Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Polski interes w wojnie na Ukrainie

Autorzy: 
Jacek Bartosiak

W polskiej debacie na temat wojny na Ukrainie od samego początku nadmierna jest obecność wątków aksjologicznych, a nawet mesjanistyczno-prometejskich (widzenie kryzysu ukraińskiego jako starcia dobra ze złem), oraz z drugiej strony do przeceniania roli i wagi naszego kraju dla wyniku konfrontacji z Rosją. Prowadzi to także (choć ostatnio się to zmienia) do szczególnie nieznajdującego oparcia w realiach przeceniania jedności i spoistości Zachodu i NATO oraz postrzegania go jako jednej całości z oczywistym uszczerbkiem dla trzeźwej analizy interesów poszczególnych państw. Prowadzi to także do zbyt automatycznego pokładania zaufania do roli USA w zabezpieczeniu polskich interesów w trwającej rozgrywce.

Środkowoeuropejska „strefa zgniotu”

Dla Stanów Zjednoczonych podstawowym celem jest utrzymanie supremacji globalnej uzyskanej po II wojnie światowej i potwierdzonej po zwycięskim zakończeniu zimnej wojny. Jedynym obszarem, gdzie może się narodzić konkurent do dominacji jest Euroazja. Z punktu widzenia geopolitycznego reszta globu to mało istotne wyspy. Podstawowym zadaniem przywódców Stanów Zjednoczonych jest nie dopuścić, by w Euroazji jeden podmiot zdominował jej zasoby, co pozwoliłoby uwolnić jego siły do angażowania się w sprawy poza własnym regionem i gospodarczo lub militarnie pokonać Stany Zjednoczone, również w zachodniej hemisferze. Powyższa obawa zadecydowała o przystąpieniu USA do I oraz II wojny światowej w celu powstrzymania perspektywy hegemonii Niemiec oraz do zimnej wojny w celu powstrzymania hegemonii Związku Sowieckiego.

Aby osiągnąć ten cel Stany Zjednoczone potrzebują (poza kontrolą mórz i oceanów otaczających Euroazję) politycznie podporządkować lub przynajmniej przyjaźnie kontrolować pas krajów przylegający do wód okalających Euroazję, zwany w geopolityce Rimlandem. Tak się składa, że wszystkie bez wyjątku państwa Rimlandu da się podporządkować gospodarczo i militarnie tzw. projekcją siły morskiej i w ten sposób narzucić im swoją wolę polityczną. Dalej w głębi Euroazji znajduje się geopolityczny Heartland, który zamknięty w swojej kontynentalnej przestrzeni z jednej strony jest odporny na oddziaływanie potęgi morskiej, ale z drugiej w istotny sposób jest odseparowany od zawsze zyskowniejszego handlu morskiego, co wpływa na immanentnie mniejsze prosperity obszaru Heartlandu, większe koszty związane z obrotem kapitałem, co ma określone konsekwencje dla aktywności ludzkiej, migracji, kultury itp. Sercem Heartlandu jest Rosja.

Prymarną cechą geopolityczną Euroazji jest wieczne napięcie pomiędzy Heartlandem a Rimlandem, wynikające z samej geografii oraz natury pracy ludzkiej i pracy kapitału. Czasami w to napięcie i zawsze dla własnego interesu interweniują Stany Zjednoczone zainteresowane utrzymaniem korzystnej dla siebie równowagi sił w Euroazji. Natomiast pomiędzy zamkniętym kontynentalnie Heartlandem a otwartym na szerokie wody i żywszym gospodarczo Rimlandem leżą państwa buforowe, upchnięte w uskoku geopolitycznym pomiędzy potężnymi siłami, niejako w korytarzu. Państwa buforowe to przede wszystkim położona na Nizinie Środkowoeuropejskiej Polska, ale także Ukraina bezpośrednio stanowiąca drzwi do serca rosyjskiego Heartlandu.

