Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Kultura pokoju w świecie konfliktu

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Justyna Cywoniuk

 Egzystencjonalny byt bezpieczeństwa zagrożony zjawiskiem terroryzmu, wojną hybrydową, cyberuderzeniem czy nawet agresją militarną o charakterze niekonwencjonalnym bardziej niż kiedykolwiek staje się podłożem analiz i trosk opinii publicznej. Wynika to przede wszystkim z sytuacji jaka panuje obecnie na Bliskim Wschodzie, we wschodniej Europie (w szczególności na Ukrainie), w północnej i środkowej Afryce, na Półwyspie Koreańskim czy w końcu wokół Wysp Senkaku.

Choć to tak naprawdę jedynie kilka punktów zapalnych i regionów na globie będących symbolem przemocy, sporu politycznego czy walki zbrojnej, to warto zauważyć, iż to właśnie wokół nich badacze budują (ostatnio) apokaliptyczne scenariusze i prognozy dla świata. Głosząc, iż dotychczasowy porządek międzynarodowy został zburzony powszechnym chaosem. Chwieje się już jednak nie tylko spokój polityczno-militarny na świecie, ale także religijno-ideologiczny (prześladowania, dżihad, terroryzm, działalność ISIS, itp.), gospodarczy (groźba bankructwa Grecji, ogólna kondycja gospodarcza państw PIGS), informacyjno-intelektualny (inwigilacja, manipulacja, propaganda, walki cyfrowe), ale nade wszystko kulturowy. Czy zatem dożyliśmy początków „zderzenia cywilizacji” zapowiadanej przez Samuela Huntingtona? Raczej nie, albo przynajmniej nie w urealnionej formie przedłożonej przez amerykańskiego politologa. W końcu w ramach danej cywilizacji występują przecież konflikty często o wyższym poziomie natężenia, które absorbują znacznie więcej sił tej cywilizacji niż globalne stosunki międzynarodowe. Przy czym faktycznie ciężko jest ‒ odwołując się przynajmniej do kilku z powyżej przywołanych regionów świata ‒ nie zgodzić się z porównaniem, że coraz bardziej „krwawe są granice islamu”.

 Zainteresowanie światowym bezpieczeństwem oraz kwestią rozpadu harmonicznego ładu, czy istniejącego systemu wartości bezpieczeństwa pozostaje także w ścisłej sferze zainteresowań Watykanu. Wynika to zarówno z faktu ideologicznego kultywowania przez Kościół rzymskokatolicki idei pokoju powszechnego (objawionego w dialogu pokoju i zrozumienia, o którym mówił Jan XXIII, czy w słowach Papieża Pawła VI ‒ Nigdy więcej wojen! ‒ czyli de facto obrazu pokoju przywołanego w idealistycznych wizjach porządku światowego kreowanych przez Jana Pawła II, Benedykta XVI oraz panującego obecnie na Tronie Piotrowym Franciszka), jak również indywidualnej polityki prowadzonej przez Stolicę Apostolską. Kto bowiem ‒ odnosząc się nieco sarkastycznie i kolokwialnie do całości publikowanego tekstu ‒ jak nie papiestwo, chciałoby uchronić ludzkość przed apokalipsą lub wprost przeciwnie dążyć do wypełnienia proroctwa końca świata opisanego w Biblii?!

  Odnosząc się już całkiem poważnie do papieskiej realpolitik warto zauważyć, iż umownie zwana „dyplomacja watykańska” stara się zapobiegać sporom międzypaństwowym w każdej postaci, a w szczególności konfliktom zbrojnym. Aktywnie działa na każdym kontynencie od setek lat, a jej priorytetem pozostaje (oczywiście) wspieranie chrześcijan oraz obrona wartości budujących godność i prawa człowieka ‒ niestety jest to cel nieco wysublimowany jak na współczesną rzeczywistość międzynarodową. Przy czym warto dostrzec, iż duchownym reprezentującym stanowisko Stolicy Apostolskiej nieraz udaje się jednak przekonać możnych tego świata, że pokój jest wartością cenniejszą niż przemoc i wojna (i istnieje na to wiele przykładów, np. spór pomiędzy Argentyną i Chile o Kanał Beagle). Brutalizacja stosunków międzynarodowych uzmysławia jednak jak smutna i złudna jest idea Kościoła rzymskokatolickiego. Większość apeli, not dyplomatycznych, czy nawet osobistych spotkań i listów Ojców Świętych pozostaje bowiem bez odzewu. Tak jakby autorytet papieży całkowicie upadł wraz z utratą przez papiestwo prymatu nieomylności i pewnej formy zwierzchności nad władzą świecką (pamiętajmy, że niegdyś błogosławieństwo papieży oraz symboliczne przyjęcie chrztu przez władcę danego państwa miało zasadniczy wpływ na kształtowanie wewnętrznej struktury tego państwa i umocnienie w nim władzy świeckiej).

