Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Kryzys na linii: Berlin - Warszawa?

Autorzy: 
Dr Krzysztof Tokarz

W czerwcu tego roku Polacy i Niemcy będą obchodzić 25-lecie dobrosąsiedzkich stosunków (To właśnie przed 25 laty demokratyczna Polska i zjednoczone Niemcy podpisały traktat o dobrosąsiedztwie i przyjaznej współpracy). Paradoksem jest jednak to, że stosunki polsko-niemieckie w ostatnich tygodniach bardzo się pogorszyły. Jak tak dalej pójdzie i sytuacja nadal będzie wyglądać jak wygląda, to zamiast miłego „świętowania” będą wzajemne dąsy i pohukiwania. Pozostanie nam wtedy już tylko szukanie „winnego” i żal, że straciliśmy coś, co budowaliśmy przez całe lata. Bez przesady i fałszywej skromności można powiedzieć, że poprawa relacji polsko- niemieckich to coś wyjątkowego - wydarzenie epokowe w relacjach pomiędzy Polakami i Niemcami. Traktaty zakończyły epokę wrogości i niezrozumienia między Polakami i Niemcami. Tak przynajmniej wiele osób sądziło. Teraz, w roku jubileuszowym i tylko dwa miesiące po zmianie władzy w Polsce, relacje polsko-niemieckie znajdują się w coraz słabszej kondycji. Bardzo ostry ton w mediach i wypowiedziach polityków, zarówno polskich jak niemieckich, sprawia, że pojawia się obawa o dalszy rozwój współpracy pomiędzy przecież ciągle jeszcze dobrymi sąsiadami. Bo za dobre sąsiedztwo – co nie znaczy idealne – można było uznać ostanie lata koegzystowania podzielonych Odrą Polaków i Niemców. Te ostatnie ostre tony polityków i dziennikarzy sprawiają, że stosunki polsko-niemieckie z dnia nadzień się pogarszają. Póki co, to powolny, ale jednak systematyczny spadek. Tym razem ten, kto próbuje winić tylko jedną stronę (a zwykle tym przysłowiowym chłopcem do bicia bywa partia Kaczyńskiego i rząd PiS) - nie tylko idzie na łatwiznę, ale mija się z rzeczywistością. A ta ostatnio coraz bardziej skrzeczy.

Nawet jeżeli krytyka PiS-u i Kaczyńskiego za to, co się dzieje w relacjach na linii Warszawa-Berlin jest częściowo uzasadniona, to w innych miejscach sporo winy ponosi część niemieckich polityków i dziennikarzy. Nie bez winy rzecz jasna są tu też polscy dziennikarze czy opozycja, która ugrywa „swoje” przy tej okazji. Wcale nie chodzi tu o często wymieniany „brak wyczucia” ze strony niemieckich krytyków polskiego rządu, ale po prostu o akty bezpardonowej ingerencji w sprawy wewnętrzne. Czytając niektóre dzienniki wydawane w RFN, ma się nieodparte wrażenie, że tu już nie chodzi o relacje z Polski, ale o przyłączenie się do jednej ze stron polskiego konfliktu. Niezbyt fortunne wypowiedzi niemieckich oficjeli z UE, jak choćby ta przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, też są przypisywane Niemcom. Czy słusznie, skoro wypowiada to tylko w swoim imieniu wysokiej rangi unijny oficjał? Schulz mijał się z prawdą, mówiąc o zamachu stanu w Polsce. To nie jedyna wpadka tego polityka. Innym razem „wypalił”, że polski rząd sprawuje władzę w sposób putinowski. Niezbyt czyste intencje pana Schulza są wprawdzie jasne - „dokopać” PiSowi - ale argumenty po prostu głupie. Polskę nawet trudno porównywać z tak znienawidzonymi przez lewicę europejską i samego pana Schulza Węgrami, a co dopiero z Rosją putinowską. Te porównania są tak nierozsądne i śmieszne, że nawet szkoda się nad nimi zbyt pochylać. „Występy” pana przewodniczącego PE potępili również niemieccy politycy. Z wydźwiękiem wypowiedzi pod adresem Polski nie zgodził się szef Europejskiej Partii Zielonych, Reinhard Bütikofer. W rozmowie z jednym z niemieckich dzienników oświadczył, że potrzebne jest krytyczne spojrzenie na „problematyczny” rozwój wydarzeń w Polsce. Z drugiej strony mocno skrytykował apodyktyczną postawę niektórych niemieckich polityków. Miał na myśli Martina Schulza, Günthera Oettingera czy Volkera Kaudera. To między innymi właśnie ci niemieccy politycy zasłynęli w Polsce ze swoich ostrych wypowiedzi. Podobnie krytycznie do wypowiedzi przewodniczącego Schulza podszedł inny niemiecki polityk. Jeden z liderów FDP, Alexander Lambsdorff, zarzucił Martinowi Schulzowi „werbalny amok” i wzniecanie antyniemieckich nastrojów w Polsce. Co ciekawe, w Polsce słowa tych niemieckich polityków - którzy opowiadając się za uzasadnioną krytyką polskiego rządu, ale sprzeciwiają się aroganckim i nieprawdziwym wypowiedziom swoich kolegów - spotkały się z dużo mniejszym oddźwiękiem niż niemieckich jastrzębi atakujących Polskę. Rodzi się zatem pytanie, dlaczego? Czy Warszawa chciała słyszeć tylko i wyłącznie to, że Niemcy „krytykują” Polskę? A przecież tak nie jest. Poza tym część polskich polityków i internautów oburzając się za nadmierną krytykę ze strony Niemców, ciągle wspominała drugą wojnę światową. Niemcom odmawiano prawa krytyki wobec Polski lub mówiono, że ze względu na historię mają mniejsze moralne prawo do tego, aby karcić Polaków.

