Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Prezydent za oceanem – o wizach i samolotach

Autorzy: 
Krzysztof Kołaski
Prezydent Komorowski odbył dwudniową wizytę roboczą w Stanach Zjednoczonych, podczas której poruszył najważniejsze dla Polski kwestie związane ze stosunkami polsko-amerykańskimi. Spotkał się m. in. z Barackiem Obama oraz kilkoma przedstawicielami amerykańskiej nauki i polityki. Jaki obraz Polski wyłania się z tej podróży? Czy jesteśmy realnym partnerem USA czy też jedynie pomocnikiem, który z łatwością może być zastąpiony przez inne państwo?
 
 
Bezpiecznie o bezpieczeństwie
Rozmowa szefów obu państw na tematy związane z bezpieczeństwem nie przyniosła zaskakujących rozwiązań. Zarówno Komorowski, jak i Obama podkreślili konieczność rozwoju współpracy strategicznej w zakresie obronności. Potwierdzono także, że planowane jest stacjonowanie w Polsce amerykańskich samolotów od 2013 roku, jednak żaden z członków delegacji nie chciał powiedzieć czy chodzi konkretnie o F-16 i Herkulesy. Sytuacja określana jest jako „dynamiczna” i póki co, obie strony postanowiły wstrzymać z komunikatami dla opinii publicznej.
 
Niektórzy komentatorzy mają zastrzeżenia do tak mocnego wiązania kwestii bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi, ale zdaniem Bartosza Wiśniewskiego, analityka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, głębokie powiązanie zrodziło już wcześniej, a przypieczętował je kontrakt na dostawę samolotów wielozadaniowych przez Lockheed Martin. Twierdzi on, że współpraca obronna to dużo bardziej skomplikowana operacja, gdyż sprowadza się nie tylko do zakupu sprzętu, ale także wymiany doświadczeń, szkoleń naszych pilotów przez amerykańskich wojskowych.
 
Bartosz Wiśniewski podkreśla, że Polska w kwestii obronności nie opiera się jedynie na Stanach Zjednoczonych, czego przykładem jest korzystanie chociażby z wyprodukowanych w Finlandii Rosomaków. Wiadomo, że każdy kraj wybiera sobie sposób działania, który wydaje się najlepszy dla realizacji jego celów. Dla Polski, od lat kierunkiem jest współpraca z USA i o ile są zachowane są zdrowe proporcje to nie ma nic nadzwyczajnego w rozbudowanych kontaktach między krajami.
 
Prezydent Komorowski w powyższych sprawach nie dokonał żadnego przełomu ani też nie byliśmy świadkiem jakiegoś nieoczekiwanego zwrotu akcji. Polska dalej popiera działania USA i widzi w nich szansę na poprawę światowego bezpieczeństwa. Przejawem może być aprobata dla programu START2. A czy tak szybkie zaproszenie dla naszego prezydenta jest elementem uzyskiwania poparcia dla tego systemu w Europie? Polityka rządzi się swoimi prawami i każda strona przy tego typu spotkaniach realizuje swojej interesy. Wiadomo także, że w interesie Polski leży owocna współpraca z USA  w tym zakresie, gdyż w pojedynkę nie będziemy w stanie ociągnąć w pełni pożądanego poziomu rozwoju naszych struktur obronnych.

Wizy na pierwszym planie

Do nieco mylnych wniosków można dojść analizując słowa wypowiedziane przez prezydentów na temat ewentualnego zniesienia wiz dla Polaków. Oczywiście dobrze, że Bronisław Komorowski przypomniał tę sprawę, która od lat stanowi problem w relacjach polsko-amerykańskich, jednak odpowiedź Obamy należy rozłożyć na czynniki pierwsze, aby właściwie pojąć jej sens. Jak mówi Bartosz Wiśniewski, meritum sprawy nie leży w dążeniu administracji amerykańskiej do zniesienia wiz, ale raczej przychylnemu spojrzeniu dla takich ewentualnych rozwiązań przedstawionych przez Kongres.
 
