Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Na Nowy Rok Prorok, czyli nic się nie stało, Europo, nic się nie stało!

Autorzy: 
Prof. Ryszard Machnikowski

Odchodzący w przeszłość rok 2014 był świadkiem wielu interesujących wydarzeń politycznych, które będą trwale i znacząco promieniować na nadchodzące lata zmieniając oblicze Ziemi. Był rokiem, który pozwolił sporej rzeszy obserwatorów dostrzec rzeczywisty stan światowej polityki i zamierzeń ich głównych podmiotów, co pozwala na snucie ostrożnych przewidywań na najbliższą przyszłość.

Stało się dokładnie tak, jak napisałem to jeszcze w Starym Roku (LINK) - Kreml by ruszyć do przodu, musiał się na jakiś czas cofnąć, by przegrupować siły i starając się „normalizować” stosunki z Zachodem ustąpił trochę na Ukrainie – zdradził stworzonych przez siebie „Noworosjan” (LINK). Celem tego działania jest oczywiście obciążenie kosztami odbudowy wschodniej Ukrainy władz w Kijowie, by móc dalej destabilizować sytuację na Ukrainie, tym razem bardziej środkami ekonomicznymi niż militarnymi, w nadziei na odwrócenie się karty. Ogłaszając więc ustami Aleksandra Borodaja „falstart” projektu „Noworosja” (LINK) Kreml dał do zrozumienia, że gotów jest do negocjacji z Zachodem. Na odzew nie trzeba było długo czekać.

Oczywiście, te działania Rosji nie oznaczają w żadnym wypadku rezygnacji z chęci osiągnięcia zakładanych celów (stąd mowa jedynie o „falstarcie” Noworosji, a nie „zaniechaniu” – próba realizacji tego „projektu” zapewne kiedyś powróci), lecz ich przesunięcie w czasie do bardziej sprzyjającej chwili. Wygląda jednak na to, że europejska „część” Zachodu wcale nie chce przyjąć tego do wiadomości i tego uniemożliwić – wręcz przeciwnie: niemiecko – francuski „tandem” gotowy jest „ofiarnie” przyjść jej z pomocą. Ofiarami tej „pomocy” będzie nie tylko rosyjskie „hultajstwo” (używając określenia używanego przez prof. Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, który zapożyczył je od Sienkiewicza – oczywiście Henryka, nie Bartłomieja), które zaangażowane było przez Kreml w pierwszych etapach projektu „Noworosja”, a które dziś stało się najwidoczniej zbędne. „Noworosjanie” naiwnie wylewają dziś żale pod niebiosa i apelują do Putina o pomoc, najwyraźniej do dziś nie zdają sobie sprawy, że byli jedynie pionkami w rosyjskiej „Wielkiej Grze”, które gdy stały się niepotrzebne, brutalnie strącono z szachownicy. Tak to już jest z „ludźmi zbędnymi w służbie przemocy” w ustrojach autorytarnych – dopóki są użyteczni wykorzystuje się ich, ale gdy nie są już więcej potrzebni, gdyż zawadzają nowemu rozdaniu, są bezlitośnie eksterminowani. Stąd widoczne dziś zastępowanie na wschodniej Ukrainie oddziałów „pospolitego ruszenia”, które są zdolne do buntu (LINK) oddziałami Specnazu, bezwzględnie słuchającymi swego dowództwa. Do dziś przecież hołduje się tam zasadzie: „nie ma człowieka, nie ma problemu”. Historia Rosji obfituje w liczne przykłady instrumentalnego traktowania zarówno mas, jak i jednostek przez władców Kremla, a historia działaczy przedwojennego polskiego „ruchu robotniczego” i KPP powinna być bolesnym memento dla wszystkich tych polskich „sympatyków” Rosji, którzy majaczą dziś o konieczności wejścia w bliższy sojusz z lokatorami Kremla. Powinni oni pamiętać, że zawsze będą tam traktowani jedynie jako „nawóz Historii” i mogą się znaleźć na jej śmietniku, gdy tylko zostaną uznani za dłużej niepotrzebnych. Gdyby Rosji nie udało się w pełni zrealizować swoich zamiarów, bez zbędnych ceregieli zostaną usunięci – tak jak dziś usuwani są „Noworosjanie”, którzy uwierzyli w szczerość intencji Kremla.

