Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Obniżenie ratingu amerykańskiej gospodarki, czyli kłótnie w chimerykańskiej rodzinie

Autorzy: 
Stanisław A. Niewiński

Na początku sierpnia bieżącego roku agencja ratingowa Standard&Poor’s zdecydowała się zmienić ocenę amerykańskiej zdolności kredytowej. Agencja obniżyła ją z poziomu AAA (najwyższego) do AA+. Informacja ta wywołała szok w globalnej gospodarce. Giełdy na całym świecie zanotowały spadki nawet o ponad 5%. Spadek kursu zanotował dolar, natomiast gwałtownie w górę poszybował kurs franka szwajcarskiego. Ekonomiści na całym świecie bili na alarm. Pojawiają się aluzje, że decyzja agencji Standard&Poor’s jest początkiem drugiej fali światowego kryzysu. Politycy – głównie europejscy – starali się umiarkowanie komentować toczące się wydarzenia. Bardzo istotna w tym kontekście wydaje się być ostra reakcja władz Chin, które były bardzo zaniepokojone zaistniałą sytuacją.

Stwierdzenie, że relacje Waszyngtonu i Pekinu są bardzo złożone można uznać za frazes. Stany Zjednoczone i Chiny są mocarstwami, są potęgami ekonomicznymi. Stany Zjednoczone nadal dzierżą niepodzielnie tytuł pierwszej gospodarki globu. Jednakże Chiny nie próżnują w imperialnym wyścigu. W ubiegłym roku Państwo Środka awansowało na pozycję drugiej gospodarki świata, wyprzedzając tym samym Japonię – swego głównego regionalnego rywala. Stały się także pierwszym eksporterem na świecie, odbierając ten tytuł Niemcom. W osiągnięciu powyższych tytułów pomogło Chinom, oprócz potencjału demograficznego oraz nadal znacznie tańszej siły roboczej, sztuczne zaniżanie kursu swojej waluty - yuana. Wielu ekonomistów twierdzi, że prędzej czy później Chiny prześcigną USA pod względem ekonomicznym. Niektórzy nawet podają konkretne terminy, kiedy ma to nastąpić. Analitycy banku inwestycyjnego Goldman Sachs prognozują, iż może to nastąpić w roku 2027. Inny pogląd wyrażają specjaliści MFW, którzy twierdzą, że Chiny mogą stać się pierwszą gospodarką globu nawet w roku 2016.

Oba kraje są potęgami militarnymi. Naturalnie w tej dziedzinie Chiny nadal pozostają daleko za USA. Niemniej prężnie rozwijają swoje siły zbrojne. Świadczą o tym ostatnie inwestycje Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. W styczniu obecnego roku do publicznej wiadomości przedostała się informacja o tym, że Chiny posiadają samolot w technologii stealth. Jest nim myśliwiec Chengdu J-20. W sierpniu na wody wypłynął pierwszy chiński lotniskowiec, choć trudno na chwilę obecną określić go mianem realnego wzmocnienia chińskiej marynarki (jest to wyremontowany i zmodernizowany okręt radziecki, zakupiony od Ukrainy).

Wraz ze wzrostem potencjału ekonomicznego i wojskowego, Chiny prowadzą coraz bardziej asertywną politykę międzynarodową. Jeszcze kilka lat temu Stany Zjednoczone samotnie sprawowały funkcję „światowego żandarma”. Dziś już nie sposób podejmować decyzji odnośnie globalnego kryzysu ekonomicznego, bądź sporów na Półwyspie Koreańskim, bez udziału Państwa Środka. Chiny stają się powoli wzorem dla państw rozwijających się. Coraz częściej daje się słyszeć głosy, że „konsensus pekiński” – model rozwoju praktykowany w Chinach, charakteryzujący się syntezą autorytarnego państwa i państwowo korygowanego kapitalizmu – jest alternatywą dla zachodniego „demoliberalizmu”. Stany Zjednoczone obawiając się wzrostu potęgi Pekinu szukają sojuszników wśród jego sąsiadów. Podczas zeszłorocznego szczytu NATO w Lizbonie zaoferowano Rosji udział w tworzeniu systemu obrony przeciwrakietowej. Prezydent Barack Obama podczas swojego pobytu w Indiach przekonywał miejscowe elity polityczne do zacieśnienia współpracy z USA. Pojawia się pytanie o przyszłość relacji amerykańsko-chińskich. Czy charakteryzować się będą rosnącą liczbą konfliktów? Historia uczy nas, że niemal zawsze dochodziło do konfrontacji pomiędzy mocarstwem starym, a nowym. Wystarczy przypomnieć chociażby rywalizację pomiędzy Francją i Wielką Brytanią, która znalazła jedno ze swoich rozstrzygnięć na polach bitew XVIII-wiecznej wojny siedmioletniej, czy Wielkiej Brytanii i Niemiec znajdującej swój finał podczas I i II wojny światowej. Często przewijającym się przez myśl geopolityczną motywem jest stworzona przez H. J. Mackinder’a koncepcja rywalizacji pomiędzy tallasokracją (potęgą morską, którą jest USA) oraz tellurokracją (potęgą lądową, czyli Chinami). Czy i w tym wypadku historia się powtórzy?