Kontrola nad tymi obszarami ma kluczowe znaczenie dla równowagi sił w Euroazji. Własne interesy w regionie mają też Ukraina i Polska, ale interesy ich miałyby znaczenie tylko wówczas, jeśli waga geopolityczna tych państw (tj. ich siła militarna i/lub ekonomiczna) zmusiłaby potężniejsze Niemcy, Rosję i USA do brania ich pod uwagę. W innym wypadku państwa te są jedynie przedmiotem gry silniejszych i, co warte podkreślenia (choć polskie uszy nie lubią tego słuchać), stanowią często przeszkodę do stabilizacji systemu międzynarodowego opartego o „poszukiwaną” w międzynarodowych napięciach i w ich wyniku znalezioną nową formułę równowagi.

Rola dla Polski

Konwencjonalnie postrzegana rola dla Polski sprowadza się do bycia młodszym partnerem świata atlantyckiego. A tymczasem USA i Europa Zachodnia słusznie postrzegając Rosję jako immanentnie słabą gospodarczo wierzą w ostateczne przyciągniecie Rosji do świata „atlantyckiego” jako junior partnera (na wzór Polski i innych przyłączonych krajów w ostatnich 20 latach). Samodzielna strategicznie Polska dysponująca siłami zbrojnymi zdolnymi do projekcji siły w państwach pomiędzy Polską a Rosją oraz silną gospodarką stanowi niekontrolowalnego gracza, a to nie jest dobre dla hegemona i samej stabilności systemu międzynarodowego, gdyż wprowadza potencjał dla rewizji systemu ze strony Polski w kierunku rosyjskim, kosztem Rosji.

Wojna na Ukrainie

Poprzez działania na Ukrainie Rosji pragnie wypchnąć interesy Stanów Zjednoczonych z Europy i wymusić nową architekturę bezpieczeństwa poprzez wykazanie, że stara architektura bezpieczeństwa nie odzwierciedla rzeczywistego układu sił w regionie i w Europie. Osiągnąwszy ten cel, Rosjanie uzyskaliby dodatkowy, niezmiernie istotny efekt z punktu widzenia gospodarczego. Zaczęliby być bowiem traktowani jako równorzędny partner w trakcie negocjowania porozumień i powstawania wyłaniających się aktualnie nowych bloków gospodarczych – czy to na Pacyfiku czy to na Atlantyku. Aby osiągnąć powyższy cel Rosjanie kokietują rolę Niemiec zainteresowanych szeroko pojętym spokojem w naszej części kontynentu, tj. niezakłóconym odbiorem swojego eksportu, podporządkowaną współpracą ze słabszymi organizmami gospodarczymi położonymi pomiędzy Niemcami a Rosją, uzależnionymi od gospodarki niemieckiej, oraz dalszym pogłębianiem współpracy z Rosją. To z kolei pchnie Niemcy jeszcze bardziej do współpracy z Rosją i Chinami w kierunku przeciwnym od „sił atlantyckich”, a w kierunku współpracy z rewizjonistami systemu zaprojektowanego przez USA, czyli z Chinami i Rosją.

O powyższych procesach wiedzą Rosjanie i w ich rytm chcieliby rozegrać swój wizjonerski plan skutkujący wypchnięciem USA z Europy za Atlantyk. Można sobie wyobrazić wówczas, jaki będzie los narodów Europy wschodniej i środkowej. Niemniej jednak musi upłynąć dużo czasu i dużo się musi jeszcze wydarzyć, by takowy plan wizjonerski się zmaterializował. I to jest bardzo ważna różnica pomiędzy rokiem 2015 a 1939. To zdecydowana różnica dla Polski, o czym zdają się zapominać Amerykanie wmawiając nam, iż obecny kryzys na wschodzie bezpośrednio zagraża naszemu bezpieczeństwu już teraz. I, że to nam powinno zależeć na Amerykanach bardziej, niż Amerykanom na nas.

