Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Nowa nadzieja Iworyjczyków

Autorzy: 
Łukasz Gołąbiowski

Lata świetność Wybrzeże Kości Słoniowej ma już dawno za sobą. Pomimo faktu iż wciąż pozostają światowym liderem w produkcji kakao czy choćby tego iż jak na standardy afrykańskie mają niesamowicie rozbudowaną infrastrukturę w obliczu rozbicia kraju trwającego od momentu wybuchu wojny domowej z lat 2002-2007 nadzieje na odbudowania pozycji w regionie były znikome. Wszystko mogło ulec zmianie już 31 października, kiedy to Iworyjczycy po raz pierwszy od dekady poszli do urn wyborczych aby wybrać swojego nowego prezydenta. Czy cokolwiek jednak się zmieniło?

Lata fałszywego spokoju

Wojna domowa podzieliła kraj na część północną która znajduje się pod rządami rebeliantów oraz część południową nad którą państwo zachowało kontrolę. Choć natężenie walk było znikome, głównie za sprawą ustanowionej linii rozejmu której pilnują jednostki ONZ, scenie politycznej daleko przez te lata było do stabilizacji. Poprzednie wybory prezydenckie przeprowadzono w roku 2000 – ostatecznie wygrał je Laurent Gbagbo, odbierając władzę Robertowi Guéi, który rok wcześniej przeprowadził zamach stanu. Od tego momentu nieustannie przez 10 lat piastował urząd prezydencki, choć formalnie jego kadencja wygasała w roku 2005 – skomplikowana sytuacja w kraju nie pozwoliła jednak na przeprowadzenie ważnych wyborów, co zresztą sam potwierdził ówczesny sekretarz generalny ONZ – Kofi Annan. Kilkukrotnie rozwiązywał w późniejszych latach parlament, aby nie dopuścić do normalnej elekcji, w obawie o zamieszki jakie mogłyby wybuchnąć w kraju. W tych wyborach ubiegać miał się o reelekcję – tym razem już z wyboru ludu. W rozpoczętej na początku października kampanii stanęło naprzeciwko niego 13 innych kandydatów – komentatorzy nie mieli jednak wątpliwości, że jedynie dwóch z nich może stanowić realne zagrożenie dla Gbagbo.

Stare-nowe twarze

Pierwszym z nich był 76-letni Henri Konan Bedie – piastujący funkcję prezydenta w latach 93-95 (jako zastępca zmarłego w trakcie kadencji Felixa Houphouet-Boigny'a) oraz 95-99 kiedy to nie mając żadnego kontrkandydata otrzymał 96% głosów. Większości obywateli WKS jego rządy kojarzą się z niebotycznych rozmiarów korupcją a także tym, że musiał salwować się ucieczką z kraju, kiedy to Guei przeprowadzał zamach stanu. Do kraju wrócił dopiero po 6 latach.
Drugim zagrożeniem dla prezydenta miał być jest Alassane Ouattara, były premier, który już wcześniej próbował swoich sił w wyścigu o prezydenturę – ostatecznie postanowił jednak zbojkotować wybory z roku '95.

W sondażach przedwyborczych prowadził Gbagbo wspierany głównie przez zachodnią część Wybrzeża, jego przewaga na tą dwójką była jednak nie wielka. Ouattara jest od zawsze wyjątkowo popularny na północy kraju, zaś Bedie jest niekwestionowanym liderem na wschodzie i w centrum. 28 października odbyć miała się 90 minutowa debata telewizyjna pomiędzy kandydatami, Bedie nie wziął w niej udziału – uważał, że jego kampanijne spoty zostały w części ocenzurowane przez publiczne media i chciał wyrazić w ten sposób swój protest. Ouattara ani Gbagbo także się nie pojawili, co stwarzyło możliwość zyskania kilku procent dla pozostałych 11 kandydatów, którzy potwierdzili swoją obecność. W efekcie końcowym okazało się, że na niewiele im się to zdało.

Bezpiecznie ... do czasu?