Nie należy się spodziewać więc, że USA będzie koncentrowało się na zniesieniu wiz dla Polaków. Bardziej można liczyć na pewne ułatwienia dotyczące wiz turystycznych czy też zmniejszenie opłat wizowych. Nie ma możliwości, aby dla samych Polaków Stany Zjednoczone zmieniały swoje przepisy imigracyjne. Trzeba więc podchodzić do słów Baracka Obamy z dużą rezerwą. Zarazem jednak nie można postrzegać takiego obrotu sprawy, jako porażki prezydenta Komorowskiego. Każdy polski polityk na jego miejscu otrzymałby podobną odpowiedz.
 
Twarde stanowisko głowy naszego państwa sprawiło , że otrzymaliśmy w sprawie wiz wcale nie tak mało. Bartosz Wiśniewski zaznacza: „tak potężny gracz, jak administracja USA dostrzega nasze racje i chce pomóc nam ich dochodzić”. Teraz czas na kolejny krok z naszej strony. Należy „wziąć sprawy w swoje ręce, lobbować za interesującymi nas, konkretnymi zmianami w prawie, a nie ograniczać się do postulatu - chcemy jeździć do USA bez wiz”.
 
Jak widać – wbrew pozorom kontrowersji i sensacji brak. Jeden krok do przodu nie oznacza przejścia na drugi brzeg rzeki. Konieczne jest dalsze działalnie polskich polityków, które stopniowo będzie prowadzić do osiągnięcia celu, czyli bezwizowych lotów do USA. Można powiedzieć, że Komorowski swój cel osiągnął – Amerykanie wiedzą na czym zależy Polakom i czego wymagają oni w najbliższej od władz w Waszyngtonie.

Sikorski bardziej kontrowersyjny

Choć minister Radosław Sikorski nie uczestniczył w wizycie w USA to odniósł się do sprawy wiz i to w sposób bardziej spektakularny niż prezydent Komorowski. Polski Minister Spraw Zagranicznych przyznał bowiem, że rozważał możliwość wprowadzenia wiz dla obywateli amerykańskich podróżujących do Polski. Byłoby to z pewnością głośnie wydarzenie, które mogłoby w znacznym stopniu wpłynąć na relacje naszego kraju ze Stanami Zjednoczonymi.
 
Powodem takiej decyzji miałoby być złamanie przez USA umowy wizowej z Polską, w której jednostronnie znieśliśmy wymóg posiadania tego dokumentu dla obywateli amerykańskich. Na jej podstawie wizy za ocean pozostały obowiązkowe, ale miały być bezpłatne. Co prawda, teoretycznie tak jest, ale w praktyce osoby zainteresowane muszą ponieść opłaty związane ze złożeniem wniosku. To koszt ok. 100-150$ - w zależności od rodzaju wizy.
 
Polskie MSZ dokonało nawet analizy takiego rozwiązania, które jednak wydaje się być niezwykle trudne do wprowadzenia za sprawą obecności Polski w tzw. strefie Schengen. Bowiem większość Amerykanów podróżuje nad Wisłę z przesiadkami w innych krajach należących do tej grupy. Do miejsca przeznaczenia docierają wewnętrznymi, „schengenowskimi” połączeniami, a kontrola wizowa pasażerów tych samolotów była by złamaniem postanowień Schengen Treaty.
 
W tym świetle prezydent Komorowski mówiący „nie rozumiemy dlaczego tak jest” wypada niezwykle łagodnie. Nie wiadomo, jak by zareagowała administracji USA, gdyby z ust polskiej delegacji padły takie słowa.  Zapewne nie zmieniło by to odpowiedzi strony amerykańskiej, bo sprawa wizowa, jak wspominał Bartosz Wróblewski z PISM, jest dużo bardziej skomplikowana i proces przechodzenia do ruchu bezwizowego nie będzie przyśpieszony przez ewentualne retorsje ze strony Polski.

