzucając możliwość małżeństw homoseksualnych, czemu dał wyraz w wywiadzie przeprowadzonym 7 kwietnia 2003 przez dziennikarkę pracującą dla Associated Press Larę Jakes Jordan: „żadnej społeczności, zgodnie z moją wiedzą, definicja małżeństwa nie brała pod uwagę homoseksualizmu. Nie mówię tego, żeby krytykować homoseksualizm. To [małżeństwo] po prostu nie może być mężczyzna i dziecko, mężczyzna i pies, czy cokolwiek innego. Jest tylko jedna możliwość”. Słowa te spowodowały ostrą krytykę, szczególnie w kontekście całego wywiadu, którego wymowa sugerowałaby, że według Santorum'a legalizacja małżeństw homoseksualnych może prowadzić do kazirodztwa, gwałtów na dzieciach, czy zoofilii. Podobnie zdecydowane stanowisko obejmuje w kwestii aborcji, nie dopuszczając jej możliwości w żadnym wypadku, nawet gwałtu, czy związku kazirodczego tłumacząc, że „dziecko nie zrobiło nic złego. Dziecko jest niewinną ofiarą. Dwukrotne uczynienie go ofiarą, byłoby rzeczą straszną (…) Jest genetycznie człowiekiem od chwili poczęcia.” Będąc w kongresie konsekwentnie głosował przeciw wszelkim prawom umożliwiającym aborcję.

Pomijając jednak powyższe kwestie, w których nie tylko Santorum jest tak konserwatywny, duży niepokój wśród wielu Amerykanów budzi jego opinia na temat relacji kościół-państwo. W tym wypadku konsekwencja jednak zdaje się go opuszczać, gdyż stwierdzając niedawno, że separacja kościoła od państwa „sprawia, że chce mu się wymiotować”, dzień później uspokoił wyborców w Michigan, że popiera rozdział obu instytucji. Mimo to nie pozostawił wątpliwości który aspekt tej zależności jest dla niego istotniejszy, mówiąc: „Państwo nie ma prawa mówić kościołowi, co ma robić”. Przywiązanie Amerykanów do demokratycznej tradycji i ducha konstytucji jest ogromne, co sprawia, że negowanie zasady „ściany separacji pomiędzy kościołem a państwem” (sformułowanie użyte w 1802 roku przez Thomasa Jeffersona) będącej podstawą I Poprawki do konstytucji USA jest ryzykowne.

…i klasyczny republikanin

W kwestiach ekonomicznych Rick Santorum prezentuje poglądy typowo republikańskie, promując przede wszystkim obniżanie podatków i jak najmocniejsze ograniczanie dotacji od państwa. Zarzuca administracji Obamy, że dzisiaj wydawanie pieniędzy przez rząd wręcz „eksplodowało”, postulując odejście od rządowego protekcjonizmu i obniżenie podatku dochodowego od osób prawnych o połowę, a do zera w przypadku firm zajmujących się wytwarzaniem dóbr. Jest także zwolennikiem utylizowania przez USA dostępnych zasobów naturalnych, takich jak ropa naftowa, gaz ziemny, węgiel i energia atomowa, odrzucając postulaty rozwoju „zielonej” energii. W dążeniu do tego celu chce znieść narzucone przez Obamę ograniczenia wydobycia ropy naftowej w Zatoce Meksykańskiej.

Podobnie w przypadku służby zdrowia, postuluje ograniczenie rządowego wsparcia i zniesienie tzw. „ObamaCare” wprowadzonego przez demokratyczną większość w Kongresie, które wzbudziło liczne kontrowersje w społeczeństwie amerykańskim. W tej kwestii ma przewagę nad swoim najsilniejszym republikańskim kontrkandydatem Mittem Romney’em, który będąc gubernatorem stanu Massachussetts wprowadził podobny pakiet, obniżyło jego wiarygodność jako krytyka Obamy. Santorum chce także zmian w służbie zdrowia, nadających jej bardziej wolnorynkowy charakter, jak choćby obniżenie kosztów leczenia poprzez zwiększanie konkurencji, oraz przejrzystości jej funkcjonowania.

