Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


LRA - Dziecięca Armia

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Paulina Skiba
Prawie dwa miliony uchodźców, tysiące zamordowanych, setki uprowadzonych kobiet i dzieci.To jeden z najdłużej trwających w Afryce konfliktów i jeden z tych, o których w międzynarodowej prasie mówi się niewiele, chyba, że światło dzienne ujrzy niespotykanych rozmiarów masakra. Chyba, że przemówią Ci, którym odcięto wargi i uszy, by świat nie usłyszał ich krzyku…
Boscy wojownicy
 
Kiedy w 1986 roku nikomu nieznanemu jeszcze Josephowi Konyemu rzekomo objawił się duch posłaniec - Lakwena, nikt nie mógł przypuszczać, że wydarzenie to da początek najprawdziwszej wojnie i że przetrwa długie 23 lata zbierając krwawe żniwo swojej „boskiej” ideologii.
Od samego początku najbardziej dotkniętym terenem walk była północna część Ugandy - kraj ludu Acholi, z którego pochodził obalony w styczniu 1986 roku prezydent Tito Okello. Do władzy doszło plemię Nkole z rządzącym do dziś Yoweri Musevenim. Acholi zostali zepchnięci na margines.
 
Przekonany o swoim boskim posłannictwie Kony rozpoczął partyzancką walkę z siłami rządowymi. Głównym celem ataków stworzonej przez niego Armii Bożego Oporu (Lord’s Resistance Army) stała się ludność cywilna zamieszkująca tereny wiejskie, w szczególności dzieci, stąd też rekrutuje się większość walczących w LRA partyzantów. Armia Bożego Oporu walczy, by stworzyć rząd oparty na dziesięciu przykazaniach. Zastanawiające jest jednak to, jak Kony postrzega własne działania w świetle przykazania „nie zabijaj”, dopuszczając się najbrutalniejszych aktów napaści i przemocy na bezbronną ludność.
 
Dzieci żołnierze
 
W 1994 roku doszło do pierwszego masowego uprowadzenia młodzieży i dzieci zamieszkujących atakowane przez LRA wioski. Scenariusz ataków zazwyczaj jest bardzo podobny. Partyzanci wkraczają do wioski nocą lub o świcie, kiedy nieświadomi zbliżającego się zagrożenia mieszkańcy śnią swoje ostatnie spokojne sny. Oddzielają mężczyzn od kobiet i dzieci. Tych pierwszych mordują na oczach swoich najbliższych, najpierw potwornie okaleczają obcinając części kończyn, wyłupując oczy, następnie zabijają maczetami, siekierami, kolbami karabinów, strzelają tylko do uciekających. Kobiety i młode dziewczynki zabierają ze sobą, mają służyć przede wszystkim jako przedmiot seksualnego wykorzystywania. Te, które nie nadążają w długim i wyczerpującym marszu do kolejnej bazy zabijane są po drodze. Napawa przerażeniem fakt, iż do mordowania swoich rodzin i bliskich bardzo często zmuszane są dzieci. To one stanowią większość składu bojowego armii. Najczęściej stawia się im ultimatum „albo zabijesz swojego brata i okażesz swoją odwagę, albo my zabijemy ciebie”. Wiedzione strachem i perspektywą śmierci zaglądającej w oczy, oszołomione 7, 8 12-latki mordują z wielką brutalnością tych, którzy jeszcze przed chwilą spali z nimi na jednej macie. Ich dalsze życie będzie naznaczone poczuciem winy i wspomnieniami o śmierci bliskich. Nawet jeśli któremuś z nich uda się uciec, nie wracają już do swoich wiosek. Boją się odrzucenia, stygmatyzacji. Dzieci żołnierze lądują na ulicach wielkich miast poszerzając i tak już ogromną liczbę dzieci ulicy, z którymi ugandyjski rząd nie potrafi sobie poradzić. Tam łatwiej jest być anonimowym, pozornie łatwiej poradzić sobie z samotnością. Niewielki procent byłych żołnierzy trafia do ośrodków resocjalizacyjnych, w których poddawani są terapii mającej przywrócić ich do społeczeństwa. Ale czy można całkowicie „wrócić” nie mogąc wymazać z pamięci chwil, w których zabijało się swoich rówieśników, czyjeś matki, żony, ojców? Według raportów prezentowanych przez organizacje pozarządowe w 1998 roku LRA uprowadziło i wcieliło w szeregi swojej armii ponad 6000 dzieci. Całkiem niedawno przywództwo armii rządowej przyznało, iż w ich zastępach walczą również niepełnoletni. Czy posługują się tymi samymi metodami werbunku co LRA?
 