Wizyta raczej udana

Podróż Bronisława Komorowskiego do Stanów Zjednoczonych można ocenić pozytywnie, choć jak powiedział prof. Zbigniew Lewicki próżno szukać tam fajerwerków. Krótki czas trwania nie pozwalał na swego rodzaju „zawojowanie” Ameryki,  ale udało się przekazać polskie stanowisko w sprawie wiz czy współpracy  w dziedzinie obronności władzom USA. Z pewnością na plus należy zapisać fakt odwiedzenia Muzeum Holocaustu czy German Marshall Fund, przez co podkreślona została polska wrażliwość historyczna i zaangażowanie w sprawach międzynarodowych.
 
Ważny jest fakt, że polska delegacja znalazła czas na odwiedziny u Polonii Amerykańskiej. Bronisław Komorowski spotkał się z przewodniczącym KPA oraz oglądał klinikę w Cleveland, gdzie pracuje wybitny lekarz polskiego pochodzenia, prof. Maria Siemonow. Podkreślano ogromno rolę historyczną Polaków mieszkających z Stanach Zjednoczonych i ich wkład w rozwój zarówno USA, jak i Polski. Opinia publiczna zawsze pozytywnie odbiera takie zachowanie, zwłaszcza że Polacy za oceanem sympatyzują raczej z przeciwnikami politycznymi obecnego prezydenta.
 
 
Bartosz Wiśniewski podsumowuje, że prezydent Komorowski sprawnie poradził sobie z „perspektywą bilateralną” swojej wizyty. Dobrze poruszał się między pozycją szefa państwa polskiego oraz polityka europejskiego, który jest swego rodzaju reprezentantem UE. Ekspert ocenił, że w przyszłości dobrym posunięciem byłoby regularne uwzględnianie w programach tego rodzaju wizyt również spotkań z liderami Senatu i Izby Reprezentantów.

Partnerzy czy pomocnicy

Chciałoby się odpowiedzieć na pytanie: czy Polska jest partnerem czy pomocnikiem USA? Podróż Bronisława Komorowskiego nie daje z pewnością materiału do jakiegoś rewolucyjnego, nowego spojrzenia na tę kwestię. Stan rzeczy pozostał bowiem taki sam. Do oceny naszej pozycji należy wyjść poza kryteria polityczne i spojrzeć na rzeczywistość, która nas otacza. Potencjał obu krajów jest nieporównywanie różny, więc trudno przypuszczać, że ekonomicznie kiedykolwiek Polska będzie miała wpływ na USA w tak dużym stopniu, jak USA na Polskę. Tutaj bardziej polem do partnerstwa jest Unia Europejska, której jesteśmy członkiem.
 
W kontaktach z USA wskazana jest podstawa transakcyjna – coś za coś, pomysł za kapitał itp. Należy korzystać z potencjału amerykańskiego, gdyż może on w znacznym stopniu pomóc Polsce w dalszym rozwoju. Współdziałać możemy w wielu dziedzinach: od energetyki, przez gaz łupkowy po współpracę w zakresie kapitału ludzkiego. Amerykanie wiele rzeczy opanowali do perfekcji, są najlepsi na świecie, więc z czysto pragmatycznego punktu widzenia dobrze jest wykorzystywać ich wiedzę i doświadczenie. Czasem istotne jest schowanie ambicji politycznych do kieszeni i skoncentrowanie się na doraźnych potrzebach ekonomiczno-gospodarczych, które stanowią podstawę funkcjonowania kraju.
 
Waga relacji polsko-amerykańskich jest niezwykle wielka, ale nie może ona przysłonić współpracy z innymi państwami, szczególnie z sąsiadami. Polska musi budować dobre stosunki z państwami swojego regionu, gdyż właśnie te relacje stanowią podstawę polityki zewnętrznej każdego kraju. Przykładem są tu właśnie USA, które choć istotnie angażują się w kontakty z Rosją, UE czy Chinami to stale mocno związane są z Kanadą czy Meksykiem. Konieczny jest więc złoty środek, bowiem zaniedbanie którejkolwiek z tych dwóch stron będzie prowadzić do poważnych konsekwencji w przyszłości.