Polityka zagraniczna oraz wewnętrzna, ze szczególnym uwzględnieniem imigracji, także nie wyróżniają Santoruma wśród wielu innych członków GOP. Jego poglądy na sprawy międzynarodowe zawierają wizję USA jako ekspansywnego supermocarstwa, które nie obawia się interwencji zbrojnej. Był zagorzałym zwolennikiem interwencji zbrojnej w Iraku, którą wspierał swoimi głosami w Senacie. Nie liczyła się dla niego także polityczna poprawność, kiedy stwierdził, że „wojna z terrorem” jest tak naprawdę „wojną z radykalnym Islamem”. Dziś zdecydowanie popiera sankcje wobec Iranu, argumentując, że stanowi on poważne zagrożenie dla istnienia państwa Izrael, będącego ważnym strategicznym sojusznikiem USA. W trakcie debaty w stanie Iowa wdał się w dyskusję z innym republikańskim kandydatem na prezydenta, kongresmenem Ronem Paulem, stwierdzając, że Iran jest w stanie wojny z USA od 1979 roku i jako państwo pozbawił życia więcej Amerykanów niż Irak i Afganistan razem wzięte.

Santorum jest także przeciwnikiem nielegalnej imigracji i jakiegokolwiek wsparcia państwa dla ludzi bezprawnie przekraczających granicę USA, choć jako syn legalnego imigranta zdecydowanie popiera przybyszów pracujących zgodnie z prawem. W tegorocznej kampanii prezydenckiej występuje z hasłami ustanowienia języka angielskiego jako urzędowego (do dziś w USA język urzędowy nie jest prawnie ustalony) i budowy dodatkowych ogrodzeń na granicy z Meksykiem. Przeciwstawia się także propozycji amnestii dla dotychczasowych nielegalnych imigrantów w zamian za przyszłe bezpieczeństwo granicy.

Niewątpliwie poglądy Santorum'a nie należą do umiarkowanych, co sprawia, że nie będzie mógł liczyć na poparcie szerokiego elektoratu. Mimo to, dotychczas w prawyborach figuruje na drugim miejscu, za Mitt’em Romney’em, co może świadczyć o tym, że duża grupa Amerykanów potrzebuje bardziej stanowczej alternatywy dla obecnie urzędującego prezydenta. Najczęściej są to ludzie bardzo religijni, do których Santorum przemawia swoim mocno nacechowanym odniesieniami do Biblii językiem. Dużym zaskoczeniem jednak, jest jego niskie poparcie wśród katolików. Bardzo interesujący jest także fakt, że 20% wyborców popierających Mitta Romney'a, postawionych przed wyborem Obama, czy Santorum, wybrałoby demokratę. Niewątpliwie wynika to z radykalizmu Santoruma, do którego poglądów nie sposób odnosić się neutralnie. 

Kandydat idealny czy mniejsze zło?

Jeśli spojrzymy na rywala Ricka Santorum'a, czyli Mitta Romney'a to od razu rzucą się w oczy różnice. Eksperci podkreślają, że jest on osobą mającą dużo większe szanse w starciu z Barackiem Obamą. Utarło się wręcz powiedzenie, że Romney to „najbardziej wybieralny kandydat z grona osób walczących o nominację GOP”. Kojarzący się z umiarkowanym skrzydłem Partii Republikańskiej daje nadzieję na przeciągnięcie do swojego obozu tzw. wyborców niezdecydowanych, niezadowolonych z polityki obecnego prezydenta. Sam Romney na tym właśnie, opiera swoją kampanię wyborczą. Chce powiedzieć Amerykanom, w szczególności elektoratowi konserwatywnemu: „only I can do it – tylko ja jestem w stanie pokonać Obamę”.

