Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Piętno zniewolenia

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Kamil Nadolski

Pomimo 400 lat handlu niewolnikami, w trakcie których z Afryki wywieziono ponad 50 mln osób, ludzkie życie wcale nie zyskało na wartości. Wręcz przeciwnie. Cena jednego spośród 5 mln niewolników, którzy żyją dziś na Czarnym Lądzie wynosi 1,5 dolara.

Jakkolwiek państwa afrykańskie w różnym czasie uzyskały niepodległość, niemal wszystkie mają za sobą doświadczenia kolonialne i związane z nimi praktyki niewolnicze. Niewolnictwo było zakorzenione w historię Czarnego Lądu już od starożytności, dlatego warto choć pobieżnie nakreślić sytuację Afrykanów w przeszłości.

Przez lata niezliczony czynnik ludzki, kolor skóry i poczucie wyższości, jakie towarzyszyło białemu człowiekowi sprawiały, że mieszkańcy żadnego innego kontynentu nie nadawali się tak dobrze na niewolników jak Afrykańczycy. Sven Linqvist, szwedzki pisarz i dziennikarz, zwraca w swoich pracach uwagę na niespotykany poziom pogardy, jaki towarzyszył kolonizatorom. Autochtonów traktowali jak zwierzęta, które zależy tępić lub eksploatować do granic możliwości. W swojej książce „Wytępić całe to bydło” zadał sobie nie lada trud, by wnikliwie prześledzić większość publikacji z XIX wieku na temat handlu niewolnikami. Od monografii naukowych, po polemiki, drukowane na łamach prasy.

Jedną z najbardziej dobitnych teorii jest opublikowane przez niego usprawiedliwienie, jakim posługiwali się Anglicy, Francuzi, czy Amerykanie, że „dopiero, gdy tubylec, służąc rasie wyższej, a więc dla jej korzyści i postępu, nauczy się wytwarzać jakiekolwiek wartości, otrzyma moralne prawo istnienia.”

Setki lat cierpienia...

Szacuje się, że w ciągu 400 lat handlu niewolnikami z Afryki wywieziono blisko 50 mln ludzi, choć okres ożywionego handlu przypada dopiero na lata 1700-1850. Handlarze niewolników wyludniali kontynent, skazując go na apatyczną wegetację. Nie było regulacji prawnych, które powstrzymywałby kolonizatorów przed zezwierzęceniem, dlatego w początkowej fazie eksploatacji kontynentu przedmiotowe traktowanie tubylców nie było w zasadzie traktowane jak przestępstwo.

Proceder handlu niewolnikami zapoczątkowali w XV w. Arabowie oraz Portugalczycy, dla których główną bazą stała się wyspa Goreé u wybrzeży Senegalu. W ciągu kolejnych stuleci dołączyli do nich Holendrzy, Francuzi, Brytyjczycy, Belgowie, Włosi, Niemcy i Amerykanie. Najbardziej znane ośrodki handlu niewolnikami, oprócz wspomnianej wyspy Goreé, to port Tassot w Gwinei, Benin, Akra w Ghanie, Kongo, czy Zanzibar na terenie dzisiejszej Tanzanii. Cały pas wybrzeża Afryki Zachodniej nosił nawet nazwę Wybrzeża Niewolników.

Biały człowiek pozostawił w spadku czarnoskórym tubylcom jeszcze jeden, niezwykle uciążliwy „prezent” - rasizm. Nawet czarni mieszkańcy Afryki czują się lepsi od innych, gdy odcień ich skóry jest jaśniejszy od pozostałych. Ryszard Kapuściński pisał wręcz o terrorze koloru, gdzie miejsce w towarzystwie i hierarchii społecznej, uzależnione jest od normy zawartości pigmentu. Trwał on od czasu, gdy na kontynencie pojawił się biały człowiek. Początkowo objawiał się walką i nienawiścią – silniejsi atakowali inne plemiona i sprzedawali je białym jako niewolników, dziś stanowi prawo do usprawiedliwiania wszelkich konfliktów.
Likwidacja niewolnictwa stała się przedmiotem uregulowań prawnych dopiero w XX wieku. W 1926 r. z inicjatywy Ligi Narodów zawarto konwencję zobowiązującą państwa do zwalczania handlu niewolnikami. Po II wojnie światowej zakaz pojawił się w Deklaracji Praw Człowieka (ONZ) z 1948 r., Europejskiej Konwencji Praw Człowieka (Rady Europy) z 1950 r. oraz Paktach Praw Człowieka (ONZ) z 1966 r.

