Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Przed wizytą Pani Premier Szydło w Berlinie

Autorzy: 
Dr Krzysztof Tokarz

Przed wizytą premier Beaty Szydło w Berlinie rząd Niemiec wystrzega się ostrej krytyki. Widoczna jest również gołym okiem zmiana paradygmatu w polskiej polityce zagranicznej.

Polska premier Beata Szydło przyjedzie już jutro po raz pierwszy do Berlina. To prawie trzy miesiące po objęciu przez nią urzędu premiera RP. Jej poprzednicy na stanowisku szefa rządu z PO wybierali Berlin, jako pierwszą stolicę, którą wizytowali. Proniemieckie nastawienie poprzedników Szydło było jasne i czytelne

Poprzedni minister spraw zagranicznych niemalże błagalnym tonem wzywał Niemców do objęcia przywództwa w Europie. Takie wezwanie - to był prawdziwy miód na niemieckie uszy i miło łechtało niemieckie narodowe uczucia? Przecież tak skrzętnie ukrywane za interesami Unii Europejskiej. Ta niemiecka taktyka forsowania interesów narodowych jest zwykle bardzo sprawa i skuteczna. Wynikała po części z niemieckiej historii, po części ze sprytu-, kiedy przekonali się, że swoje interesy narodowe łatwiej im realizować pod flagą Unii.
Niemiecki rząd oficjalnie nie komentuje tej sytuacji. Ale nawet ślepiec by dostrzegł, że tak późna wizyta Szydło w Berlinie to żaden zbieg okoliczności czy przypadek.

Pani kanclerz (Angela Merkel) cieszy się z wizyty premier Szydło - oświadczył w środę rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert. - To będzie pierwsza okazja do tak intensywnej i kompleksowej wymiany poglądów. Tak mówił w mediach niemiecki rzecznik komentując tę sytuację. Warto tym miejscu przypomnieć również o tym, że, pomimo że wizyta premier Beaty Szydło odbędzie się u zachodniego sąsiada dopiero teraz, to nie znaczy, że obie szefowe rządów nie spotkały się już wcześniej. Nawet rzecznik rządu RFN przypomniał o tym, że Merkel z Szydło spotykały się już podczas szczytów Unii Europejskiej.

Nie będzie też żadnym odkryciem, że w polskiej polityce wobec Niemiec doszło do "zmiany paradygmatu", a Berlin stracił pozycję najważniejszego partnera politycznego Polski. Ciągle jednak jest i raczej pozostanie najważniejszym gospodarczym partnerem dla Warszawy. Gospodarka kieruje się nieco innymi regułami niż polityka. A ta ostatnia mocno kuleje i to nie tylko za sprawą rządu PiS. Niemcy troszkę na własne życzenie straciły najważniejsze miejsce. Dość lekkomyślnie włączając się jawnie i półjawnie w polsko – polski konflikt. Niemieccy politycy mylili rolę i często wchodzili w buty polskiej opozycji. O prasie niemieckiej już nie wspominając. Czytając tytuły takie jak Suddeutsche Zeitung miało się wrażenie, że to lektura znanych z ostrych ataków na rząd antypisowskich lewicowo- meanstrimowych mediów takich jak Newsweek czy Gazeta Wyborcza.

Ta ingerencja Niemców w polską politykę wewnętrzną nie mogła pozostać niezauważona i to nie tylko przez zwolenników obecnej władzy. Po retoryce niemieckiej prasy było widać, że już tak naprawdę sami nie wiedzą, czego to oni właściwie w Polsce „bronią”? Raz Trybunału Konstytucyjnego, innym razem mediów a później już chyba sami nie bardzo wiedzieli, co, czego i wreszcie, kogo bronią? Za to atakowali pierwszorzędnie. Złotousty Martin Schulz, swoimi niezbyt fortunnymi wypowiedziami na temat Polski, tylko dolewał oliwy do ognia. Z czasem Berlin poszedł jednak po rozum do głowy. Pojawiły się pojednawcze tony. Jawna konfrontacja, jaką Niemcy ogłosiły z Polską, tuż po objęciu władzy przez PiS - stopniowo ustępuje miejsca zdrowemu rozsądkowi. Polityki miłości jak za czasów rządów w Warszawie Tuska, Kopacz i Sikorskiego spodziewać się raczej nie można. Z prostej przyczyny rząd partii Jarosława Kaczyńskiego ma inne priorytety w polityce zagranicznej niż jego poprzednicy. Jednak podobnie jak poprzednicy uważa Niemcy za bardzo ważnego partnera. Ostatnio przewodniczący Bundesratu wyraził zrozumienie dla podejmowanych przez Polskę i inne kraje Europy wschodniej wysiłków znalezienia własnej drogi. Stanislaw Tillich mówił „My niekiedy wierzymy, że demokracja, jaką mamy w Niemczech i we Francji, jest jedynie prawdziwa. Ale powinniśmy zaakceptować, że kraje bałtyckie, Polska, Czechy czy Słowacja wybierają własną drogę kształtowania ładu społecznego”. Głos przewodniczącego Bundesratu jest jednocześnie głosem rozsądku z Niemiec. Tillich dystansuje się o niemieckich jastrzębi, które ostatnio nagminnie pouczały Polskę. Warto zwrócić uwagę, że Stanislaw Tillich trafnie spuentował niemieckie „wiedzenie” zawsze wszystkiego najlepiej.

O niemieckim „Besserwisserstwie” mówił „Zbyt szybko przybieramy kaznodziejski ton”. Ta wypowiedź budzi nadzieję na stopniowe wygaszanie tak naprawdę nikomu niepotrzebnego konfliktu. Ale ten polsko -niemiecki konflikt obnażył również negatywne cechy Polaków i Niemców. Udowodnił, że Polacy własne wojny wywlekają za granicę i piorą swoje brudy wykorzystując Berlin czy Brukselę. Natomiast Niemcy skwapliwie korzystają, aby w tym kotle zamieszać. Tyle, że takie postępowanie na dłuższą metę przyniesie tylko szkody i to zarówno Polsce jak i Niemcom. Kochać się rządy nie muszą, niech pokażą, że potrafią współpracować dla dobra swoich narodów i Unii Europejskiej. To w zupełności wystarczy i nie potrzeba niczego więcej. Może ta wizyta - choć późna - pani premier Szydło i szczera rozmowa z Angelą Merkel będzie ku temu właśnie służyć?
 

Zdjęcie tytułowe : premier.gov.pl

Reklama