Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Piraci Delty Nigru

Autorzy: 
Sylwia Larson

Piractwo morskie ostatnimi czasy niemal wyłącznie kojarzy się z Somalią, a tymczasem proceder ten nie dość, że ma się świetnie, to jeszcze w niektórych rejonach świata wręcz kwitnie. Doskonałym przykładem jest Nigeria, a zwłaszcza rejon Zatoki Gwinejskiej (delta Nigru, porty w Lagosie, Port Harcourt, Bonny, Warri). Międzynarodowe Biuro Morskie (IMB) w raporcie dotyczącym częstotliwości występowania piractwa morskiego na świecie umieściło Nigerię w zeszłym roku na drugim miejscu, zaraz po Somalii.

Niektórzy uważają, że wody Zatoki Gwinejskiej są równie niebezpieczne jak Zatoki Adeńskiej, a może nawet i bardziej, ponieważ części ataków nie zgłasza się. Przyczyny bywają różne - obawa przed represjami, presja środowiska, czasem też w grę wchodzą problemy natury prawnej, ponieważ wg niektórych incydenty na wodach nigeryjskich to zwykłe rozboje, a nie akty piractwa. Jako podstawę prawną wskazuje się art. 100 i 101 konwencji o prawie morza z 1982 roku, które zawierają katalog czynów stanowiących piractwo popełnionych na morzu pełnym lub jakimkolwiek innym miejscu niepodlegającym jurysdykcji żadnego państwa, a takimi na pewno nie są wody terytorialne Nigerii. Organizacje takie jak Międzynarodowa Organizacja Morska (IMO) czy wspomniane już wcześniej Międzynarodowe Biuro Morskie (IMB) mimo to akty przemocy w delcie Nigru klasyfikują jako piractwo, a nie rozbój.

Skąd w ogóle problem piractwa w Nigerii? Bogata w ropę delta Nigru paradoksalnie stanowi jeden z najbiedniejszych regionów w kraju, a bezrobocie sięga tam nawet 90%. Jego skutki są liczne, a ludzie, głównie młodzi, wobec braku perspektyw angażują się w działania przestępcze takie jak naloty na platformy wiertnicze, porwania dla okupu, bunkering (kradzież paliwa podczas zaopatrywania w nie statku) czy piractwo właśnie. Kryzys w delcie Nigru łączy się z nierozerwalnie z nieustabilizowaną od lat sytuacją wewnątrz kraju związaną przede wszystkim z napięciami na linii zagraniczne koncerny ropy naftowej - mieszkańcy delty, działaniami rebeliantów, zorganizowanych grup przestępczych, konfliktem religijnym między muzułmańską północą kraju i chrześcijańskim południem i sporami etnicznymi.

Nieporozumienia między mieszkańcami delty Nigru i koncernami wydobywczymi rozpoczęły się właściwie już z chwilą pojawienia się tych ostatnich w regionie (pierwszy był Shell w 1956) i dotyczyły głównie kwestii wydobycia. Nigeryjczycy domagali się bardziej sprawiedliwego w ich opinii podziału zysków z eksportu ropy. Koncerny podnosiły, że podział jest sprawiedliwy i nie ma potrzeb go zmieniać, co w sumie było prawdą, ponieważ lwią część dochodów zajmował rząd centralny, a rozwiązania nie było widać. Pod naciskiem mieszkańców koncerny ustąpiły i zaczęły uruchamiać szereg programów mających uspokoić emocje. Programy polegały przede wszystkim na współfinansowaniu pomocy socjalnej i infrastruktury i na krótszą metę przyniosły zamierzony skutek, rychło jednak mieszkańcy powrócili do swoich wcześniejszych postulatów, a nawet je rozszerzyli. Novum okazały się kategoryczne żądania egzekwowania przepisów dotyczących ochrony środowiska, co zresztą wynikało ze stanu faktycznego – delta Nigru w latach osiemdziesiątych na skutek eksploatacji złóż ropy wyglądała zupełnie inaczej niż czterdzieści lat wcześniej. Zniszczenia środowiska naturalnego były znaczne i spowodowały spadek ilości ryb w delcie, braki czystej wody i zmniejszenie efektywności dotychczasowych upraw, w rezultacie czego mieszkańcy zostali zmuszeni do importu żywności. Do tego doszło jeszcze zanieczyszczenie powietrza różnymi metalami i sadzą, które powstają na wskutek spalania gazu. Problem dotyczył głównie ludności zamieszkującej region Ogoni w północno-wschodnim rejonie delty, która wobec niewystarczającej lub wycofanej pomocy ze strony koncernów i przy ich jednoczesnym braku reakcji na żądania poszanowania środowiska sięgnęła po bardziej skuteczne metody. Zaczęły się pikiety, manifestacje, demonstracje, blokady platform wiertniczych, uszkodzenia ropociągów.