Na pierwszy rzut oka, o Romney'u można powiedzieć, że jest kandydatem idealnym. Doświadczony przedsiębiorca z licznymi sukcesami zawodowymi, kompetentny w sprawach gospodarczych i do tego mający duże doświadczenie jako organizator, co pokazał pracuję w komitecie organizacyjnym igrzysk w 2002 roku. Jednym słowem, perfekcyjna osoba na stanowisku prezydenta w czasach, gdy głównym zadaniem jest naprawa sytuacji gospodarczej w kraju . Dodatkowo, przykładny mąż, ojciec i zarazem polityk doskonale prezentujący się w mediach. Wizerunkowo może sprawić, że postrzeganie USA w świecie wróci do obrazu „pięknej i wspaniałej Ameryki”.

Romney znacznie różni się od swojego dużo bardziej radykalnego konkurenta. Dość umiarkowana postawa na scenie politycznej jest zarówno jego zaletą, a jednocześnie wadą. Z jednej strony, daje szansę równej walki z Barackiem Obamą, a z drugiej stanowi poważną barierę przy zdobyciu poparcia członków własnej partii. Mieszkańcy południowych, bardziej konserwatywnych stanów są niekiedy niechętni, aby tak liberalny - w ich odczuciu - kandydat walczył o fotel w Białym Domu z ramienia GOP. Warte podkreślenia jest to, że mimo takich mieszanych odczuć, Romney był w stanie zwyciężać prawybory lub osiągać dobre wyniki także w tych bardziej prawicowych stanach, czego przykładem może być chociażby Iowa. Jednak w dalszym ciągu jest pewną niewiadomą, realne poparcie na jakie może on liczyć wśród zagorzałych konserwatystów.

Poglądy społeczne wielką niewiadomą

Stwierdzenie, ze poglądy Mitta Romneya budzą w społeczeństwie amerykańskim kontrowersje, jest oceną niezwykle łagodną. W zasadzie trudno jest je nawet dokładnie sprecyzować, gdy niezwykle często ulegały zmianom. Jako gubernator Massachusetts, Romney przeprowadził reformę systemu opieki zdrowotnej niemal bliźniaczo podobną do rozwiązań wprowadzonych w 2010 roku przez Baracka Obamę. Tymczasem obecnie jest jednym z najzagorzalszych przeciwników działań Białego domu w tej kwestii. Swoje działania w Massachussetts tłumaczył zaś koniecznością dostosowania się do sytuacji politycznej panującej od wieków w tym liberalnym stanie. Romneyowi zdarzyło się także zmienić zdanie w sprawie aborcji, małżeństw jednopłciowych czy planów działania na rzecz poprawy sytuacji gospodarczej USA.

Romney otwarcie głosi konieczność uzdrowienia sytuacji budżetowej w kraju i krytykuje tych, którzy unikają rozliczania się z fiskusem. Tymczasem, jego największa wpadka była związana właśnie z podatkami. Otóż okazało się, że dużą część swojego majątku trzyma na kontach zagranicznych, podczas gdy w USA rozlicza się jedynie według minimalnych stawek. Oponenci zarzucają mu, że kandydat na prezydenta powinien świecić przykładem i niedopuszczalne jest, aby pojawiały się jakiekolwiek niejasności w tej kwestii. Wypomina się mu także, iż swoje sukcesy biznesowe opierał na chłodnym traktowaniu pracowników i niekiedy zwalnianiu ich z pracy w sposób bezwzględny. Sam Romney usiłuje obrócić te oskarżenia na swoją korzyść mówiąc, że w trudnych czasach Stanom Zjednoczonym będzie potrzeba twarda ręka, która bezpiecznie przeprowadzi kraj przez morze kryzysu.