Hańba XXI wieku

Jednak mimo sankcji prawnych proceder handlu ludźmi, niewolniczej eksploatacji, pracy przymusowej i innych sposobów przymusowego wykorzystywania ludzi, którzy są praktycznie pozbawieni osobistej wolności, występują na różną skalę w wielu regionach i państwach świata do dziś. Świadczą o tym ponawiane rezolucje i umowy międzynarodowe potępiające te praktyki i nakazujące ich zwalczanie. Dziś nie istnieje w Afryce kraj, który nie zmagał by się z problemem handlu ludźmi.
Skala tego zjawiska w XXI wieku jest ogromna. Według amerykańskiej organizacji Free the Slaves na całym świecie żyje 27 mln niewolników, z czego 5 mln w Afryce. Liczba ta utrzymuje się na podobnym poziomie od 10 lat. Co jakiś czas organizacje charytatywne wykupują z rąk porywaczy, niewolników, gdyż tylko w taki sposób mogą uratować im życie.

Tylko w ciągu drugiego półrocza 2001 r. aktywiści organizacji humanitarnych odkupili od arabskich handlarzy 14,5 tys. sudańskich niewolników. Przy ONZ funkcjonuje nawet Urząd Specjalnego Sprawozdawcy ds. Współczesnych Form Niewolnictwa, który zdaje raporty z poszczególnych krajów. Podczas jednej z ostatnich wypraw do Afryki, w październiku 2009 r. stwierdzono duże nieprawidłowości w kwestii ochrony praw człowieka. W Mauretanii, kraju, gdzie niewolnictwo istniało jeszcze w 1980 r., dopiero od 2007 r. jest ono zabronione prawnie.

Przerażający jest również fakt na ile wyceniane jest ludzkie życie. Jeszcze 200 lat temu koszt dobrego niewolnika w Ameryce równał się kwocie 1000 dolarów (to równowartość dzisiejszych 38-40 tys. dolarów). W Afryce taka kwota to majątek. Dziś niewolnika w Mali można kupić za 40 dolarów, zaś w Sudanie kobietę lub dziecko za... 1,5 dolara. Ryszard Kapuściński pisał o Senegambii (konfederacja Senegalu i Gambii w latach 1982-89), gdzie jeden zdrowy koń wart był 12 niewolników.

Handel ludźmi w Afryce to według wielu społeczeństw szansa na przeżycie. Niewolnikami zostają najbiedniejsi Afrykanie, których nie stać na migrację – zarówno w aspekcie finansowych, jak i psychologicznym. Niejednokrotnie oddają Arabom dzieci, namówieni przez nich, podczas zapewnień, że ci znajdą im dobrą szkołę i pracę. Zdarza się także, że ludzie sami oddają się w niewolę za długi, gdyż nie stać ich na spłacenie zaciągniętych pożyczek.

Armie pełne dzieci

Innym problemem powiązanym z handlem niewolnikami jest udział dzieci we wszystkich konfliktach Czarnego Lądu. W 80% przypadków, zanim dziecko zostało zmuszone do walki, został najpierw uprowadzone.

Spośród 200 tys. dzieci walczących w Afryce w latach 90., 30 tys. walczyło w Zairze. W roku 1997 liczba ta wzrosła już do 300 tys. Jeden z misjonarzy, służący wówczas w Kongu, tak opisywał nastoletnich wojowników: „Kilkunastoletnich chłopców łatwo nauczyć obsługi broni. Wmawia się im, że obowiązuje jedno prawo: albo ty zabijesz, albo ciebie zabiją. Dzieci są żołnierzami, którymi łatwo kierować. Robią, co im się każe, nie dezerterują, nie reklamują żołdu, są zwinne i dobrze strzelają. Wiedzą, że trzeba strzelać w serce lub głowę. W czasie bitwy ustawia się ich na pierwszej linii. To oni oczyszczają zaminowane pola. Zawodowi żołnierze i najemnicy idą za nimi. Gdy nie wykonają rozkazu, otrzymują chłostę. Świetnie nadają się na wywiadowców, bo doskonale mieszają się z ludnością cywilną. Wywodzą się z biednych rodzin, często są sierotami, nie mają żadnego wykształcenia. W armii znajdują zajęcie, pożywienie i ubranie. Kiedy giną w walce, nikt po nich nie płacze, nie pozostawiają po sobie wdów i sierot. Spacerują z bronią jak z zabawką. Dostając karabiny i mundur czują się ważni...” Czytając ten opis nie sposób nie odnieść wrażenia, że doskonale obrazuje sytuację dzieci-żołnierzy na całym świecie. 

