Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Myliłem się

Autorzy: 
Prof. Ryszard Machnikowski

Wbrew moim świątecznym „proroctwom” (LINK) Rosja nie wstrzymała się ze stosowaniem militarnych metod destabilizowania Ukrainy. Przeciwnie - nasiliła je. Drobny kroczek w tył na przełomie roku pozwolił na oczyszczenie własnych szeregów z elementów pozostających poza całkowitą kontrolą Kremla i zastąpienie ich regularnymi jednostkami wojskowymi, co umożliwiło przejęcie inicjatywy na „froncie”.

Tym samym Rosja dobitnie pokazała, że złagodzenie zachodnich sankcji nie jest jej do niczego potrzebne. Moja hipoteza odnośnie ewentualnego podjęcia próby „normalizacji” kontaktów z Zachodem opierała się bowiem na przekonaniu, że aby lepiej przygotować dalsze działania „zaczepne”, Rosja zdecyduje się na poprawienie swojej sytuacji gospodarczej poprzez doprowadzenie do złagodzenia zachodnich sankcji lub nawet zniesienia ich najbardziej dolegliwych form, co wymagałoby „współpracy”, oczywiście jedynie czasowej, w „rozwiązywaniu” sytuacji na Ukrainie poprzez realizację porozumień z Mińska. Drogą do tego celu byłoby powstrzymanie się na pewien czas od działań militarnych i destabilizowanie Ukrainy „jedynie” metodami ekonomicznymi oraz „terrorystycznymi”, których jeszcze łatwiej Kreml mógłby się wyprzeć.

Po złapaniu oddechu i ustabilizowaniu własnej gospodarki Rosja mogłaby spokojnie powrócić do realizacji projektu „Noworosja” metodami militarnymi. Przy takim rozwoju wydarzeń „zamrożenie” konfliktu militarnego mogłoby trwać do późnej wiosny / lata – po zrobieniu Zachodu kolejny raz „w konia” pozorowaną współpracą, Rosja wróciłaby do swojego podstawowego planu działania. Stało się jednak inaczej i władcy Kremla zdecydowali się wybrać inną, prostszą drogę. Być może prezydent Putin, nawiązując do słów klasycznego hitu zespołu „Queen”, stwierdził: „I want it all and I want it now!” (tekst ten zdaje się zresztą dobrze charakteryzować stan umysłu Władimira Władimirowicza i jego kompanii: LINK)

Niemal dokładnie w tym czasie, gdy „partia Rosji” w Europie oczyściła już niemal przedpole do powrotu do czasów „business as usual” (LINK) i zaczęła przekonywać do tej idei słabo opierającą się jej amerykańską administrację (LINK) „separatyści” ostrzelali cywilnych mieszkańców Mariupola. Aby nie było żadnych wątpliwości, dzień później poprawili ten efekt ostrzeliwując szpital w Swietłodarsku Donieckim i rozpoczynając „ofensywę” na Debalcewo. Zawiedzionemu Zachodowi nie pozostało nic innego, jak „zaostrzyć” sankcje wobec Rosji. Wynikałoby z tego, że albo ekipa z Moskwy nie potrafi dodać dwa do dwóch – a jak do tej pory nic na to nie wskazywało – albo chciała osiągnąć dokładnie taki efekt.

Eskalacja konfliktu na Ukrainie militarnymi środkami, przekładająca się na eskalację konfliktu politycznego z Zachodem jest więc, jak można domniemywać, władcom Kremla potrzebna. Putin et consortes uznali widocznie, że „gra na czas” nie jest wcale niezbędna, podobnie jak chwilowa poprawa relacji z Zachodem, gdyż koszt dalszej realizacji własnych zamierzeń wydaje się być dziś w Moskwie do przyjęcia. Wiele wskazuje na to, że da się taką hipotezę obronić.

Dzięki radykalnej dewaluacji rubla udało się utrzymać rosyjski budżet w ryzach, zwykli Rosjanie wytrzymali chwilową presję inflacyjną związaną z jego głęboką dewaluacją, a pozycja atakowanej twierdzy ułatwiła przekonywanie ich, że tylko Władimir Putin może ocalić Rosję i Rosjan przed dalszą agresją wrogiego Zachodu. Długoterminowe skutki ekonomiczne spadających cen paliw kopalnych nie miały jeszcze okazji się ujawnić, zresztą Moskwa liczy, że jest to stan tymczasowy, nie do utrzymania na dłuższą metę i któryś z kolejnych królów saudyjskich zechce zmniejszyć wydobycie stabilizując ceny na akceptowalnym dla Rosji poziomie (a jak sugeruje Thomas L. Friedman, Władimir Putin może tu królowi „pomóc”: LINK).