Inną kontrowersyjną kwestią przy ocenie Mitta Romney'a jest religia. Oficjalnie przyznaje się do bycia mormonem, co jest nie do zaakceptowania dla osób związanych z różnego rodzaju związkami religijnymi. „Podejrzenia o brak szczerości oraz przynależność Romney'a do Kościoła mormonów z pewnością stanowią wyzwanie dla konserwatywnych protestantów” – mówił socjolog z Południowej Karoliny, prof. Bob Botsch. Mormoni nie mają dobrej opinii wśród bardziej radykalnych protestanckich i katolickich środowisk. Warto zaś zauważyć, ze te dwa wyznania stanowią ok. 75% ludności Stanów Zjednoczonych. Mitt Romney cały czas pracuje nad tym, aby kwestie religijne nie wpływały zbytnio na przebieg kampanii wyborczej.

Gospodarka przede wszystkim

W związku z niejasnościami, jakie budzą poglądy w kwestiach społecznych, Mitt Romney w swoim programie i kampanii wyborczej koncentruje się na gospodarce i problemach ekonomicznych. Cały czas krytyce poddaje działania obecnego prezydenta. Przypomnieć warto, że po wygranych prawyborach w Arizonie i Michigan, kolejny raz oskarżył on Baracka Obamę o spowodowanie zapaści gospodarczej w kraju, zwiększenie deficytu budżetowego oraz tworzeniu klimatu niesprzyjającego rozwojowi przedsiębiorczości. Jego zdaniem, Biały Dom nie radzi sobie ze skutkami kryzysu i cały czas prowadzi Stany Zjednoczone w niewłaściwym kierunku.

Romney zapowiada, ze w razie zwycięstwa wprowadzi daleko idące zmiany, który przyczynią się do znacznej poprawy sytuacji. Już jesienią zeszłego roku zapowiedział obniżenie podatków dla korporacji z poziomu 35% do 25%, wprowadzenie na stałe obniżonych stawek podatku dochodowego dla osób indywidualnych oraz likwacje podatku od dywidend przy dochodach niższych niż 200 tys. USD rocznie. Wszystkie te rozwiązania mają przyśpieszyć ożywienie gospodarcze, przyczynić się do zmniejszenia bezrobocia i dać ludziom szansę na poprawę ich sytuacji materialnej. Ponadto, republikański polityki planuje wprowadzić sankcje wobec Chin za działalność w zakresie obniżania kursu tamtejszej waluty, co prowadzi do pogłębiania się deficytu w wymianie handlowej na linii USA-Chiny.

Celem lidera sondaży przedwyborczych jest także usprawnienie funkcjonowania gospodarki poprzez usuniecie hamujących ją regulacji. Planowane jest zwiększenie wydobycia ropy naftowej i gazu ziemnego, a także przyśpieszenie negocjacji dotyczących porozumień handlowych z Kolumbią, Panamą i Koreą Południową.

Ważnym punktem programu wyborczej Romney'a jest obietnica odwołania reformy systemu zdrowotnego wprowadzonej przez administrację Baracka Obamy. Jego program nie zakłada natomiast cięć w zakresie programów społecznych, takich jak Social Security. W tym zakresie, stoi on niejako w opozycji do zwolenników ruchu Tea Party, którzy taką redukcję kosztów uważają za konieczność w kontekście działań prowadzących do zmniejszenia krajowego zadłużenia. Romney postuluje jedynie obniżenie wydatków na obronę o 5%.