Dzieci walczyły we wszystkich wojnach w Afryce, choć w największej ilości dało się je odnotować w Angoli, Burundi, Demokratycznej Republice Konga, Etiopii, Gwinei-Bissau, Liberii, Namibii, Sierra Leone, Somalii, Ruandzie i Ugandzie. Walczą nie tylko u boku oddziałów partyzanckich, lecz również regularnych armii państwowych.

W 1990 r. urząd prezydenta Sierra Leone został zdyskredytowany z powodu rozpowszechnienia informacji prasowej na temat setek bądź tysięcy dzieci wywiezionych z kraju, głównie do Libanu, na niewolnicze kontrakty.

Gdzie nie walczą z bronią w ręku, używają noży jako bandyci lub zmuszane są do prac i usług na potrzeby armii, przemycają, szpiegują, sprzątają i gotują. Opowieści o tym jakie okrucieństwa wyrządzane są dzieciom, a także o tym, że dzieci potrafią być okrutniejsze od dorosłych, krążą wśród ludzi, którzy choć raz zetknęli się z tym problemem. Mali żołnierze są bardziej podatni na manipulacje niż dorośli, są zazwyczaj bardziej zdyscyplinowani i karni, stając się szybko niebezpiecznym narzędziem w rękach dowódców.

Charakterystyczny jest dramat dzieci przebywających w więzieniach Ruandy. Pomimo ogromnej pomocy ONZ i milionów dolarów wydanych przez UNICEF, warunki ich życia są szczególnie trudne. Jedzą raz dziennie. Mają do dyspozycji tylko prymitywne środki czystości, nie mogąc przespacerować się nawet po więziennym podwórzu. Według ONZ tylko w 21 ruandyjskich więzieniach przebywa ponad 3000 dzieci poniżej 15 roku życia, zajmując cele razem z dorosłymi.

Trudne powroty do normalności.

Zimą 2001 r. UNICEF przejęła grupę ponad 150 dzieci z terenu Ugandy, które pochodziły z Konga. Dzieci w wieku 9-17 lat odnaleziono w obozie wojskowym. Cała grupa liczyła 700 osób, którą drogą lotniczą przerzucono do Ugandy, by tam poddać ich przymusowej „edukacji politycznej”. Dzieci walczące w Kongu do dziś powracają do domów. Tylko w latach 2008-2010 zorganizowano bezpieczny powrót dla 1570 z nich. W tym kontekście pojawia się pytanie, jakie są szanse niedopuszczenia dzieci znajdujących się pod opieką UNICEF do powrotu na fronty kongijskiej wojny domowej. Może się okazać, że dla dzieci, które utraciły rodziców, nie mających opieki, ani możliwości podjęcia nauki, jedynym zajęciem może pozostać znana im walka i wojna.

O stałej aktualności problemu świadczy również konferencja w Maputo (Mozambik) z 1999 r., na której wydano deklarację, potępiającą wykorzystywanie dzieci w charakterze żołnierzy. Jej uczestnicy uznali za niedopuszczalny fakt, by ktokolwiek poniżej 18 roku życia, mógł brać udział w konfliktach zbrojnych. Dwa lata wcześniej, w 1997 r., siedem organizacji humanitarnych (Amnesty International, Human Right Watch, Save the Children, Terre des Hommes, Quaker United Nations Office, Defence for Children International, Jesuit Refuge Service) utworzyło Koalicję przeciwko Wykorzystywaniu Dzieci na Wojnie, ściśle współpracującą m.in. z OBWE.

Handel ludźmi od zawsze związany był z brakiem szacunku dla ludzkiego życia. W Afryce, gdzie bieda i nędza zmusza miliony ludzi do podjęcia jakiś działań, handlarze niewolnikami wyjątkowo gorliwie wyłapują osoby, które nie są w stanie samemu zapewnić sobie podstawowego bytu. Niestety, rządy wielu krajów, nie mogąc sobie poradzić z własną gospodarką, nie wiele robią w kierunku zapobiegania temu procederowi.

Nawet organizacje humanitarne mają utrudnione zadanie, gdyż nie wszędzie mogą dotrzeć. Do tego dochodzi problem dzieci w Afryce i ich udział w wielu konfliktach. Podczas walk nikt nie patrzy na straty ludzkie, liczy się zwycięstwo, nawet jeśli giną najmłodsi. Takie postrzeganie świata, sprawia, że Afryka jest na ostatnim miejscu na świecie, jeśli chodzi o przestrzeganie praw człowieka.
 

Autor jest dziennikarzem prasowym. Z wykształcenia absolwent politologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej i historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Od kilku lat publikuje na łamach polskich i zagranicznych mediów, zajmując się m.in. problemami krajów afrykańskich

Reklama