Jednak pivot

Amerykanie nie traktują bowiem Rosji jako poważnego przeciwnika dokładnie tak samo jak Mikołaj II nie traktował Japonii przed wojną 1904/5 zmuszając Japończyków do coraz większych ustępstw. A to doprowadziło do przegranej wojny na odległym z perspektywy stolicy carów teatrze zmagań. W Waszyngtonie decydenci nie chcą widzieć w Rosji niczego więcej niż junior partnera i w związku z tym chcą „załatwić” sprawę ukraińską bez istotnych zmian swojej polityki. A już z pewnością nie chcą odwoływać reorientacji na Pacyfik. Warto jeszcze raz powtórzyć, ponieważ to ważne dla polskich kalkulacji politycznych: reorientacja USA na Zachodni Pacyfik ma charakter obiektywny, stały i długofalowy i, co ważne, jest uzasadniona. Wzrost potęgi Chin zagraża bowiem dominacji USA jako architekta ładu globalnego oraz statusu najbogatszego państwa świata.

Kryzys ukraiński a gra Polski

A zatem Amerykanie chcieliby rozwiązać problem rewizjonistycznej Rosji „jedną ręką” bez zmiany własnych strategii, przede wszystkim bez odwołania reorientacji na Pacyfik. Pozostaje im nic innego, jak posłużyć się sojusznikami w regionie, którzy powstrzymają Rosję i ustabilizują system międzynarodowy w sposób zabezpieczający interesy USA. Paradoksalnie to właśnie relatywna słabość Rosji niepowodująca poważnego alarmu w Waszyngtonie może wprowadzić elementy bardzo niebezpiecznej i ryzykownej gry dla Polski. To jest też element, który jest przeoczany często w Polsce, a to on zmienia rozkład interesów pomiędzy stronami rozgrywki ukraińskiej. Do realizacji planu Amerykanów poza walczącą Ukrainą z powodu geografii idealnie nadają się Polska i położona nad Morzem Czarnym Rumunia jako swoiści prokurenci sprawy amerykańskiej działający na rzecz zakotwiczenia świata atlantyckiego w sercu Europy pomiędzy rewizjonistyczną Rosją, a nieprzewidywalnymi w przyszłości Niemcami.

Polacy, wzmacniając się, nie powinni angażować się w operację ukraińską, jeśli Amerykanie będą prowadzili grę z Rosją tylko „jedną ręką” bez własnego zaangażowania wojskowego, spychając bezpośrednie ciężary i koszty na sojuszników w regionie. Nie tylko bowiem wystawi nas to na zawsze ryzykowną konfrontację z Rosją, ale także możemy stać się jedynie przedmiotem (a nie podmiotem) negocjacyjnym w trakcie rozmów pokojowych pomiędzy USA a Rosją, do których wcześniej lub później dojdzie. Nasze interesy będą wtedy decydowane ponad naszymi głowami. Albowiem Amerykanie sami się nie angażując będą prowadzili wojnę o swoje interesy w Europie Wschodniej per procura i pozostawią sobie w ten sposób przestrzeń na ustępstwa wobec Rosji, co umożliwi im w dogodnej (albo wymuszonej sytuacją, np. napięciem na Pacyfiku) chwili zaproponować porozumienie pokojowe kosztem prokurentów bez istotnego uszczerbku dla własnych sił i środków oraz przy możliwie najmniejszym uszczerbku dla własnej reputacji.

Tymczasem Polska nie musi się teraz „twardo” deklarować. Kryzys ukraiński to przede wszystkim gra amerykańska o kontrolę nad obszarem zwanym przez analityków za Atlantykiem „drzwiami do Heartlandu”, a w dalszej dopiero kolejności są to nasze polityczne marzenia o niepodległej Ukrainie dzielącej nas od groźnej Rosji. Wbrew pozorom Polska ma czas na decyzję. W krótkiej i średniej perspektywie czasowej Niemcy nam nie zagrażają, a na pewno nie w zakresie bezpieczeństwa. Wcale nie jest zatem tak, jak wmawiają nam Amerykanie, że musimy już teraz wybierać. To Amerykanie bardziej nas potrzebują teraz niż my ich.

