Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Rocznica drugiego Tahriru

Autorzy: 
Ks. dr Przemysław Marek Szewczyk

Jak wygląda Kair dzień po zamachu na Prokuratora Generalnego Hiszama Barakata? Czy coś jeszcze zostało z Arabskiej Wiosny Ludów? Czy może tylko same rocznice protestów na placu Tahrir? Ks. dr Przemysław Marek Szewczyk prosto z Kairu: Dzisiaj, 30 czerwca przypada rocznica. Tym razem „drugiego Tahriru”, bo za pierwszym razem olbrzymie demonstracje na kairskim placu Tahrir rozpoczęły się w środku zimy, 25 stycznia i trwały aż do ustąpienia Hosniego Mubaraka w pierwszych dniach lutego. W rocznicę z ulic znikają ludzie, gdyż jest to dzień wolny od pracy, a w ich miejsce pojawia się wojsko: opustoszałe w ciągu dnia centrum miasta jest dziś silnie obsadzone patrolami.

Aż trudno uwierzyć, że rocznica ma upamiętnić wybuch pokojowej rewolucji. W ogóle znamienne jest, obie rocznice: czerwcowa i styczniowa, które pojawiły się w kalendarzu świąt egipskich po arabskiej wiośnie, nie wiążą się z datami faktycznych zmian, ale wybuchów protestów. Tak jakby w pamięci Egipcjan bardziej żywe było samo wyjście na ulicę i potężny, wspólny sprzeciw wobec tego, co się dzieje w kraju, niż jakieś kroki podejmowane w celu uzdrowienia sytuacji.

Jest jeszcze jedna rocznica, ale już nieoficjalna, która dopełnia pamięci o egipskiej arabskiej wiośnie. 14 sierpnia przypada rocznica wydarzeń na innym kairskim placu – Rabaa, z którego usunięci zostali okupujący to miejsce zwolennicy obalonego i uwięzionego wtedy, a dziś już osądzonego i skazanego na śmierć, prezydenta Muhammada Mursiego. Według wersji rządowej było to przywrócenie porządku. Według innych doszło do masakry. Ta rocznica nie będzie dniem wolnym od pracy, natomiast z pewnością pojawi się na ulicy wojsko, a policja i służby porządkowe wzmogą czujność.

– Pierwszy Tahrir był inny niż drugi, tam wszyscy byliśmy razem. – opowiada mi Mina, chrześcijanin z Szubry, z którym siedzę w kafejce w Downtown – Byłem tam od pierwszego dnia. Za drugim razem było inaczej…

– A coś się zmieniło w Egipcie po Tahrir? – prowokuję go do komentarzy politycznych.

– Nie chcę rozmawiać o polityce, teraz ludzie już o tym nie rozmawiają. Jest tak, jak było wcześniej, za Mubaraka – słyszę w odpowiedzi i postanawiam nie naciskać go więcej.

Rzeczywiście, protesty i manifestacje na placu Tahrir naprawdę dały Egipcjanom na pewien czas poczucie, że to oni tworzą swój kraj, że mogą obalać rządy i wybierać nowe władze. Poczuli się mocni i tacy się wydawali w oczach świata. Pewnie z tego wrażenia zrodziło się pojęcie „arabskiej wiosny”. 11 lutego 2011 roku, w dniu ustąpienia Hosniego Mubaraka, Barak Obama mówił o protestujących na Tahrirze ludziach jakby to byli amerykańscy obywatele, którzy w jakiś tajemniczy sposób nagle znaleźli się nad Nilem. Pamiętam rozmowę, którą odbyłem z Alim bodajże w 2012 roku. Ten młody inżynier śmiał się, że teraz wszyscy znają się na polityce, jak nigdy przedtem:

– W metrze, w kafejkach, w sklepach, w taksówkach, w busach cały czas rozmawiają o Nasserze, o wojnie z Izrealem, o Izraelu i Ameryce… Tak jakby coś w ogóle wiedzieli!

Dziś ludzie polityki mają dość. Wystarczy im pamięć o tym, że na Tahrir tworzyli historię. Teraz chcą pracować, modlić się, prowadzić życie rodzinne. Już im tak bardzo nie zależy, kto właściwie rządzi, byle by był spokój. Egipcjanie, prawie jak jeden mąż, popierają jednego kandydata: stabilizację.

Oczywiście nie wszyscy, bo są i tacy, którym stabilizacja nie wystarcza i marzy im się praworządność oraz wolności obywatelskie na wzór krajów Zachodu. Ciąży im totalitaryzm państwa, jednak nauczeni zamętem między jednym Tahrirem a drugim, dwa razy się zastanowią, zanim w imię tych celów zaryzykują aktualną stabilizację. Niektórzy narzekają na stabilizację z powodów ekonomicznych: brak wolności gospodarczej, biurokracja i skorumpowanie urzędników blokują rozwój przedsiębiorstw i większych projetków biznesowych. Są też i dają o sobie znać islamiści – bardziej umiarkowani, czy bardziej radykalni – którzy czują, że pierwszy Tahrir dał im prawo do stanowienia o Egipcie, ale po drugim zostali go brutalnie pozbawieni przez wojskowy zamach stanu. Już nie manifestują, ale pamiętają i nie cieszą się ze stabilizacji, która nastała. Pali ich ona jak piętno zdrady, która zatrzymała przemianę Egiptu w kraj bardziej wierny szariatowi. To pewnie tego rodzaju ludzie przed trzema dniami zniszczyli tory kolejowe między Kairem a Aleksandrią, a co jakiś czas sabotują infrastrukturę kraju obalając słupy wysokiego napięcia czy działając w podobny sposób.