Kolejnymi ofiarami „normalizacji” stosunków Zachód – Rosja będą oczywiście Ukraińcy, którzy mogą być już wkrótce przez Zachód zdradzeni i poświęceni na ołtarzu dobrych stosunków z Rosją. Zapowiadają to słowa zarówno francuskiego Prezydenta Francois Hollanda (LINK), jak i niemieckiego wicekanclerza, Sigmara Gabriela (LINK), dystansującego się wyraźnie w tej mierze od stanowiska Angeli Merkel. Prezydent Hollande miał stwierdzić, że Rosja nie zaanektuje wschodniej Ukrainy, o czym słyszał od samego prezydenta Putina. Skoro tak powiedział sam Władymir Władymirowicz – czy można to kwestionować – przecież on na pewno nie chce Zachodu oszwabić. Postawa tych dwóch znaczących zachodnioeuropejskich polityków na pewno została powitana w Moskwie z otuchą i zadowoleniem, gdyż daje ona nadzieję na kontynuowanie realizacji rosyjskich zamierzeń. Moskwa nadal liczy na pomoc i przychylność Paryża i Berlina w tej mierze i może się w tym nie przeliczyć. To, czego nie udało się jej wywalczyć na polu bitwy, można będzie próbować osiągnąć przy „zielonym stoliku”, jeśli tylko zyska tam wsparcie zachodnich „partnerów”. Jak to zauważa wskazana wyżej notatka w Rzeczpospolitej: „Zdaniem francuskich mediów rysujący się między Zachodem a Rosją kompromis zakładałby "zapewnienie" Moskwy, że Ukraina nie znajdzie się w NATO oraz modyfikację zasad współpracy Kijowa z Brukselą tak, aby "nie szkodziło to" współpracy między Ukrainą a Unią Euroazjatycką. W zamian Putin zrezygnowałby z dalszych podbojów na Ukrainie.”

Gdyby tak właśnie miał wyglądać ten „kompromis”, oznaczałoby to osiągnięcie przez Kreml dokładnie tego, co chciał osiągnąć rozpoczynając „kryzys ukraiński”. W zamian za obietnicę powstrzymania kolejnych, wątpliwych podbojów, uzyskałby to, co chciał uzyskać podejmując działania na Ukrainie. „Kryzys” wybuchł tam przecież dokładnie po to, by uniemożliwić Ukrainie ściślejszą integrację ekonomiczną z Zachodem i zagrodzić jej drogę do NATO, by tym łatwiej móc ją sobie podporządkować i wcielić do Unii Euroazjatyckiej. Wspominany wyżej „kompromis” zakłada respektowanie zasady, że Moskwa sprawuje „zwierzchność” nad obszarem byłego ZSSR i oznacza uznanie ograniczenia suwerenności Ukrainy w zakresie jej polityki zagranicznej. Dodatkowo, jak zauważa notatka w Rzeczpospolitej: „Mówiąc o przestrzeganiu integralności terytorialnej Ukrainy, prezydent [Hollande] ani razu nie wspomniał jednak o konieczności oddania przez Moskwę Krymu.”, co oznaczałoby faktyczną akceptację dla rozbioru Ukrainy, dokonanego poprzez aneksję Krymu. Pozostaje mieć nadzieję, że tak się jednak nie stanie i ukraińskie interesy zostaną w należyty sposób zabezpieczone.

Interesujące jest jednak, że właśnie wtedy, gdy sankcje nałożone na Rosję zaczynają działać i ta zmuszona jest uwzględnić rosnące koszty swej ekspansjonistycznej polityki, wpływowi politycy z Francji i Niemiec rzucają prezydentowi Putinowi koło ratunkowe pozwalając, by przekuł on „częściowy” sukces swoich działań wobec Ukrainy i Zachodu w sukces niemal całkowity. Tak wielki jest ten pęd do powrotu do czasów business as usual, wyraźnie dziś widoczny wśród dużej części zachodnich elit polityczno-gospodarczych, że gotowe są one złożyć na ołtarzu interesów z Rosją nie tylko rzekomo celebrowane przez nie wartości, ale też i ofiary ludzkie i materialne. Przecież gdyby udało się wreszcie „znormalizować” stosunki z Rosją, można byłoby jej sprzedać okręty desantowe klasy Mistral, z którymi nie wiadomo co zrobić. Widać dziś wyraźnie, że zachodnie elity tak bardzo chcą być karmione iluzjami rzeczywistości, zupełnie jak „Fox Mulder”, want to believe w sielankowy obraz dobrotliwej Rosji (LINK), która nie marzy o niczym innym, jak tylko o harmonijnej współpracy z Paryżem i Berliem, że aż odrzucają surową „ukraińską lekcję” i gorzkie nauki płynące z niej na przyszłość. Kolejny raz Zachód ulega pokusie odrzucenia brutalnej rzeczywistości i zanurzenia się w przyjemnym matrixie swoich ułud na temat Rosji.