 

 
Zapraszamy także do przeczytania poniższego wywiadu Krzysztofa Kołaskiego z Bartoszem Wiśniewskim z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. A w nim także o wizycie prezydenta Komorowskiego w USA, współpracy w kwestii obronności oraz stosunkach polsko-amerykańskich.
 
Stosunki Międzynarodowe: Jak ogólnie oceniana powinna być ta wizyta?
 
Bartosz Wiśniewski: Nie ulega wątpliwości, że Polska jest w Waszyngtonie postrzegana jako kraj na fali, to było wyczuwalne już choćby w związku z zaproszeniem Komorowskiego – pierwszego przywódcy środkowoeuropejskiego, który rozmawiał z Obamą w Białym Domu. Prezydent Komorowski dobrze wywiązał się z  umiejętnie podkreślił  więzy bliskiej współpracy polsko-amerykańskiej w sferze bezpieczeństwa polityczno-wojskowego, oddał znaczenie więzi i kontaktów z  Polonią amerykańską, a odwiedzając choćby Muzeum Holocaustu zademonstrował z jednej strony polską wrażliwość na te kwestie, a z drugiej  otwartość w podejściu do stosunków polsko-żydowskich. Ten ostatni element nadal jest w USA bardzo uważnie obserwowany. Moim zdaniem zabrakło wizyty na Kapitolu, co jednak da się wytłumaczyć dość ograniczonym czasem całej wizyty. Niemniej przy wyborach uzupełniających była okazja ku temu, aby spotkać się zarówno z szefostwem Senatu, który pozostanie w rękach Partii Demokratycznej, jak i z najważniejszymi ludźmi w Izbie Reprezentantów, gdzie od stycznia 2011 r. będą rządzić Republikanie. Pokazałoby to, że Polska dobrze rozumie dynamikę polityczną w USA i wie jaka jest wartość współpracy z tą częścią amerykańskich władz federalnych.
 
SM: Czy zapowiedzi Baracka Obamy o priorytetowym potraktowaniu sprawy wiz można traktować poważnie?
BW: Przede wszystkim należy właściwie odczytać deklarację prezydenta Obamy. Właściwie, to znaczy biorąc pod uwagę realne możliwości administracji federalnej dokonania zmian w obowiązującym obecnie amerykańskim reżimie wizowym, który stanowi jeden z elementów tamtejszego prawa imigracyjnego. Otóż w gestii administracji, przede wszystkim Departamentu Stanu, działającego w porozumieniu z Departamentem Bezpieczeństwa Wewnętrznego, leży ustalenie procedur wizowych, które spotykają się zresztą z morzem krytyki. Czy tutaj administracja mogłaby dokonać zmian? Owszem, ale nie miejmy większych złudzeń – Amerykanie nie wprowadzą zmian, które będą ograniczone tylko do obywateli polskich. To nierealne. A zmiany uniwersalne, dotyczące wszystkich konsulatów amerykańskich, to przedsięwzięcie, które wymagałoby jakiegoś trzęsienia ziemi, wydarzenia rangi zamachów z 11 września.
 
Jeśli więc Obama powiedział, że chce do końca swojej kadencji „rozwiązać problem wiz”, to oznacza to jedno: że jeżeli w Kongresie USA, który jest władny dokonać zasadniczych zmian w amerykańskim prawie imigracyjnym, np. poluzować kryteria, na podstawie których państwa są zapraszane do udziału w programie ruchu bezwizowego – choćby obniżyć ów próg odrzucanych wniosków o przyznanie wizy turystycznej, który Polska nadal przekracza – to administracja będzie przychylna takim zmianom w prawie i przedstawi senatorom i kongresmanom argumenty „za” takimi zmianami w prawie, na wypadek gdyby była to sprawa kontrowersyjna.
 