– Jaki mają cel? Co chcą ugrać w ten sposób? – pytam w prywatnej rozmowie jednego z pracowników polskiej ambasady.

– Grają na zmęczenie państwa. Terroryzmu wymierzonego w ludzi czy w turystów pewnie w Egipcie nie będzie, bo Bractwu nie przynosi żadnego zysku. Będą szarpać państwo…

Wczoraj szarpnęli je bardzo skutecznie. Wybuch bomby zranił śmiertelnie prokuratora generalnego Egiptu, Hiszama Barakata. Dziś, w rocznicę drugiego Tahriru odbywają się obrzędy pogrzebowe. Szczegóły zamachu nie są znane. Jechał w konwoju pod silną ochroną przez Heliopolis. Nie wiadomo do końca, czy bomba wybuchła w jego aucie, czy w konwój wjechał samobójca, czy też eksplodował ładunek umieszczony w samochodzie zaparkowanym na trasie przejazdu. A te szczegóły są ważne, świadczą bowiem o tym, kim są wrogowie rządu i jak głęboko są w stanie przeniknąć struktury państwowe.

Egipt pod rządami Abd el-Fattah’a as-Sisi’ego chce się jawić jako państwo silne, prężne ekonomicznie, obywatelskie. Porzuca radykalną retorykę religijną nie porzucając jednak definitywnie islamskiej tożsamości. Pokój religijny jest ważny dla utrzymania stabilizacji w kraju: obywatelami mają czuć się zarówno muzułmanie, jak i chrześcijanie, stanowiący silną i dynamiczną mniejszość. Rozumie to też doskonale aktualny Patriarcha Kościoła Koptyjskiego, Tewadros, który wbrew oporowi ze strony wielu swoich wiernych, wsparł olbrzymią darowizną rządowy projekt przebudowy Kanału Suezkiego. Prace przedstawiane były jako wspólny wysiłek całego narodu i rząd sfinansował je z dobrowolnego wkładu obywateli. Patriarcha hojnym gestem dał czytelny znak: Koptowie są pełnoprawnymi obywatelami Egiptu.

Stabilizację mają też zapewnić szybkie i spektakularne sukcesy rządu. W Kairze podjęto wiele prac remontowych, kamienice i place w Downtown wyremontowano w błyskawicznym tempie. Tahrir także odzyskał blask. Trwają liczne prace remontowe ulic i chodników. Miasto jest czystsze. W centrum pojawiła się sygnalizacja świetlna oraz kierujący ruchem policjanci. Może i są to drobne szczegóły, ale wydaje się, że symptomatyczne: Egipt dąży do porządku. Czy się udaje? Średnio… Sygnalizacja stoi, ale chaos na drogach raczej nie zelżał. Policjanci czasem kierują ruchem machając leniwie ręką i siedząc na plastikowych fotelach na chodniku obok skrzyżowania…

Poza tym Egipt to nie tylko Kair, choć ze stolicy widać sporo i mieszka tu lub przebywa ponad połowa populacji kraju. Mocno niestabilny jest cały czas Synaj, o czym świadczą zarówno częste patrole wojskowe na drogach, jak i prozaiczny fakt, że nie da się przejechać bezpośrednio z Kairu do położonej przy granicy z Izraelem Taby. Trzeba jechać wybrzeżem, nadkładać kilometrów, ale za to po terenie bardziej bezpiecznym i stabilnym. Rząd w Kairze nie kontroluje centrum Synaju, którego istnienie w obrębie granic Egiptu przypomina, że kraj prowadzić musi trudną grę polityczną ze Strefą Gazy, Palestyną, Izraelem oraz mającymi sprzeczne interesy państwami Bliskiego Wschodu oraz organizacjami islamistycznymi. Zachowanie stabilności w takim kontekście, zważywszy dodatkowo na skomplikowaną sytuację społeczną wewnątrz kraju, będzie niesamowicie trudne. Miejmy jednak nadzieję, że możliwe.

Myślę, że rocznica Tahriru, zarówno pierwszego jak i drugiego, jest w jakimś sensie pamięcią o ludziach, o narodzie jako o suwerenie, dla którego dobra tworzy się państwo. Egipcjanie chcą pamiętać o dniu, w którym byli ważni. Naród jednak nigdy nie jest monolitem. Trudno jest na tyle zadowolić wszystkich, żeby po prostu dobrze się czuli we własnym kraju. Egipcjanie doświadczyli tego w ostatnich trzech latach na własnej skórze. Pamiętają więc, że są ważni, ale nie traktują tego już chyba aż tak serio. Cieszą się tym, co jest.

Autor jest prezbiterem Kościoła rzymsko-katolickiego Archidiecezji Łódzkiej. Ukończył studia doktorskie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II z zakresu historii Kościoła – patrologii oraz studia magisterskie na Uniwersytecie Łódzkim z zakresu filologii klasycznej. Tłumacz dzieł Ojców Kościoła z języka greckiego i łaciny. Miłośnik i znawca Bliskiego Wschodu.

Fot. Tomasz Grzywaczewski

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu stowarzyszenia Dom Wschodni - Domus Orientalis. http://domwschodni.pl/

Reklama