Poza wspomnianymi aktami cenzury, kampania przebiegała nad wyraz spokojnie. Bez wątpienia to w głównej mierze zasługa szefa sztabu generalnego, generała Philippe'a Mangou, który sprawnie kieruje pilnującą porządku armią. W swoich wielokrotnych wystąpieniach zapewniał rodaków że wojsko zapewni im stuprocentowe bezpieczeństwo bez względu na to na kogo będą głosować zachęcający tym samym do jak najwyższej frekwencji. Prawdziwą próbą dla armii miał być jednak dzień po wyborach. Obojętnie kto by nie wygrał, zamieszki były praktycznie pewne. Tym trudniejsza miała być rola nowego prezydenta ktokolwiek wygra miał stanąć przed tym samym wyzwaniem, prawdopodobnie najtrudniejszym w ich politycznych karierach. Ponownym zjednoczeniu państwa, co okazało się jeszcze trudniejsze niż można by się spodziewać.

Powrót do przeszłości

Faktycznie sam dzień wyborów przebiegł w pokojowej atmosferze. W powietrzu czuć było napięcie, jednak związane one było bardziej z niecierpliwością Iworyjczyków na otwarcie lokalów wyborczych. Widać było to chociaż po fakcie iż kilometrowe kolejki do urn ustawiały się już od 5 rano – na 2 godziny przed początkiem głosowania. Wstępną frekwencję do godziny 12:00 oszacowano na około 70%, co okazało się wynikiem lepszym o 15 punktów procentowych niż podczas wyborów w 2000 roku. Trzej główni kandydaci swoje głosy oddawali w Abidjan w dzielnicy Cocody, każdy podkreślając jak ważny to dzień dla całego kraju, jednocześnie wyrażając swoją radość z tego iż demokracja wróciła na Wybrzeże.

Zgodnie z konstytucją komisja wyborcza ma 3 dni na ogłoszenie wyników, tym razem zapowiedziano jednak iż wyniki ukażą się znacznie szybciej. Większość Iworyjczyków, zaraz po oddaniu głosu wracała prędko do domu i siadała przed telewizorem aby śledzić na bieżąco doniesienia – ruch na ulicach praktycznie całkowicie zamarł. Wstępne wyniki z 1% lokalów (w większości ze stolicy) ogłoszono jeszcze tego samego wieczoru. Według nich Ouattara zyskał blisko 50% (51% dawało automatyczne zwycięstwo w pierwszej turze), urzędujący Gbagbo 33% a Bedie 12%. Wyniki oczywiście były mało reprezentatywne, co w swoim wystąpieniu wielokrotnie powtarzał przewodniczący komisji Bakayoko, jednak nie powstrzymało to mediów od rozsiewania licznych plotek i snucia wszelakich spekulacji. Ostateczną frekwencję wyliczono na oszałamiającą liczbę 85% uprawnionych. Kolejne wyniki, tym razem z 40% lokalów, ogłoszono kilkanaście godzin później. Zmiany w rozłożeniach głosów było znaczne – Gbagbo 37%, Ouattara 35%, Bedie 27%. Wraz z wynikami, w mediach zaczęły pojawiać się przecieki jakoby członkowie komisji mieli nie zdąrzyć z liczeniem głosów do środy, co wywołało w społeczeństwie ogromne poruszenie. Wszyscy kandydaci, a także znani iworyjscy piłkarze – Didier Drogba i Yaya Toure, apelowali o spokój, kiedy jednak zaczęły pojawiać się doniesienia o aresztowaniach ludzi z partii opozycyjnych, już było wiadomo że zamieszki prawdopodobnie lada chwila wybuchną, mimo tego że generał Mangou kategorycznie zaprzeczał jakimikolwiek aresztowaniom.

Cud nad Komoé

Wbrew medialnym zapowiedziom, komisja jednak zdąrzyła z liczeniem głosów. Na dosłownie kilka minut przed północą ze środy na czwartek, przewodniczący Bakayoko odczytał finalne wyniki. Zgodnie z nimi dojść miało do drugiej tury z udziałem dwóch liderów – Gbagbo zyskał 38,03% głosów, Ouattara 32,08&, zaś Bedie na trzecim miejscu zakończył swój udział z 25,24%. W mediach rozpętała się kolejna burza spekulacji, choć emocje w społeczeństwie nieco opadły. Zakładano, że Bedie – choć mocno rozczarowany – odda swoje głosy Ouattarze, co powinno w zupełności wystarczyć do pokonania urzędującego prezydenta. Z przebiegu pierwszej tury, w żaden sposób nie można było przewidzieć tego, jaki chaos rozpęta się na Wybrzeżu już za kilka dni.