Również sytuacja społeczna na Zachodzie wysoce kontentuje dziś Kreml – doszło tam do dalszej radykalizacji zarówno populacji autochtonicznej, jak i napływowej, co tylko zwiększyło ich polaryzację, dzięki zmyślnie przeprowadzonemu zamachowi terrorystycznemu w Paryżu. Jego skutki objęły zresztą niemal całą zachodnią część kontynentu, wzmacniając tam partie „radykalne”, które są Rosji nawet bardziej przychylne, niż zachodnioeuropejska lewica i kręgi wielkoprzemysłowe. Rysuje się więc znaczna szansa na wzrost postaw i działań wspierających cele Kremla, na co zapewne bardzo się tam liczy – zwycięstwo greckiej Syrizy ma być zapowiedzią tej długo oczekiwanej w Moskwie odmiany (LINK). A gdy do politycznego stolika dosiądą się Marine Le Pen i Nigel Farage, można będzie skuteczniej zabiegać o akceptację dla politycznego „realizmu” nakazującego Europie odejście od „rusofobicznej polityki sankcji narzucanej Unii przez podżeganą przez Waszyngton agresywną mniejszość” (cyt. za ministrem Ławrowem: LINK).

Kreml uznał zatem, że biorąc pod uwagę ten korzystny rozwój wydarzeń nie ma najmniejszej potrzeby naciskania na hamulec i kupowania czasu, przeciwnie, można nawet lekko depnąć na gaz (wskazywałaby na to interesująca i przenikliwa analiza dokonana przez Roberta Chedę: LINK).

Większość dyskusji wciąż koncentruje się na kwestii dalszych zamierzeń Rosji wobec Ukrainy, lecz trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że są one jedynie częścią szerokiego kremlowskiego planu wyznaczania granic Rosyjskiego Świata metodą rozpoznania bojem. To, czy Rosji uda się przebić lądowy „korytarz” do Naddniestrza (a wcześniej na Krym) jest kwestią czysto taktyczną i zależną jedynie od stopnia ukraińskiego oporu, a raczej wielkości siły, jaką trzeba przyłożyć, by ten opór zgnieść. Rosja jest tu zresztą pewna, że czas gra w tym przypadku na jej korzyść – będzie „męczyć” Ukrainę tak długo, dopóki nie uda się jej skutecznie „zamęczyć” uniemożliwiając temu krajowi normalny rozwój – ma ku temu i wolę, i środki.

Akceptowalny dla Kremla efekt tych działań, który Moskwa określa mianem „neutralności” tego kraju, to definitywne niedopuszczenie do włączenia go w zachodnie struktury gospodarcze i obronne oraz zbudowania tam państwa względnie wolnego od korupcji i rządów oligarchii. Pogranicza Rosyjskiego Świata muszą być przecież toczka w toczkę takie jak sama Rosja, a praktyczna próba realizacji zasad podmiotowości politycznej społeczeństwa, swobody gospodarczej i dobrobytu wynikającego z ludzkiej działalności, a nie decyzji biurokracji rządzących nie mogą się tam przecież zakorzenić. Istnienie takiego bytu, radykalnie różnego od Rosji w jej bezpośredniej bliskości, gdzie znaczna część społeczeństwa mówi po rosyjsku, mogłoby skłonić kiedyś samą rosyjską populację do głośnych rozważań, czy czegoś podobnego nie dałoby się jednak zbudować w samej Rosji – byłby to początek końca istnienia putinowskiej kleptokracji.

Ukraińcy muszą zostać zatem złożeni w ofierze na ołtarzu obrony panującego w Rosji reżimu. Celem Rosji jest przecież uczynienie pobliskiego jej świata podobnym sobie – świat ten obejmuje, jak wiemy z licznych enuncjacji kremlowskich oficjeli, obszar od Lizbony do Władywostoku (niedawno minister Ławrow po raz kolejny zręcznie podsumował cele swojego państwa: LINK). Gdyby to się nie powiodło, Rosja musiałaby w końcu upodobnić się do zachodniego świata, a trudno sobie wyobrazić myśl, która rządzącej tym państwem elicie nie wydawałaby się bardziej groźna i wstrętna.