Obozy pełne duchów
 
Nieustanne walki zmusiły do migracji prawie dwa miliony mieszkańców północy Ugandy, głównie z dystryktów Kitgum i Gulu. Stłoczeni w przejściowych obozach dla uchodźców, wygnani ze swojej ziemi, pozbawieni przynależności Ugandyjczycy przestali już wierzyć w rychłe zakończenie konfliktu. Ci, którym udało się przeżyć napady na wioski nie są w stanie zapomnieć okrutnych scen, jakie stały się ich udziałem. Stali się ofiarami nieustannie powracających koszmarów, w których widzą swoje dzieci porywane przez rebeliantów, ojców i matki brutalnie mordowanych, siostry gwałcone na ich oczach, duchy stale powracające w snach i na jawie każdej nocy wypełniają ciasne przestrzenie namiotów i lepianek, czasem da się usłyszeć ich zawodzący płacz. Mimo tego, iż udało im się przeżyć stali się ofiarami wojny, która nie powinna ich dotyczyć,  wojny o władzę i wpływy w kulejącym gospodarczo i politycznie kraju.
 
W przeludnionych obozach zamieszkiwanych przez  uchodźców wewnętrznych (Internaly Displaced People) brakuje odpowiedniej infrastruktury. Dzieci nie mają szans na uczestnictwo w procesie edukacji. Warunki higieniczne, żywieniowe, medyczne pozostawiają wiele do życzenia, nie istnieje sprawnie działający system bezpieczeństwa. Armia Konyego jest o tym dobrze poinformowana, dlatego często napada na obozy mordując ich mieszkańców. Mającej bronić przed napadami ludność cywilną armii rządowej również zdarza się prowokować haniebne incydenty, jak ten w obozie Lalogi z 2005 roku, gdy podczas zamieszek zastrzelono 7 cywilów, a 16 osób zostało rannych.
 
Uganda to za mało.
 
Początkowo prowadzona tylko na terenach Ugandy wyniszczająca wojna, w pierwszych miesiącach 1994 roku przeniosła się na tereny Sudanu. Rząd w Chartumie zgodził się na wkroczenie na teren kraju RLA w odwecie za wsparcie udzielane przez Rząd Ugandy Ludowej Armii Wyzwolenia Sudanu (SPLA). Dziś wiemy, że zasięg niszczycielskiego działania Konyego dotarł również na tereny Demokratycznej Republiki Konga. Dopiero rok 1999 przyniósł porozumienie podpisane przez rządy Sudanu i Ugandy. Chartum zobowiązał się zaprzestać udzielania pomocy LRA, a rząd Kampali SPLA. 
 
Na przełomie 2008/2009 roku armia rządowa Ugandy zaatakowała przebywające na terenie Konga odziały LRA. Partyzantom jednak udało się uciec, zabijając „przy okazji” ponad 900 cywilów.
 
W dniach 14-17 grudnia 2009 roku na terenie północno-wschodniego Konga tuż przy granicy z Sudanem doszło do kolejnej masakry, której autorami byli watażkowie Konyego. Zginęło ponad 320 osób, ponad 250 zostało uprowadzonych, w tym 80 dzieci. Większość zamordowanych to mężczyźni. Świat dowiedział się o tej tragedii dopiero kilka miesięcy później z opublikowanego przez organizację Human Rights Watch obszernego 67 stronicowego raportu, szczegółowo opisującego działania LRA na terenie Demokratycznej Republiki Konga. Masakra z Makombo może być tylko jedną z nielicznych, które dzięki zabiegom członków organizacji pozarządowych ujrzały światło dzienne.
 
Mieszkańcy Ugandy są podzieleni w sprawie LRA. Nie wszyscy popierają walkę z partyzanckim ugrupowaniem, w którym większość siły bojowej stanowią dzieci. To przecież ich synowie i córki siłą uprowadzeni z domu. I mimo tego, iż to przecież one odurzone narkotykami, kierowane strachem mordują i napadają na kolejne wioski przyczyniając się do wyniszczania kraju - są dziećmi, a dzieci według części Acholi- zabijać nie wolno.
 

Reklama