Waszyngton i Pekin niewątpliwie ze sobą rywalizują. Niemniej to tylko jeden z obrazów przedstawiających relacje chińsko-amerykańskie. Żyjemy w świecie coraz bardziej zglobalizowanym. Zależności pomiędzy gospodarkami poszczególnych krajów stale rosną. Co zrozumiałe podobne procesy zachodzą także w wypadku powiązań pomiędzy dwiema największymi gospodarkami dzisiejszego świata. Stany Zjednoczone i Chiny są pod wieloma względami konkurentami. Niemniej oba państwa są sobie także wzajemnie potrzebne. Chiny podczas swojego trwającego czwartą dekadę bujnego rozwoju ekonomicznego zgromadziły wielkie zasoby kapitału. Sporą ich część inwestują u siebie, ale bardzo dużo wysyłają także za granicę. Bardzo ważnym tego elementem jest wykupywanie obligacji, głównie amerykańskich. Właśnie Chiny w znacznym stopniu sfinansowały niepohamowaną konsumpcję Amerykanów w latach poprzedzających krach z 2008 roku. Chiny są największym amerykańskim pożyczkodawcą. W interesie Stanów Zjednoczonych leży, aby nadal inwestowały w ich obligacje. Rezerwy walutowe Chin liczą już 3 biliony dolarów. W znacznym stopniu są one denominowane w walucie amerykańskiej. Kłopoty Stanów Zjednoczonych szybko przenoszą się na spadek kursu ich waluty. Spadająca wartość amerykańskiego dolara oznacza topnienie chińskich rezerw walutowych. Gdy świat dowiedział się o obniżeniu ratingu amerykańskiej gospodarki, Chiny zareagowały bardzo ostro. Media w Państwie Środka stwierdziły, że „Waszyngton uderza w gospodarki rozwijające się, w tym chińską”. Agencja Xinhua zwraca uwagę na uzależnienie się społeczeństwa amerykańskiego od życia na kredyt. Chinom nie zależy na pogłębianiu się kłopotów Ameryki. Rozwój chińskiej ekonomii opiera się w znacznym stopniu na eksporcie. Naturalnie bardzo istotnym dla chińskiej gospodarki rynkiem zbytu są Stany Zjednoczone. Pogłębianie się kryzysu oznacza spadek konsumpcji wśród Amerykanów. Skutki takiego obrotu spraw byłyby bardzo negatywne dla eksportu Państwa Środka. Władze Chin bardzo obawiają się zawirowań gospodarczych. Pogorszenie się stopy życiowej w Chinach może się zakończyć protestami podobnymi do tych, które przewijają się obecnie przez świat arabski. Chiny obecnie borykają się z wysoką inflacją. Szacuje się, że w ubiegłym roku wzrost cen żywności wyniósł 10,3%. Dla w większości nadal ubogiego społeczeństwa Chin stanowi to spory problem. Ewentualne załamanie się eksportu mogłoby mieć fatalne konsekwencje dla stabilności politycznej Państwa Środka. Taka sytuacja raczej nie zostałaby przyjęta z entuzjazmem w Stanach Zjednoczonych. Pomijając kwestię amerykańskiego zadłużenia warto pamiętać, że współczesne Chiny są „fabryką świata”. Swoje zakłady produkcyjne posiadają tam najważniejsze koncerny globu. Oczywiście są wśród nich firmy amerykańskie. Korzystają ze znacznie tańszej niż u siebie siły roboczej. W warunkach zaburzenia stabilności politycznej w Chinach, inwestycje zagranicznych korporacji mogą stać się mniej opłacalne. Dzięki tym rozlicznym współzależnościom zachodzącym pomiędzy dwiema największymi gospodarkami świata, historyk Niall Ferguson stwierdził, że obu państwom należałoby nadać wspólną nazwę – Chimeryka.

Przewidzenie rozwoju stosunków chińsko-amerykańskich jest naturalnie rzeczą trudną. Wydaje się jednak, że w najbliższym czasie obie potęgi będą skazane na współpracę. Chiny nadal będą wykupywać amerykańskie obligacje oraz czerpać zyski z powiązań handlowych. Pomimo obniżenia ratingu gospodarka USA wydaje się powoli wychodzić z kryzysu. W ubiegłym roku amerykański PKB wzrósł o 2,8%. Jest to całkiem dobry wynik w porównaniu z liczącym 2,6% spadkiem z roku 2009. Konsumpcja wzrosła o 4%. To wspaniała wiadomość dla chińskich eksporterów.

Mimo wszystko chińscy przywódcy zdają sobie sprawę, że zbytnie uzależnienie się od USA może mieć w przyszłości fatalne skutki dla Chin. Obecni przewodniczący ChRL Hu Jintao oraz premier Wen Jiabao działają na rzecz wzmocnienia roli rynku wewnętrznego w chińskiej gospodarce. Szacuje się, że w Chinach mieszka już około 200 mln ludzi należących do klasy średniej. Ich potrzeby konsumenckie są coraz większe. Robert Fogel, laureat Nagrody Nobla, przewiduje, że w 2040 roku statystyczny Chińczyk będzie dwukrotnie bogatszy od przeciętnego mieszkańca Europy. Władze Państwa Środka zastanawiają się także nad inwestowaniem w euro. Wobec słabnięcia dolara rozwiązanie to stanowi kuszącą alternatywę, choć pogłębiające się trudności finansowe państw eurogrupy mogą skutecznie odstraszyć Chińczyków od unijnej waluty. Państwo Środka aby się prężnie rozwijać potrzebuje dostępu do surowców energetycznych. Nie jest w tym zapotrzebowaniu odosobnione – identycznie wygląda sytuacja Stanów Zjednoczonych oraz wielu innych państw. Waszyngton będzie zapewne usiłował podkopać pozycję Pekinu, usiłując skłócić go ze swymi sąsiadami m.in. z Rosją, Japonią oraz Indiami. Rywalizacja wielkich potęg może narastać.

Przyszłość pokaże, jak potoczą się zawiłości relacji amerykańsko-chińskich. Czy staną się one kopią rywalizacji wielkich potęg z przeszłości? Być może łańcuch w postaci gospodarczych powiązań wynikających z globalizacji zmusi te państwa do poszukiwania jakiegoś modelu współistnienia i kooperacji.
 

Reklama