Istotnym pytaniem na nadchodzące miesiące nie powinno być pytanie o to, co się stanie z Ukrainą, gdyż los tego państwa jest już w dużej mierze przesądzony, lecz jak daleko Rosji uda się wyjść z zarządzaną przez siebie transformacją okolic na obraz i podobieństwo swoje. Jak to wielokrotnie podkreślało wielu analityków, następne w kolejce są kraje bałtyckie, które można próbować „zdestabilizować” w ten sam sposób, jak Ukrainę. Jeśli pozostaną one militarnie bezbronne, będą kolejną ofiarą przekształceniowych zapędów władców Kremla.

Gdyby Rosja chciała rozpoznać bojem wolę i możliwości NATO na tym obszarze, stwarzałoby to bezpośrednie zagrożenie dla naszego kraju. Nie dlatego, by celem Rosji było jego podbicie metodami militarnymi, a następnie okupacja – na to Rosja nie ma sił, środków ani ochoty. Jednak podbój nie zawsze musi być celem działań zbrojnych – przecież siły militarnej używa się w stosunkach międzynarodowych także by osiągnąć inne efekty – fakt, że Rosja nie chce bezpośrednio PODBIĆ I PODPORZĄDKOWAĆ POLSKI drogą zbrojną nie musi oznaczać, że jesteśmy całkiem bezpieczni. Państwo to może dokonać prewencyjnego ataku rakietowo – lotniczego i pewnych ograniczonych działań sił lądowych na północnym wschodzie, by zapobiec przerzuceniu polskiego wojska do stref „destabilizacji” w krajach nadbałtyckich – wariant ten był już przez rosyjskie wojsko ćwiczony wielokrotnie i od lat.

Już samo wyjęcie wschodnich obszarów tych państw, zamieszkiwanych przez ludność rosyjską spod kontroli Tallina i Rygi, na modłę „ukraińską”, nie mówiąc już o okupacji republik nadbałtyckich, w połączeniu z uderzeniem powietrznym na Polskę, jeśli pozostanie bez znaczącej militarnej odpowiedzi Sojuszu (a to się zakłada na Kremlu), będzie przecież oznaczało de facto śmierć NATO jako efektywnej organizacji zbiorowego bezpieczeństwa Zachodu.

Wykazanie, że Traktat Waszyngtoński jest wart mniej niż papier, na którym został spisany, będzie oznaczało upokorzenie USA i znacząco ułatwi Rosji przystąpienie do negocjacji granicy między wschodnim Rosyjskim Światem a zachodnim niemieckim dominium – z naszego punktu widzenia istotne będzie, czy będzie ona przebiegać na Odrze, czy na Bugu? Gdyby zwyciężył ten pierwszy wariant, Rosja nie musiałaby marnować sił i środków na militarny „podbój” Europy Środkowej – dzieje tzw. „demoludów”, w tym PRL wskazują wyraźnie, że Rosja może liczyć tam na wystarczającą liczbę chętnych kolaborantów, którzy kierowani „realizmem geopolitycznym” podejmą się zarządzaniem tą przestrzenią. Kontrolowana przez Berlin fasada zwana Unią Europejską współpracować wtedy będzie z kontrolowaną przez Moskwę Unią Eurazjatycką, rozciągając się od Lizbony do Władywostoku – wielkie marzenie klanu kremlowskiego się ziści – Rosja stanie się jednym z głównych biegunów „wielobiegunowego” nowego świata.

Oczywiście, tak stać się wciąż wcale nie musi – wystarczą dwa amerykańskie ciężkie brygadowe zespoły bojowe rozmieszczone w krajach nadbałtyckich i w Polsce – na otwartą konfrontację militarną z USA Rosja się nie poważy, czy jednak one się tam pojawią wystarczająco szybko? W tym przypadku prezydent Putin zdaje się na pomoc najgorszego amerykańskiego prezydenta ostatniego stulecia – jeśli ten będzie ociągał się z decyzją dyslokacji amerykańskich wojsk na wschodniej flance NATO, skutki tego kolejnego zaniechania okażą się równie katastrofalne, jak jego polityka względem Bliskiego Wschodu. Przyszłość naszej części świata może się rozstrzygnąć na naszych oczach już w ciągu najbliższych kilku – kilkunastu miesięcy. Środkowy palec, jaki Rosja pokazała całemu Zachodowi, włączając w to jego prorosyjską część, poprzez ostentacyjny ostrzał mieszkańców Mariupola może oznaczać, że Kreml nie ma najmniejszego zamiaru zwolnić w realizacji swych zamierzeń, a wręcz przeciwnie – widząc otwarte szeroko „okno możliwości” może chcieć je nawet przyśpieszyć. Byłoby dobrze, żebym się kolejny raz pomylił.
 

Reklama