Czy to dużo? Moim zdaniem to niemało, bo oznacza to, że tak potężny gracz, jak administracja, dostrzega nasze racje i chce pomóc nam ich dochodzić. Czy to wystarczy? Niestety, nie, i to powinniśmy sobie jasno powiedzieć. Trudno  mi jest wyobrazić sobie, że administracja uzna problem wiz za „swój” i rozpocznie kampanię legislacyjną na rzecz polskich interesów. Właściwym adresatem wszelkich inicjatyw, próśb, kampanii, musi być Kongres. A słowa Obamy polska strona ma prawo, a wręcz powinna potraktować jako argument w pozyskiwaniu politycznego poparcia. Najlepiej jednak byłoby wziąć sprawy w swoje ręce, lobbować za interesującymi nas, konkretnymi zmianami w prawie, a nie ograniczać się do postulatu „chcemy jeździć do USA bez wiz”. Z komunikatem o tym, że jest to problem, już udało nam się przebić. Teraz powinniśmy postarać się  o wskazanie rozwiązania.
 
SM: Czy Polska powinna skupiać się na kontaktach z USA czy raczej iść w kierunku sąsiadów?
BW: Polski nie stać na lekceważenie kontaktów z sąsiadami, to zupełnie normalny stan spraw dla każdego państwa. Spójrzmy właśnie na to jak bliskie stosunki łączą USA nie tylko z Kanadą (tradycyjnie to tam jedzie z pierwszą zagraniczną wizytą nowozaprzysiężony prezydent USA) czy Meksykiem: to więzy historii, interesy handlowe, kwestia bezpieczeństwa wspólnej granicy. Ale nie stać nas również na zaniedbywanie stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. To najbardziej wpływowy członek Sojuszu Północnoatlantyckiego, w USA mieszka pokaźna grupa osób deklarujących polskie pochodzenie, łączy nas z Ameryką przywiązanie do tych samych wartości – to ostatnie też ma znaczenie, nawet jeżeli przyzwyczailiśmy się do lekceważenia tego wymiaru relacji dwustronnych, bo obawiamy się, że jest on wykorzystywany przez potężniejszego partnera do prawienia nam pustych komplementów.
 
Zarazem musimy uczyć się podchodzenia do tych relacji bez odruchu „oni na pewno mają w tym jakiś swój ukryty interes”, albo że „jesteśmy tylko pionkiem w ich grze”. To nie pomaga. Musimy za to poszukiwać obszarów, gdzie to USA mogą być dla nas użyteczne, i takie obszary znaleźć można.
 
SM: Czy warto jest tak bardzo angażować się we współpracę w zakresie obronności z USA? Oczywiście pytanie w kontekście tych F-16 mających stacjonować w Polsce?
BW: W pewnym sensie ta decyzja już zapadła, właśnie wtedy, gdy przetarg na dostawę samolotów wielozadaniowych wygrał koncern Lockheed Martin. Nie zapominajmy zarazem, że polskie wojsko nie korzysta tylko ze sprzętu amerykańskiego. Osławione Rosomaki, tak chwalone w warunkach afgańskich, to pojazdy produkcji fińskiej. Polska armia korzysta z niemieckich czołgów Leopard. Amerykanie są partnerem ważnym, ale nie jedynym.         
 
Nie ulega natomiast wątpliwości, że nie była to tylko kwestia kupienia kilkudziesięciu samolotów dla polskich sił zbrojnych. Pilotów trzeba wyszkolić, maszyny muszą być odpowiednio serwisowane, trzeba – zwłaszcza w miarę stopniowego wycofywania ze służby samolotów produkcji radzieckiej i rosyjskiej – odpowiednio skalibrować systemy nawigacji i obsługi naziemnej. Chodzi więc o bardzo skomplikowaną operację. Jeżeli w Polsce rzeczywiście miałoby stacjonować kilkanaście samolotów F-16, to oznacza to, że nasi piloci mogliby ćwiczyć i wymieniać doświadczenia z obsługi tych maszyn z pilotami, którzy latają na nich od wielu lat. Teraz nasi piloci szkolą się w Stanach Zjednoczonych, a to kosztuje. Sama liczba tych samolotów – 16 sztuk – to również niemało. To oznacza, że nie te funkcje, które te załogi będą miały spełniać, mają szansę na bycie wykonywanymi efektywnie, nawet jeśli to będzie obecność rotacyjna.  