Wybrzeże Krwawych Starć

Termin drugiej tury ustalono na 28 listopada. Kampanie obydwu kandydatów przebiegały wciąż spokojnie i choć wrogie nastawienie dwóch obozów było aż nad wyraz widoczne, nikt nie ważył się użyć wobec rywali siły. Bańka pękła jednak w dniu wyborów – przed lokalami wyborczymi dochodziło do spięć między wyborcami, bójek, kilkukrotnie interweniować musiało wojsko. W wyniku utarczego było kilkudziesięciu rannych oraz bliżej nie określona liczba zabitych, sytuacje udało się jednak utrzymać w ryzach. Mimo całego zamieszania, frekwencja wciąż pozostała wysoka, choć nieznacznie spadła w porównaniu do pierwszej tury. Wyniki miały zostać ogłoszone we wtorek, tym razem jednak komisja ich nie ogłosiła. Komunikat o przedłużeniu liczenia głosów poprzedziło wystąpienie Gbagbo, który zapowiedział że jakiekolwiek wyniki nie będą, zbojkotuje je, ze względu na to, iż północna część kraju (tam gdzie pewną pozycję miał Ouattara) z pewnością sfałszowała wysłane karty głosowania. Niedługo po tym, pojawiają się także plotki o tym jakoby wojsko miało się zbierać w okół siedziby centralnej komisji wyborczej, co rozpaliło dodatkowe emocje w już i tak napiętej sytuacji. Obóz Ouattary, od samego początku zarzucił Gbagbo wywieranie nacisku na komisję i w słowach Mabri Touakeuse zaapelował do prezydenta aby „Oderwał się od koryta i zaakceptował swoją porażkę”.

Dzień później było jeszcze gorzej. Uzbrojone oddziały (nieoznakowane, prawdpodobnie wojsko) wkroczyły do siedziby RHDP (partia Ouattary) w Yopougon i otworzyły ogień do znajdujących się w środku 50 ludzi, raniąc śmiertelnie kilka osób.

Gbagbo odciął się od jakichkolwiek związków z tą sytuacją, apelując jednocześnie o anulowanie głosów z północy. Obserwatorzy wysłani przez Unię Europejską, Unię Afrykańską oraz ECOWAS zapewniali jednak publicznie, że całe głosowanie i liczenie głosów tam przebiegło uczciwie.
Wraz z co raz częstszą i liczniejszą obecnością wojsk na ulicach, na Iworyjczyków padł blady strach – zapowiadało się na to, że sytuacja będzie tylko gorsza.

Afrykańska Białoruś

Wyniki w końcu ogłoszono. Bakayoko przed obiektywami kamer, bez zbytniego entuzjazmu ogłosił, iż Ouattara zwyciężył zyskując 54,1%. Gbagbo z 45,9% głosów zajął drugą lokatę. Zastrzegł jednak, że wyniki muszą zostać jeszcze zweryfikowane i przeliczone raz jeszcze. Mało kto spodziewał się, że komisja w której większość ludzi była z obozu Gbagbo ogłosi iż ich lider przegra, zwłaszcza po tym jak odwlekano ogłoszenie finalnego rezultatu. Jednak to, że sytuacja w końcu się wyjaśniła, nie uspokoiło sytuacji. Wojsko zamknęło granice kraju, wstrzymano także ruch powietrzny, pojawiły się także plotki jakoby północ kraju miała wywołać kolejną rebelię jeśli Gbagbo nie będzie chciał ustąpić.