Takie „historyczne” myślenie to duży błąd. W Europie już nie chcą słuchać o wojnie. Polacy, wypominając Niemcom II wojnę światową, sami stawiają się w złym świetle. Lepiej odnosić się do teraźniejszości i to ją oceniać, niż ciągle wracać do przeszłości. Niemcy, podobnie jak inni sąsiedzi, mają prawo oceniać bądź krytykować nasz kraj – tak samo jak i my mamy prawo takie samo wobec Niemców. Przykładem może być tu sposób prowadzenia przez Merkel polityki, która nie zawsze i nie wszystkim Polakom się podoba. Ostanie wydarzenia w Kolonii - napaści na niemieckie kobiety przez imigrantów i inne osoby pochodzące z krajów arabskich i Afryki Północnej - wywołały nad Wisłą falę dyskusji o wolności mediów u zachodniego sąsiada. Wydarzenia w Kolonii stały się powodem uwag typu: „Skoro Niemcy pouczają nas o wolności mediów, co w takim razie miała oznaczać ich blokada informacyjna?”. Ta krytyka ze strony Polski była pretekstem do pokazania Niemcom, że skoro oni wtrącają się w nasze wewnętrzne sprawy, to my też coś na nich znajdziemy. Z niemieckich ust padały sformułowania, że Polska powinna być „postawiona pod nadzorem” czy wręcz „ukarana” sankcjami gospodarczymi. To nad Wisłą bardzo się nie spodobało. I bynajmniej nie tylko elektoratowi PiSu, ale o wiele szerszej części polskiego społeczeństwa. Niemieccy politycy, czy to ci z Berlina czy z Brukseli, wyraźnie się zapędzili i nie miarkowali ani słów, ani czynów. Widać, że kierują się stereotypowym myśleniem o dzisiejszej Polsce. Wygląda na to, że żyją w przeszłości, uważając, że sytuacja w obecnej Polsce jest prawie taka sama jak 9 lat temu, kiedy Polską po raz pierwszy rządził znienawidzony przez część niemieckich elit politycznych i medialnych PiS. Zostało im chyba straszenie PiSem, pohukiwanie na Polskę. 9 lat temu taka taktyka była możliwa, ale dziś jest anachronizmem. Tym bardziej, że wypowiedzi niemieckich polityków nie brzmiały jak krytyka rządu. Część z nich - np ta o możliwości nałożenia na Polskę sankcji gospodarczych - brzmiały jak groźby. Krytycy z Niemiec weszli w buty „Besserwisserów”, a ich groźby raczej odniosły odwrotny skutek od zmierzonego. Te pohukiwania z niemieckich ust są mało skuteczne, a ich efektem jest jedynie pogorszenie sytuacji. Taka postawa części niemieckich elit mocno podsyca nastroje nieufności. I to po obu stronach Odry.

Ale nie tylko Niemcy ponoszą winę za wzrost napięcia na linii Warszawa-Berlin. Również część polskich polityków nadmiernie wykorzystała te niefortunne wypowiedzi do budowania atmosfery nieufności wobec Berlina. Padały przecież przesadzone głosy z Polski, obarczające jedynie Berlin za zaistniałą sytuację. Niektórzy polscy politycy i dziennikarze nadwrażliwie reagowali na głosy z Niemiec, często krytyczne, ale nie zawsze przecież pozbawione racji. „Dobre relacje pomiędzy Polską a Niemcami to skarb”, powiedział niemiecki ambasador i miał całkowitą rację. To „skarb” nie tylko Polaków i Niemców, chociaż tych dwóch nacji głównie, lecz całej Europy. O ten „skarb” trzeba dbać. Cena przewinień po obu stronach Odry i Nysy może być ogromna, bo stawka tej „gry” jest niemała. Od stanu relacji polsko-niemieckich może zależeć również to, jaka będzie w przyszłości Unia Europejska. Nie ma co iść na „wojnę” z Niemcami. Również Niemcom ta „wojna” się nie opłaci. Berlin stara się zatem tonować konflikt. Zarówno Polacy jak i Niemcy muszą zrozumieć, że dobre polsko-niemieckie stosunki nie są dane raz na zawsze, że trzeba o nie dbać i je pieczołowicie pielęgnować. To wymaga – zresztą jak w każdym związku – cierpliwości i dialogu.

Dlatego dobrym pomysłem było zaproszenie przez polskiego ministra spraw zagranicznych niemieckiego ambasadora do rozmowy i zaproszenie do kraju nad Wisłą najgłośniejszych krytyków z Niemiec. Szczera, choć czasami trudna rozmowa, jest lepsza niż przekrzykiwanie się przez media i portale społecznościowe. Bez wzajemnego zaufania i wrażliwości z obu stron, relacje nie będą zdrowe. Zatem w dużej mierze od polskich i niemieckich polityków i dziennikarzy zależy to, czy ten rok jubileuszu będzie kolejnym dobrym rokiem, czy też zapamiętamy go jako pierwszy gorszy i stracony dla Niemców i Polaków. Naprawa pogarszających się stosunków polsko-niemieckich to zadanie nie tyko dla elit, ale też społeczeństw. Jeśli nie sprostamy temu zadaniu, będziemy świętować w naprawdę lodowatej atmosferze. A tego chyba nikt by nie chciał.
 

Reklama