Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Polański: ścigany i pożądany

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Marlena Gabryszewska
Dziś Roman Polański jest już w swoim szwajcarskim domu Milky Way w snobistycznym Gstaad, gdzie przed paparazzi ukrywają się prominentni tego świata. Jest już tzw. wolnym więźniem – z elektryczną obrożą i monitoringiem posiadłości. Więźniem, który podzielił opinię publiczną i samych mieszkańców Gstaad, uważających, że zainteresowanie mediów, które wzbudza, na zawsze zburzy spokój ich oazy.
 
 
Również w Polsce opinie na temat postępowania reżysera-Polaka są różne - jedni uważają, że nie zasłużył na swój los, inni zaś, że jest przestępcą, który w końcu doczeka się zasłużonej kary. 
 
Przypominać nie trzeba, że Roman Polański (naprawdę Raymond Liebling) oskarżony jest o gwałt dokonany ponad trzydzieści lat temu na trzynastoletniej wówczas Samancie Geimer. I choć fakt owego stosunku jest niezaprzeczalny, to sama aura otaczająca zdarzenie, które miało miejsce w marcu 1977 roku pozostaje dość kontrowersyjna. Samo ujawnienie sprawy przyczyniło się do rozpętania istnej nagonki medialnej na poważanego wcześniej reżysera. Dziennikarze nazywali go „bezczelnym karłem z Europy”, sędzia Laurence J. Rittenband nie ukrywał przed znajomymi, że „da popalić temu polskiemu sukinsynowi”, zaś akt oskarżenia tworzył członek komuny mormońskiej. Nie było szans na ułaskawienie – Polańskiemu groziło 50 lat więzienia, w związku z czym na początku 1978 r. uciekł ze Stanów, by nigdy tam nie powrócić, nawet wówczas, gdy miał odebrać Oscara za „Pianistę” w 2003 roku.
 
Lepszej promocji niż tegoroczne aresztowanie reżysera nie mogła sobie wymarzyć Marina Zenovich, autorka filmu dokumentalnego „Polański: ścigany i pożądany”, który niedawno (z blisko dwuletnim opóźnieniem) wszedł na polskie ekrany. Ten film to niezwykle inteligentny i obiektywny obraz tzw. "sprawy Polańskiego", ale nie tylko. Autorka wraca do niełatwego dzieciństwa reżysera, które przypadło na okres Holocaustu oraz do jego oszałamiającej kariery w Hollywood. Jednakże centrum filmu stanowi sam proces i amerykański wymiar sprawiedliwości. Zenovich stawia tezę, iż na osobie sławnego reżysera chciał „wypłynąć” sam Laurence J. Rittenband próżny i szukający poklasku wśród społeczeństwa sędzia, lubujący się w sądzeniu „gwiazd”. Tezę tę zdają się potwierdzać, milczący do tej pory, obrońca i oskarżyciel. Nie trzeba było zbytnio się natrudzić, by nastawić przeciwko Polańskiemu prasę i mimo wszystko purytańskie społeczeństwo amerykańskie. Polański nie pozostawał w dobrych stosunkach z mediami już od momentu masakry w jego domu w Beverly Hills, w której zginęła jego ciężarna żona Sharon Tate i kilkoro znajomych. Niezwykła brutalność zbrodni i opieszałość śledczych sprawiły, że przez jakiś czas Stany żyły tą zbrodnią szukając winnych. 
 
Dodatkowo tworzone przez niego filmy wcale nie były odczytywane jako dzieła artystyczne, lecz imaginacja jego życia. Podczas, gdy w Europie uznawany był za wielkiego artystę, w Stanach odbierano go za dziwaka urządzającego satanistyczne orgie rodem z „Dziecka Rosemary” (przyjęcie, podczas którego doszło do stosunku z Samanthą miało być właśnie taką orgią), gustującego w pięknych, młodych kobietach zboczeńca (jego partnerki zwykle były od niego młodsze i niezwykle piękne, jak bohaterki jego filmów). Cały proces był zatem okazją, by „wziąć odwet” na przybyszu znikąd, który szybko podbił Fabrykę Snów. 
 
Tworząc swe neurotyczne filmy, w których bohaterowie są osaczani i niezrozumiani przez świat, reżyser nie spodziewał się, że kiedyś przyjdzie mu wcielić się w rolę wykreowanych postaci. I tak jak film stawał się rzeczywistością, tak życie inspirowało filmy. Powstałej po zabójstwie Sharon Tate „Tragedii Makbeta” zarzucano zbytnią brutalność i rozlew krwi, na co Polański odpowiadał: „jeśli to jest za dużo krwi, zobaczcie, jak wygląda mój dom”. Bezkompromisowy i od dziecka niepokorny artysta nie zaskarbiał sobie zbytniej sympatii. W dzieciństwie spierał się z dorosłymi, później kłócił się z władzami szkolnymi, by wreszcie nie poddawać się modom i tworzyć własne kino. 
 
Kino od zawsze było i jest jego największą namiętnością. Już w czasie wojny nie zważając na hasła „tylko świnie siedzą w kinie” przesiadywał z siostrą w ciemnych salach, chłonąc historie z ekranu. Szperał po śmietnikach w poszukiwaniu programów kinowych i szczątków taśm i marzył o tym, by kiedyś stworzyć własny projektor. O mały włos jednak nic by nie wyszło z jego kariery filmowca, bo oprócz kina pochłaniało go inne hobby – kolarstwo. Był członkiem Klubu Sportowego Cracovia i z pasją pokonywał drogę Kraków-Zakopane, bijając kolejne rekordy prędkości. Pech chciał (a może właśnie szczęście), że ojciec nastolatka ani myślał o kupnie profesjonalnego sprzętu, a samodzielna próba zdobycia go, nieomal zakończyła się tragedią. Okradziony i pobity przy próbie zakupu roweru, powrócił do swych poprzednich zainteresowań. Nie przyszło mu to jednak zbyt łatwo, gdyż kilkakrotnie został oblany na egzaminach wstępnych do szkoły aktorskiej. Decyzję rada zawsze motywowała „kiepską fizjonomią”. 
 
Jednak Roman Polański zawsze miał szczęście do ludzi, którzy pomagali mu wyjść z opresji. W odpowiednim momencie w życiu Romana pojawił się Antoni Bohdziewicz, wykładowca łódzkiej „Filmówki”, który zobaczył Polańskiego w przedstawieniu „Syn pułku”. Przygodę z „Filmówką” Polański rozpoczynał, więc jako aktor w etiudach studenckich, szybko jednak złapał bakcyla reżyserskiego i sam zaczął kreować rzeczywistość.
 
Zresztą najlepszym materiałem na scenariusz filmowy jest sam Polański i jego bogate w przygody życie.  

Reklama