Alternatywne dla tej „ucieczki od rzeczywistości” tłumaczenie słów wspomnianych wyżej oficjeli zakłada rosnącą wśród niemiecko – francuskich elit chęć pozytywnego wpisania się w rosyjską „ofertę” budowy „nowego europejskiego ładu” po wcześniejszym rozbrojeniu NATO i wypędzeniu USA z europejskiego podwórka. Zwolennicy tego stanowiska, trawestując znane powiedzenie Lorda Ismay: want to bring the Russians in, the Germans up and the Americans out. Gdyby to tłumaczenie byłoprawidłowe, to sukces Kremla w oszukaniu elit Zachodu byłby znacznie większy, (a dla nas znacznie groźniejszy). Ci ewentualni zachodnioeuropejscy kolaboranci Moskwy, spojeni antyamerykanizmem, mogą się łudzić, że wywracając za poduszczeniem Rosji stolik, przy którym siedzą i siadając do nowej gry o przyszłość Europy, unikną wszelkich negatywnych skutków fundamentalnej zmiany, która będzie efektem ich działań. Inaczej jest jednak na wschód od Odry.

Narodów Europy Środkowej, od Szwecji po Rumunię, nie stać na popełnienie kolejny raz błędu utraty kontaktu z rzeczywistością, jaki Zachód popełnił po wojnie rosyjsko – gruzińskiej w 2008 r., uznając, że przecież nic się wtedy nie stało. Bowiem to właśnie te narody będą płacić za taki błąd w pierwszej kolejności – dołączą tym samym do Ukraińców, na karkach których testowana jest dziś nowa europejska Realpolitik. Następni zapewne będą Bałtowie, do których dołączą Polacy. Nie stać nas więc na odrzucenie trudnej rzeczywistości i roztopienie się w przyjemnej wizji roztaczanej dziś przez dużą część elit zachodnioeuropejskich, pod dyktando Kremla, niezależnie od tego, jakie przyjmują one kształt – czy jest to wizja przyjaznej Rosji, czy budowy we współpracy z nią „nowego europejskiego ładu”. Nigdy w historii nie zdarzyło się, by polityka Kremla wobec naszego kraju, i szerzej regionu, nie była niezwykle kosztowna dla polskiego społeczeństwa (wystarczy wspomnieć cztery rozbiory Polski czy okres PRL, gdy byliśmy satelitą Związku Sowieckiego), nie należy zatem się spodziewać, by w najbliższej przyszłości miałoby to się zmienić. Musimy zatem pilnie obserwować bieg wydarzeń i dokonywać trzeźwej ich oceny z punktu widzenia naszej racji stanu, by móc reagować na zmieniającą się sytuację, cały czas pamiętając, że ostateczne cele Rosji się nie zmieniły, ulec zmianie mogły jedynie sposoby ich osiągnięcia. Niestety, nie powinniśmy zakładać, że będziemy mogli liczyć na zaangażowanie europejskich sojuszników po naszej stronie w chwili próby, gdyby taka miała nadejść, musimy zatem liczyć na samych siebie. Wymaga to szybkiego działania na rzecz zasadniczego wzmocnienia naszych zdolności obronnych, zwiększającego radykalnie zdolności bojowe naszych sił zbrojnych. W zakresie polityki zagranicznej powinniśmy stanowczo sprzeciwiać się wszelkim inicjatywom umożliwiającym Rosji realizację jej ekspansjonistycznych celów, w tym rozbijanie jedności Sojuszu Północnoatlantyckiego – przeciwnie, powinniśmy go wzmacniać, stawiając przede wszystkim na zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej na jego wschodniej flance. Musimy też pozyskiwać rzeczywistych sojuszników, w tym wśród państw nie zaangażowanych w istniejące sojusze, które mają jednak realistyczne spojrzenie zarówno na cele stawiane sobie przez rosyjskie władze, jak i metody realizacji tych celów. Wspólna percepcja zagrożeń powinna pomóc wspólnym wysiłkom na rzecz efektywnego radzenia sobie z nimi.
 

Reklama