Odchodząc na Pacyfik i w dobie redukcji w Pentagonie mogą bowiem utracić ważny dla swoich hegemonistycznych aspiracji korytarz pomiędzy Heartlandem a Rimlandem, i to w obliczu rosnącej dominacji Niemiec w Rimlandzie europejskim, przy rewizjonistycznie do systemu nastawionych Chinach i Rosji. Polska natomiast wcale nie jest na dzień dzisiejszy zagrożona w takim stopniu, jak nam się wmawia i może równie dobrze podjąć decyzję o przeczekaniu chaosu w systemie wybierając opcję niemiecką (tzw. „bandawagon”), na której korzysta już teraz jej gospodarka. Pamiętajmy, że w wyniku takiej a nie innej wagi własnej nie jesteśmy dzisiaj w stanie prowadzić „dużej” gry w Europie. Tak „dużej”, by swoimi działaniami mieć wpływ na stabilizację lub stworzenie nowego systemu architektury międzynarodowej. A ten wpływ jest potrzebny, by zmieniać układ sił w Europie. Nie mając tej wagi nie jesteśmy podmiotem rozgrywającym. Podmioty nierozgrywające zazwyczaj ponoszą koszty zmiany. Raczej nigdy nie ponoszą ich mocarstwa, decydujące o nowym porządku. Dlatego roztropnie jest poczekać na rozwój sytuacji aż do ostatniego dosłownie momentu, wykorzystując czas na zbrojenia i modernizację sił zbrojnych.

Nasz udział w wojnie albo pomoc wojskowa dla Ukrainy czyni z Polski cel dla Rosji, zarówno wojskowy jak i polityczny. Ponadto nasz udział przy braku bezpośredniego udziału Amerykanów powoduje, że Amerykanie mogą swobodnie decydować o eskalowaniu i de-eskalowaniu konfrontacji wojskowej bez własnych strat przy jednoczesnym korzystaniu politycznym z owoców naszych zmagań i wysiłków.

W czarnym scenariuszu można sobie wyobrazić sytuację, iż Rosja w celu obnażenia fikcyjnych fundamentów siły USA w regionie w ramach eskalacji konfliktu ukraińskiego wykonuje uderzenia punktowe na Polskę jako słabszego, niewyposażonego w broń atomową i nieposiadającego zdolności do autonomicznego strategicznego kontruderzenia prokurenta USA i w ciągu dwóch dni zadaje istotne straty naszej infrastrukturze i siłom zbrojnym zwłaszcza na wschód od Wisły, izolując w ten sposób nasze siły zbrojne i izolując sam konflikt w bezpiecznym psychologicznie oddaleniu od zachodniej Europy. Wówczas upokorzeni Polacy zostaną zmuszeni do zawarcia przegranego pokoju przez cały bez wyjątku Zachód i Stany Zjednoczone. Nasi zachodni i amerykańscy rozjemcy będą szczęśliwi, że po dwóch dniach ta nieprzewidziana i zaskakująca eskalacja (na drugorzędnym z punktu widzenia Amerykanów teatrze i z państwem, które i tak nie może zagrozić globalnej dominacji USA) się skończyła, a oni nie byli w tę ryzykowną konfrontację zaangażowali bezpośrednio. Przy okazji będzie to koniec wiarygodności NATO i upadek architektury bezpieczeństwa w Europie, do czego dąży uparcie Rosja. Dla Zachodu jedynym kosztem będzie zaproponowanie Rosji po prostu więcej w nowym rozdaniu. Dość powiedzieć, iż jeśli Amerykanie mieliby być rzeczywiście wypchnięci z Europy, a tego by nie chcieli i mieli po temu siły, by się naciskowi takiemu przeciwstawić, to dadzą sobie radę bez nas. I wówczas my możemy się dostosować do sytuacji w dogodnym i wybranym przez nas momencie, gdyż amerykańska akcja bezpośrednia na pewno nie będzie wymierzona przeciw nam.

Autor jest analitykiem oraz członkiem Rady Fundacji Narodowe Centrum Studiów Strategicznych, absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Jest ponadto ekspertem Fundacji Republikańskiej i członkiem Rady Budowy Okrętów. W Narodowym Centrum Studiów Strategicznych zajmuje się analityką związaną z bezpieczeństwem narodowym oraz sprawami międzynarodowymi; na powyższe tematy publikuje i występuje w mediach. Jest stałym komentatorem w „Nowej Konfederacji”.

Reklama