Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Prezydent w czasie kryzysu

Autorzy: 
Jakub Kędzior
Postać Baracka Obamy, pierwszego czarnoskórego prezydenta USA od samego początku budziła sporo kontrowersji na całym świecie. Wielu ludzi traktowało go, jako swego rodzaju ciekawostkę na politycznej scenie, znak przemian w amerykańskim społeczeństwie. W kraju gdzie kiedyś kwitło niewolnictwo, teraz jeden z ich potomków rządzi państwem. Nie mniej jednak kiedy opadły pierwsze emocje związane z wyborami, kwestią rasową i tak dalej, zaczęto wiązać z Obamą wielkie nadzieje. Jako wytrawny polityk, bardzo dobry mówca, przedstawił społeczeństwu swoją wizję Stanów Zjednoczonych, którą bardzo szybko podchwycili zarówno sami Amerykanie jak i społeczność międzynarodowa, która w trudnym czasie kryzysu gospodarczego wypatrywała przywódcy, który w jakiś sposób poprowadziłby świat w kierunku wyjścia z zapaści. Można powiedzieć że został obwołany mesjaszem zanim jeszcze przystąpił do działania. Przyznana mu mocno przedwcześnie Pokojowa Nagroda Nobla, dobitnie świadczy o tym, że Świat potrzebując lidera, próbował go jak najszybciej wykreować.
 
 
 
 
Po ponad roku od objęcia urzędu prezydenta ciężko dostrzec w Obamie cudotwórcę, jakiego chcieliby widzieć w nim Amerykanie. Nie należy jednak przekreślać jego dokonań, co więcej, warto poczekać z oceną do końca kadencji. Możemy natomiast pokusić się o małą ocenę polityki zagranicznej prowadzonej przez Obamę i jego sztab z Hilary Clinton na czele.

Pierwszą sprawą, którą należy poruszyć jest słynne więzienie Guantanamo na Kubie, które Obama nakazał zamknąć już 22 stycznia 2009 roku, a więc dwa dni po inauguracji prezydentury. Więzienie miało zostać zamknięte najpóźniej w rok od wydania decyzji. Jak wiemy, do dnia dzisiejszego, jest to kwestia nierozwiązana, za którą obrywa się Obamie od samych Amerykanów. Warto się zastanowić, czy podejmując taką decyzję prezydent nie działał zbyt idealistycznie. Przypuszczalnie wierzył, że uda się rozlokować cześć groźnych terrorystów poza Stanami Zjednoczonymi, a resztę osadzić w więzieniach na terenie USA. Oczywiście decyzja była podjęta także pod naciskami opinii publicznej, która non stop informowana była o torturach więźniów w Guantanamo, łamaniu konwencji genewskiej a także różnego rodzaju skandalach obyczajowych. Obama już podczas kampanii w 2007 roku stwierdził, że jeśli zostanie prezydentem to zamknie popwyższe więzienie. Niestety, chyba wtedy nie przewidział, że ta sprawa będzie tak trudna do przeprowadzenia i przyniesie mu spory spadek poparcia w społeczeństwie amerykańskim.Z Guantanamo jest jednak kłopot nie tylko dlatego, że nie wiadomo, gdzie osadzonych tam więźniów ulokować, lecz także dlatego, że ciężko będzie wydobyć od nich zeznania metodami nazwijmy to „zwyczajnymi”, a co za tymi idzie prawie niemożliwe będzie skazanie ich. Istnieje ryzyko, że sądy cywilne w USA wypuszczą większość na wolność, a oni wrócą do swoich krajów i nadal będą działać w terrorystycznym fachu. Tego zdaję się Obama nie przewidział i teraz ma nie lada orzech do zgryzienia. Z jednej strony musi liczyć się ze swoimi obietnicami, a co ważniejsze z dekretami, które sam wydał, ale z drugiej strony na szali jest bezpieczeństwo  USA, a także informacje w walce z międzynarodowymi organizacjami terrorystycznymi, głównie Al-Kaidą, które można wydobyć od osadzonych tam więźniów.

Sytuacja wydaje się być patowa, a gra na czas, którą stosuje administracja prezydencka także nie działa specjalnie na jej korzyść. Bardzo ciekawym odzwierciedleniem amerykańskich nastrojów odnośnie całej sprawy jest gra komputerowa „Escape” w której to George W. Bush zamyka w Guantanamo Baracka Obamę, a gracz ma pomóc mu uciec z tego osławionego więzienia. Jest to skądinąd trafna metafora sytuacji w jakiej znalazł się nowy prezydent, a którą niejako pozostawił mu w spadku jego poprzednik.

Kolejną wartą poruszenia kwestią są tak zwane terminarze wycofania wojsk amerykańskich z Iraku i Afganistanu. Administracja Obamy od samego początku mówiła o zakończeniu działań militarnych na terytorium obu państw. W telewizyjnym wystąpieniu  1 września tego roku, prezydent ogłosił zakończenie operacji „Iracka Wolność” i podtrzymał swoją obietnicę wyprowadzenia wszystkich sił zbrojnych z Iraku do końca 2011 roku. Są to działania zgodne z obietnicami jakie w swojej kampanii prezydenckiej składał Obama, jednak warto się zastanowić czy nie powtórzy się casus Guantanamo?