Koncerny, a zwłaszcza współpracujący blisko z rządem Shell zwróciły się do władz o interwencję, rząd usłuchał i wysłał w rejon specjalne siły Police Mobile Force (PMF) stworzone do działań w sytuacjach kryzysowych w których policja nie może sobie poradzić. PMF jesienią 1990 roku dokonało pacyfikacji w Umuechem, podczas której zginęło 80 osób, a wiele zostało rannych. Zniszczono też prawie 500 domostw. W tym samym roku powstał Ruch na rzecz Przetrwania Ludu Ogoni (The Movement for the Survival of the Ogoni People, MOSOP), który niemal natychmiast skierował swoje żądania do rządu centralnego domagając się naprawy zaniedbań, poprawy sytuacji socjalnej, głównie w zakresie służby zdrowia i opieki społecznej, rozwiązania problemów z Shellem i zaprzestania marginalizacji regionu. Skończyło się tylko na obietnicach, a sytuacja stała się tak napięta, że niewiele było potrzeba do eskalacji konfliktu.

Taka okazja nadarzyła się już niebawem, ponieważ mieszkańcy Ogoni rozpoczęli ataki na instalacje Shella znajdujące się w pobliżu ich wiosek i nie zaprzestali ich mimo ostrzeżeń płynących z Abudży. Rząd wydał zakaz zgromadzeń publicznych, ale na niewiele się on zdał, ponieważ na początku 1993 roku doszło do masowych demonstracji (tzw. Dzień Ogoni obchodzony na pamiątkę tego wydarzenia 4.01 każdego roku). Ataków na instalacje nie zaprzestano, a na dodatek pobito jednego z pracowników Shella, wobec czego firma zaprzestała pracy i ewakuowała personel. Wydobycie ropy w regionie natychmiast zmalało, siły rządowe zareagowały brutalnymi represjami, których zwieńczeniem było schwytanie głównych przywódców Ruchu na rzecz Przetrwania Ludu Ogoni, w tym jego prezydenta Kena Saro-Wiwa i stracenie ich po popisowym procesie. To wystarczyło na jakiś czas do uspokojenia nastrojów wśród ludności Ogoni, ale bardzo szybko pojawiły się problemy z innymi miejscowymi plemionami, które utworzyły Ruch na Rzecz Wyzwolenia Delty Nigru (Movement for the Emancipation of the Niger Delta, MEND), którego postulaty są zbieżne z żądaniami ludności Ogoni. Stosuje też podobne metody i konsekwentnie rozszerza swój zakres działań (w zeszłym roku przeprowadzono dwa zamachy bombowe, w tym roku, póki co, jeden). Rozwiązania konfliktu mimo sporadycznego zawieszania broni nie widać z czego niewątpliwie cieszą się zarówno piraci, jak i zorganizowane gangi złodziei ropy grasujące w delcie.

Jeśli chodzi o Lagos, to początki piractwa w tym porcie sięgają połowy lat 70-tych ubiegłego wieku i związane są z kongestią panującą wtedy w porcie. Nigeria w tym czasie przeżywała boom gospodarczy i wykorzystując go rozbudowywała m.in. również miasto, które było już przeludnione (ostatecznie właśnie dlatego stolicę kraju przeniesiono później do Abudży). W celu maksymalnego wykorzystania czasu i pieniędzy zamówiono za granicą niezliczone ilości materiałów budowlanych przeznaczonych na rozbudowę Lagosu i dostarczenia ich na miejsce w ciągu roku. Nikt nie wziął albo nie chciał wziąć pod uwagę możliwości rozładunkowych portu, wobec czego ten bardzo szybko się zakorkował - w najbardziej krytycznym momencie w porcie stało i czekało na rozładunek nawet 500 statków, a za nimi bardzo szybko pojawili się piraci wietrzący w powietrzu znakomitą i, co istotniejsze, prostą okazję do wzbogacenia się. Do dziś w zasadzie niewiele się zmieniło, a kongestia raz na jakiś czas ku uciesze piratów daje o sobie przypomnieć. Podobnie sprawa wygląda w pozostałych portach - Port Harcourt, Bonny czy Warri.

Metody działania piratów nie zmieniły się na przestrzeni lat – nadal większość akcji podejmuje się w małej grupie, której liczebność rzadko kiedy przekracza 15 osób, najczęściej nocą, gdy osłabiona jest czujność załogi i zmniejszona widoczność (z tego też względu unika się ataków przy pełni księżyca). Napastnicy najpierw obserwują statek z niewielkiej odległości, następnie podpływają i za pomocą łańcucha kotłowniczego, drabiny lub lin z hakami dostają się na pokład i terroryzują załogę. Później następuje coś, co charakteryzuje piratów nigeryjskich i odróżnia od ich kolegów po fachu z Somalii – plądrowanie i ograbianie statku z wszelkich przedmiotów przedstawiających jakąkolwiek wartość włączając w to cumy i liny.

Jak więc widać sytuacja w delcie Nigru przedstawia się wyjątkowo zawile i niebezpiecznie, choć w skali całego kraju jest niewiele lepiej - nie na darmo Nigeria od lat znajduje się na liście państw upadłych i co roku odnotowuje na niej wątpliwej chwały awans. Słabość rządu centralnego (kontrolowanego przez Shell wg doniesień WikiLeaks z zeszłego roku ), wszechobecna korupcja, polityczna niestabilność, wszystko to sprawia, że nie zanosi się na zmiany i wybrzeże Nigerii jeszcze długo będzie nękane przez piratów, rebeliantów i zwykłych przestępców, a granica między nimi będzie bardzo cienka.
 

Reklama