Ouattara już w kilkanaście minut po ogłoszeniu tych wyników otrzymał telefon z gratulacjami od Obamy, Barroso oraz wielu innych przywódców światowych. Apelowano także, aby ustępujący prezydent nie robił problemów i złożył urząd w ręce kontrkandydata. Ten jednak nie chciał o tym słyszeć, póki komisja nie przeliczy ponownie głosów. Wyniki tego przeliczenia podano 4 grudnia – komisja zgodnie z sugestiami Gbagbo anulowała głosy z północy. Tym samym przyznano zwycięstwo urzędującemu prezydentowi. Od razu po tym, wybuchło ogromne zamieszanie w kraju – na północy kraju niemalże w tym samym momencie wybuchła rebelia, w wyniku której zajęto wszystkie rządowe budynki na tej części Wybrzeża. Dodatkowo ONZ oraz IMF zapowiedziały, że zawieszą współpracę z Wybrzeżem Kości Słoniowej jeśli Gbagbo nie ustąpi. Było to poważne zagrożenie, bo bez ich wsparcia obiecana odbudowa kraju nie byłaby możliwa. Nie zrobiło to jednak większego wrażenia na prezydencie, który już kolejnego dnia urządził oficjalną ceremonię zaprzysiężenia na której obiecał „bronić demokracji, wolności i konstytucji”. Równolegle do niej, Ouattara – powszechnie już uznawany za prawowitego zwycięzcę – zorganizował własną uroczystość, na której ponownie wezwał rywala do ustąpienia.

Także równocześnie, oboje polityków mianowało swoich premierów a wraz z nimi rządy. Ouattara stanowisko pierwszego ministra wręczył Soro Guillaume'ie (byłemu przywódcy rebeliantów z północy, który przez chwilę był premierem w rządzie utworzonym przez Gbagbo), zaś Gbagbo na tę funkcję wyznaczył Akę N'Gbo.

Martwy punkt

Wraz z nominacjami na Wybrzeże Kości Słoniowej spadły pierwsze sankcje – ECOWAS postanowił zawiesić państwo w prawach członkowskich. W Radzie Bezpieczeństwa ONZ za nałożeniem sankcji były USA, Wielka Brytania oraz Francja, jednak veta Rosji oraz Chin zablokowały rezolucję. Uznanie Ouattary za prawowitego prezydenta udało się jednak przegłosować. Wraz z ONZ oficjalnego poparcia udzieliły mu także Unia Afrykańska. Do akcji protestacyjnej włączyła się także Amnesty International w obawie o to iż lada chwila dojdzie do masakr ludności i torturowania opozycji. Nic i nikt jednak nie był w stanie (i wciąż nie jest) nakłonić Laurent'a Gbagbo do rezygnacji. Nie pomogły nawet nałożone „sankcje inteligentne” przez Unię Europejską oraz USA. Także i protesty wewnątrz kraju nie pomagają – ofiary śmiertelne starć z wojskiem liczone są już w dziesiątkach i nie zapowiada się na to, aby w najbliższej przyszłości udało się sytuację w jakikolwiek sposób rozwiązać. Gbagbo wprawdzie nieustannie mówi o tym, że chce mediacji i rozmów z Ouattarą na temat sytuacji w kraju, chwilę później jednak pacyfikuje prostestującą północ, nie można więc traktować poważnie jego „dobrych chęci”. Kraj mimo tego, że miejscami funkcjonuje normalnie, pogrąża się jako całość nieustannie w co raz większym chaosie.

Mieli sen ...

Gbagbo rzucił wyzwanie całemu światu i wygląda na to, że jest zdeterminowany aby walkę tę prowadzić do samego końca. Póki co, nikt nie rozważa siłowej interwencji na Wybrzeżu, także i same siły opozycyjne są zbyt słabe militarnie aby móc sprostać w otwartej walce iworyjskiemu wojsku wybuchu konfliktu zbrojnego na dużą skalę nie należy się więc spodziewać. Szansy upatrywać można w tym iż społeczeństwo i dowódcy wojsk rządowych kolektywnie posłuchają apelów Ouattary i Soro, aby wypowiedzieć posłuszeństwo Gbagbo – natychmiastowy efekt naturalnie nie jest możliwy, kraj zacznie jednak prędzej czy później odczuwać nałożone na niego już sankcje (a także i te, które zostaną nałożone), wówczas najbardziej ucierpią zwykli ludzie, także ci stojący po stronie przedłużającego sztucznie swoją kadencję prezydenta i wówczas apele liderów opozycji być może spotkają się z powszechnym odzewem. Póki co jednak, marzenia Iworyjczyków o życiu w pełni demokratycznym państwie i powrocie do okresu świetności przegrywają z rzeczywistością. Jak jednak pisała Halina Birenbaum - nadzieja umiera ostatnia. Miejmy nadzieję, że wcześniej jednak nie umrze na Wybrzeżu duch demokracji i chęć przemian.
 

Reklama