  Postępujący przez wieki kryzys chrześcijaństwa w Europie znacząco umniejszył rolę religii i pozycję (kolejnych, następujących po sobie) Namiestników Chrystusa. Niemniej postrzeganie religii w cywilizacji Zachodu zmieniło się również (a może przede wszystkim) w wyniku ewolucji ideologiczno-społecznej. Rozkład państw chrześcijańskich i ich ustrojowa reforma to tylko jeden z efektów takiej, czasowej deformacji. Epoka średniowiecza przeszła do historii, tak jak pozycja Kościoła rzymskokatolickiego w zachodnich społeczeństwach. Oświecenie, rewolucja francuska, pozytywizm czy marksizm równie znacząco osłabiły religijny wymiar cywilizacji zachodniej. Dziś wydaje się wręcz, że przyjęcie chrztu przez władców było wyłącznie politycznym zabiegiem, dającym pierwiastek złudy na pokojowe współistnienie pośród państw chrześcijańskich. Kiedy jednak religia przestała przynosić profity w wyniku ewolucji warunków bezpieczeństwa, zepchnięto ją na dalszy plan, tak jak i postrzeganie woli papieży.

  Próby oddziaływania Biskupów Rzymu na współczesnych przywódców to jedynie niewielkie pozostałości dawnych wpływów papiestwa. Warto mieć jednak na względzie, że również i one nie są bezinteresowne ‒ w końcu nawet chrześcijaństwo nie zrodziło się w kulturze pokoju czy moralności. Stolica Apostolska próbuje więc przy okazji wielu sporów międzynarodowych uszczknąć także nieco dla siebie. Każda aktywizacja pozostaje bowiem (chociażby) aktem promocji własnej idei czy instytucji.

  Zainteresowanie sferą bezpieczeństwa przez Watykan jest więc czymś więcej niż tylko troską o ludzkość, czy własne terytorium i obywateli. Papieże prowadzą własną, globalną politykę i rozsiewają wpływy (papiestwa) wszędzie tam gdzie istnieje choćby pierwiastek chrześcijaństwa. W ten też sposób promocja powszechnego pokoju głoszona przez Kościół rzymskokatolicki pada zawsze na podatny grunt. Spory, konflikty i wojny trwają bowiem na świecie (bodajże) od początku ludzkości, a fascynacja destrukcją jest tak samo wielka w każdym miejscu globu i zawsze większa niż chwila tworzenia.

  Mimo tego Kościół rozpowszechnia ideę kultury pokoju jako szansę dla człowieka. Szansę na współżycie, szansę na ubogacanie narodów i cywilizacji, czy w końcu szansę na zbawienie. Skoro więc kultura pokoju opierająca się o poszanowanie zasad Karty Narodów Zjednoczonych, respektowanie praw człowieka, demokracji, tolerancji, promocji rozwoju, edukacji dla pokoju, swobodnego przepływu informacji oraz integralnego zapobiegania przemocy jest szansą na wyciągnięcie ręki, dlaczego w niej nie żyjemy? Ktoś mógłby powiedzieć, że dlatego ponieważ manifest kultury (świętej) wojny (przemocy, agresji, nienawiści, konfliktu, sporu, itp.) jest znacznie głośniejszy na każdym szczeblu ‒ począwszy od rodziny, grupy, społeczeństwa, a kończąc właśnie na stosunkach międzynarodowych. Niemniej czy to właśnie nie rodzina i religia stanowią fundamentalną podstawę koncepcji budowy pokojowych społeczeństw, a w znacznie szerszym myśleniu nawet ładu międzynarodowego? Pokój jest przecież przesłaniem wszystkich autentycznych religii (o czym wyraźnie mówili papieże począwszy od Jana XXIII), a rodzina kojarzona z domem jest niczym więcej jak analizowanym środowiskiem bezpieczeństwa (jednostki). Nawet różnice pomiędzy religiami są coraz rzadziej pretekstem do wojen (nawet pomimo przywołanych na wstępie przykładów regionów ‒ no chyba, że są to różnice zrodzone z polityki lub ideologii de facto wrogiej nawet ideałom i przesłaniom reprezentowanej religii), a wprost przeciwnie coraz częściej stają się przykładem starcia w duchu ekumenizmu (tzw. pokojowy dżihad).

  Biorąc zatem pod uwagę powyższe wydaje się, że jedyną przyczyną braku harmonijnych relacji pomiędzy podmiotami prawa międzynarodowego jest tolerancja ‒ a w zasadzie jej brak. Na ten aspekt stosunków międzyludzkich oraz międzynarodowych zwrócono uwagę chociażby w (przywołanej) preambule Karty Narodów Zjednoczonych, w Deklaracji Praw Człowieka oraz tzw. Deklaracji milenijnej. Wszystkie z wymienionych dokumentów odwołują się do tolerancji jako fundamentalnej wartości, która buduje kulturę pokoju. Zrozumiano bowiem, że klimat powszechnego zrozumienia i pojednania, ułatwia wszelkie porozumienia pokojowe ‒ pytanie i co z tego? Skoro skuteczność kultury pokoju w odniesieniu do konfliktów zależy od szeregu innych czynników. Wiadomo tylko, że ciężko jest jednoznacznie ocenić czy kultura pokoju w ogóle miała szansę zakorzenienia się w świecie powszechnych konfrontacji. 

 

 

Zdjęcie: Okładka z publikacji United Nations "Translating War Into Peace", 2008.

Reklama