Dwaj aktorzy super-wtorku

W tzw. super-wtorek 6 marca, kiedy to odbyły się prawybory w 10 stanach, rywalizacja toczyła się głównie właśnie między Romney'em, a Santorum'em. Mimo zwycięstwa tego pierwszego w 6 stanach, Santorum zdobył w wielu z nich bardzo dobre drugie miejsce, ponadto zwyciężając w Północnej Dakocie, Oklahomie i Tennessee. W przemowie do swoich wyborców po ogłoszeniu większości wyników super-wtorku stwierdził: „Wygraliśmy Zachód, Środkowy Zachód (Midwest) oraz Południe i jesteśmy gotowi na zwycięstwo w całym kraju”. Nie są to stany specjalnie wartościowe, jeżeli chodzi o ilość delegatów, których poparcie mogą zdobyć kandydaci, ale należy pamiętać, że nie odbyły się jeszcze prawybory w Teksasie, który może zrobić dużą różnicę w proporcjach głosów. Rzecznik prasowy Santoruma, Hogan Gidley stwierdził otwarcie, że Romney „będzie miał prawdziwy problem na Południu”, po czym wyraził przekonanie, że Santorum zdobędzie Texas, Alabamę i Mississippi. O trafności przewidywań Gidleya w odniesieniu do Teksasu, dowiemy się 29 maja, natomiast w dwóch pozostałych stanach Santorum rzeczywiście zwyciężył.

Z punktu widzenia Romneya, najistotniejszą kwestią super-wtorku był fakt, że do urn poszła duża rzesza wyborców o bardziej religijnych, radykalnych poglądach. Lider sondaży wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką, odnosząc zwycięstwa w Ohio, Wirginii, Vermont, Idaho, Massachusetts oraz na Alasce. Także w miejscach, gdzie zwyciężyli bardziej konserwatywni Santorum i Gingrich, udało się mu uzyskać przyzwoite wyniki. Tym samym, utrzymał swoją przewagę jeśli chodzi o liczbę popierających go delegatów partyjnych na krajową konwencję. Szczególnie cenne wydaje się minimalne zwycięstwo w Ohio, które jest stanem niezwykle ważnym, zaliczanym do grupy „swing states”. Zwłaszcza, że przedwyborcze sondaże dawały większe szanse Rickowi Santorumowi. Jednym słowem, Romneya nie zalała „konserwatywna fala”, na co z pewnością liczyli jego konkurenci. Były gubernator Massachussets pokazał, że także w stanach bardziej prawicowych, kojarzonych z tradycją i kościołem jest w stanie przekonać do siebie niemałą część elektoratu.

Kto chce wygrać?

Po super-wtorku obaj kandydaci ogłosili swoje zwycięstwo. Zarówno Romney, jak i Santorum mocno wierzą w końcowy sukces, który da im możliwość stanięcia do pojedynku z Barackiem Obamą. Patrząc na sytuację realistycznie wydaje się, że po ostatnim głosowaniu większe szanse należy dać temu pierwszemu. Santorum jest zbyt radykalny w swoich poglądach, co być może przysparza mu prawicowych wyborców, ale jednocześnie odstrasza wahających się nad oddaniem głosu na Romneya.

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że GOP w tegorocznym wyścigu po fotel prezydenta niespecjalnie się stara. Zarówno Romney’owi jak i Santorum'owi brakuje charyzmy i żaden z nich nie potrafi sformułować sensownej alternatywy dla Obamy. Być może jest to błyskotliwa strategia Partii Republikańskiej, która wie, że nie da się łatwo zwyciężyć z prezydentem, który wyeliminował Bin Ladena, wyprowadził wojska z Iraku, przeprowadził kontrowersyjną, ale obiecaną reformę służby zdrowia i w gruncie rzeczy łagodnie przeprowadza USA przez światowy kryzys ekonomiczny. W tej sytuacji wydawałoby się, że ma sens niewystawianie silnych kandydatów, którzy mogą się nie rozdrabniać i zacząć gromadzić fundusze na kolejne wybory, w których Obama po drugiej kadencji nie będzie już mógł brać udziału.

Tym niemniej, walka wyborcza dalej trwa i obaj kandydaci muszą wciąż się starać, aby zdobyć przychylność wyborców, co będzie się bezpośrednio przekładać na ilość popierających ich delegatów podczas sierpniowej konwencji GOP.
 

Reklama