SM: Czy ta wizyta, tak mocne stanowisko prezydenta w wielu sprawach może być krokiem to bardziej partnerskich relacji. Czy właśnie tak powinniśmy postępować, aby USA traktowały nas jako partnera a nie pomocnika?

BW: Nasze relacje z USA są bardzo dobre na szczeblu politycznym, obrazu tego nie zakłóca kwestia wiz.  Zachowajmy jednak umiar i patrzmy na te relacje z uwzględnieniem najbardziej obiektywnych kryteriów, jak choćby różnic w potencjale, którym legitymują się obydwa państwa.
 
Czy jesteśmy dla USA partnerem np. w kontekście powstrzymania proliferacji broni jądrowej? Nie, ale możemy wspierać tę agendę amerykańską – jeśli tylko uznamy, że leży to w naszym interesie, tak jak to miało miejsce w przypadku poparcia dla amerykańsko-rosyjskiego porozumienia START. Nasz potencjał gospodarczy nie stawia nas w pozycji partnera USA w zarządzaniu gospodarką światową, choć taką rolę może odgrywać Unia Europejska, której jesteśmy członkiem. Bycie pomocnikiem Ameryki nie jest zresztą czymś z gruntu złym, pod jednym wszakże warunkiem – że służy to naszym sformułowanym autonomicznie, tj. niezależnie od sojuszu z USA, interesom. Przykłady? Polityka wobec naszych wschodnich sąsiadów oraz, nabierająca coraz więcej rumieńców, współpraca w dziedzinie energetyki. Polska jest zainteresowana długofalową transformacją gospodarczą i polityczną państw poradzieckich i ich stopniowym zbliżaniem do instytucji gwarantujących stabilność w Europie.
 
Z punktu widzenia USA takie inicjatywy jak Partnerstwo Wschodnie UE idealnie wpisuje się w ich długofalową wizję ładu europejskiego, więc z amerykańskiej perspektywy de facto wspomagamy interesy amerykańskie. Nikt jednak nie zaprzeczy, że zarazem działamy w swoim interesie. W dziedzinie energetyki najwięcej mówi się o gazie łupkowym. Słusznie, to może być prawdziwy game changer jeżeli chodzi o bezpieczeństwo energetyczne Polski i regionu. Podkreślę – może, nie musi. Rząd amerykański będzie chętnie rozmawiał z Polską na ten temat, bo w grę wchodzi możliwość zysków dla amerykańskich firm. To będzie napędzać Amerykanów – podejście pragmatyczne, zorientowane na robienie interesów. Nie ma w tym nic złego dopóty, dopóki ewentualna polska „rewolucja łupkowa” będzie odbywała się na naszych warunkach, tj. z uwzględnieniem naszych uwarunkowań prawnych, społecznych i innych. Innymi słowy, pamiętajmy że dyplomacja amerykańska będzie pilnować interesów amerykańskich. My musimy mieć na względzie np. to, że obowiązują nas inne standardy ochrony środowiska, różnimy się jeśli chodzi o gospodarkę wodną – a to sprawa fundamentalna przy wydobywaniu gazu niekonwencjonalnego.
 
Poza gazem łupkowym możemy współpracować z Amerykanami przy rozwoju energetyki jądrowej. Ich doświadczenia są najstarsze, wiele z problemów choćby w sferze regulacji przemysłu jądrowego, oni mają za sobą. Ich technologia jest sprawdzona, na pewno powinna być rozważana jako jedna z opcji do zastosowania w polskich elektrowniach. Istnieje potencjał do wymiany know how i dobrych praktyk, organizowania szkoleń. To się zresztą już dzieje. Korzyści może odnieść Polska, swój udział w zorganizowaniu tego jak będzie działała nasz energetyka jądrowa mogą mieć Amerykanie. Można to nazwać podejściem transakcyjnym, w którym każdy szuka swojego zysku, ale czyż nie w ten sposób powinno się podchodzić do partnera, który robienie interesów opanował do perfekcji?
 

Reklama