 Sytuacja w Iraku nadal nie jest stabilna i wojskowi eksperci ostrzegają, że jest zdecydowanie za wcześnie na pozostawienie Irakijczykom władzy, gdyż może się to zakończyć rozlewem krwi między szyitami i sunnitami, którzy sposobią się do przejęcia władzy. Niepokojące muszą być także zakusy Teheranu, mającego od dawna ambicje, aby stać się regionalnym mocarstwem. Po raz kolejny może się okazać, że Obama będzie musiał wycofać się ze swoich wcześniejszych obietnic i realnie spojrzeć na sytuację, która będzie wymagała pozostawienia wojsk amerykańskich w Iraku być może o rok lub dwa dłużej. Chociaż wiadomo jest, że obecny mieszkaniec Białego Domu od samego początku był przeciwny inwazji na Irak i teraz ma okazję osiągnąć swój cel. Rodzi się tylko pytanie czy będzie to korzystne dla interesów USA? Czas pokaże jak postąpi Obama, jednak wydaje się, że po raz kolejny będzie musiał twardo stąpać po ziemi i odłożyć swoją obietnicę o kolejny rok, lub być może nawet do kolejnej kadencji.

Podobnie sytuacja ma się w Afganistanie, gdzie termin zakończenie operacji i wycofania wojsk został wyznaczony na lipiec 2011. Tam także sytuacja wciąż jest bardzo niestabilna, a pozostawienie kraju samemu sobie może okazać się zgubne. Będziemy mieli szansę przekonać się czy przywiązanie administracji Obamy do swoistego kalendarza jest na tyle duże, że zaryzykują fiasko prowadzonej od kilku lat operacji.

W polityce zagranicznej USA szalenie istotne są relacje z innymi globalnymi potęgami, czyli Chinami i Rosją, a także Unią Europejską jako całością. Bardzo ciekawą rzeczą jest to, że kiedy cały świat cieszył się wyborem Obamy, to Chińczycy przyjęli to z dużym dystansem. Dla nich polityka Busha juniora była bardzo korzystna, uważali go za swojego przyjaciela. Należy pamiętać, że nie odrzucił zaproszenia na Olimpiadę w Pekinie, mimo wielu nacisków i krytycznych uwag pod adresem chińskich władz. Obama, który bardzo mocno odcinał się od swojego poprzednika, nie koniecznie traktował by ich aż tak dobrze. Można powiedzieć, iż faktycznie, jak do tej pory, stosunki na linii Waszyngton – Pekin były raczej chłodne. Prezydent USA bardzo często wypomina Chinom zaniżanie kursu juana, apelując o to by pozwolili zadziałać siłom rynkowym. Dla Stanów Zjednoczonych podniesienie wartości chińskiej waluty byłoby bardzo korzystne, biorąc pod uwagę ogromny deficyt w handlu z tym krajem.  Zwraca też często uwagę na łamanie w tym kraju praw człowieka, ostatnio prosząc o uwolnienie laureata pokojowej nagrody Nobla Liu Xiaobo. Chińskie władze są bardzo wyczulone na tą krytykę   co z pewnością nie wpłynie najlepiej na ich stosunek do Obamy.

Jeśli chodzi o Europę, oczekiwania co do nowego wodza USA były bardzo duże. W sondażach przeprowadzonych przed wyborami uzyskiwał on ogromne poparcie, dystansując znacznie McCaina. Dla mieszkańców Starego Kontynentu  deklaracje o wycofaniu wojsk z Iraku i Afganistanu były bardzo istotne i wierzyli, że oto nadszedł prezydent Ameryki, który będzie potrafił wyprowadzić na prostą relację między USA a tak zwaną „starą Europą”. Niespodziewanie jednak stosunki te nie układają się najlepiej i bardzo rozczarowują zarówno przywódców jak i obywateli państw europejskich. Zarówno starzy sojusznicy USA jak i nowe, wschodnie demokracje oczekiwały czegoś zupełnie innego od Obamy.

Rezygnacja z tarczy antyrakietowej jest ukłonem w stronę Rosji, jednak dla reszty Europy jest to sygnał, że prezydent USA ich lekceważy, a już data ogłoszenia tej decyzji w rocznicę najazdu wojsk rosyjskich na Polskę była mocno niesmaczna. Tak jak nie przybycie na uroczystości 70-lecia wybuchu II Wojny Światowej czy 20 lecia obalenia Muru Berlińskiego. Są to gesty, które oprócz rozczarowania niosą też spory gniew przywódców krajów europejskich, którzy rzecz jasna nie chcą być lekceważeni.

Wydaje się, że jedynymi którzy cieszą się z ponad rocznej kadencji Obamy są Rosjanie, dla których prezydent USA jest dobrym sojusznikiem. Stosunki między tymi mocarstwami uległy widocznemu ociepleniu. Być może dzięki temu Obamie w końcu uda się okiełznać irańskie zapędy dotyczące broni jądrowej, co jest jednym z priorytetowych celów administracji prezydenta USA.
Podsumowując cały ten wywód należy stwierdzić, że być może zbyt wygórowane oczekiwania wobec Obamy przerosły go. Prawdopodobnie przegrał on po prostu z sytuacją jaka panuje obecnie, która nie pozwala mu do końca realizować bardzo ambitnych planów jakie przedstawił podczas swojej kampanii. Oczywiście nie można też jednoznacznie skreślić jego dokonań na arenie międzynarodowej, ale pierwsze podsumowanie wypada niestety bardzo przeciętnie. Myślę, że znaczna część świata oczekiwała od niego więcej. Można jednak mieć nadzieję, że do końca kadencji coś w końcu drgnie i zobaczymy Obamę takiego jakiego chcielibyśmy widzieć.

Reklama