Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Kowboj ponownie strzela sobie w stopę w Afganistanie

Autorzy: 
Michał Jarocki

Amerykanie nie mają ostatnio w Afganistanie dobrej passy. Raptem kilka tygodni temu wybuchł skandal z paleniem Koranu, świętej księgi Islamu. Teraz cały kraj wzburzyła wiadomość o masakrze, do jakiej doszło w Kandaharze, położonym na południu jednym z większych afgańskich miast. Czy te dwa, jakże kompromitujące wydarzenia, zniweczą długie lata budowania pozytywnego wizerunku Zachodu w oczach zwykłych Afgańczyków? Wiele na to wskazuje.

Mniej więcej dwa tygodnie temu afgańska opinia publiczna wzburzyła się na wiadomość o znalezieniu palących się egzemplarzy Koranu w jednej z amerykańskich baz wojskowych. Z dynamiką godną plotki najwyższej rangi wieść o tym zdarzeniu bardzo szybko rozniosła się po okolicznych wioskach, by w przeciągu kilkunastu godzin postawić na nogi rzesze demonstrantów w całym kraju. Protestom nie było końca, a ulice praktycznie wszystkich większych afgańskich miast zalała fala zbulwersowanych Afgańczyków, żądających surowego ukarania winnych zdarzenia, a także natychmiastowego wycofania zachodnich wojsk z ich ojczyzny.

Liczne demonstracje przyniosły ze sobą wiele szkód. Palono sklepy oraz napotkane po drodze samochody. Dostało się także afgańskim służbom bezpieczeństwa, próbującym wykonywać swe obowiązki i opanowywać rozsierdzone tłumy. W ich kierunku natychmiast leciały kamienie oraz koktajle Mołotowa. Straty odnotowali także sami Amerykanie, kiedy kilku ich żołnierzy oraz doradców politycznych zostało zaatakowanych, a następnie zabitych. Wiele państw zachodnich natychmiast odwołało do kraju swoich rodaków współpracujących z administracją rządową, a wśród żołnierzy i pracowników kontraktowych zapanowało poczucie strachu i nieufności wobec praktycznie każdego napotkanego Afgańczyka.

A wśród afgańskiej „ulicy”. Umiarkowane poparcie (a raczej cicha akceptacja ich obecności), jakim do tej pory cieszyli się Amerykanie oraz ich sojusznicy, niemal natychmiast przemieniła się w złość (w skrajnych przypadkach nawet nienawiść) oraz naturalną dla pełnego złych emocji człowieka żądzę zemsty. Wiele wskazywało na to, że w tak kluczowym dla przyszłości Afganistanu momencie, misja ISAF zaliczyła największą z dotychczasowych wpadek. I to w chwili, gdy kraj powinien się stopniowo stabilizować, umożliwiając Afgańczykom przejęcie pełnej odpowiedzialności za dalsze losy swej ojczyzny. 

Jakby Amerykanie mieli mało problemów, kilkadziesiąt godzin temu doszło do kolejnego zdarzenia, które zaliczyć można jako przysłowiowy strzał w stopę. Jeden z amerykańskich żołnierzy stacjonujących w Kandaharze (chociaż naoczni świadkowie mówią o całej grupie), opuścił bazę i włamując się do pobliskich domów, otwierał kolejno ogień do znajdujących się w nich mieszkańców. Według pierwszych szacunków w wyniku ataku śmierć poniosło siedemnaścioro Afgańczyków. Późniejsze doniesienia podają nieco rozbieżne dane. Na chwilę obecną liczbę ofiar ocenia się na piętnaście lub szesnaście osób.

Atak na cywilów został natychmiast potępiony przez czołowych amerykańskich polityków. Prezydent USA Barack Obama nazwał wydarzenie „szokującym i tragicznym”. Rzeczniczka Departamentu Stanu wyraziła głębokie zasmucenie na wieść o wydarzeniu. Sekretarz Obrony USA, Leon Panetta wypowiedział się w podobnym tonie. Zadeklarował jednocześnie, iż pilnie śledzi wszystkie raporty spływające w tej chwili w Afganistanu. Swoje ubolewanie z powodu tragedii wyraził też James Cunningham, wiceambasador Stanów Zjednoczonych w Kabulu.

Co naturalne, zdarzenie w Kandaharze rozsierdziło Afgańczyków. W najbliższym czasie można spodziewać się kolejnych masowych demonstracji (podobnych do tych sprzed dwóch tygodni), wyrażających nienawiść do Amerykanów, a także żądających surowego i bezwzględnego ukarania winnego tragedii. Sytuacji z pewnością nie uspakaja prezydent Afganistanu. Hamid Karzai nazwał zajście „zamierzonym morderstwem”, a o jego dokonanie oskarżył amerykańskich żołnierzy, nie dokonując wymaganego w tym wypadku rozróżnienia na sprawcę i pozostałych Amerykanów (całkowicie pomijając też fakt, iż służby medyczne bazy w Kandaharze natychmiast udzieliły pomocy rannym w wyniku postrzału). Afgańskie ministerstwo obrony określiło wręcz atak, jako „dzieło zachodniej koalicji”, co z pewnością również nie pomoże w tłumieniu gorących głów zwykłych obywateli.

Na chwilę obecną niewiele można powiedzieć na temat samego zajścia oraz jego sprawcy. Mniej więcej znana jest liczba ofiar, a także sposób, w jaki zostały one zamordowane. Według wstępnych informacji żołnierz został zatrzymany przez siły ISAFu i jest obecnie przetrzymywany na terenie bazy. Według świadków po dokonaniu ataku, wojskowy sam oddał się w ręce sił amerykańskich. Nieznane są motywy dokonanej przez niego zbrojni. Nie wiadomo też, czy działał sam, czy też jego akty zostały motywowane przez osoby trzecie. Według niektóry mediów sprawca jest członkiem amerykańskich sił specjalnych, jednak informacja ta nie została jeszcze oficjalnie potwierdzona.

Zajście w Kandaharze z całą pewnością nie przyczyni się do poprawy oceny sił ISAFu w oczach Afgańczyków. Jest to bardzo zła wiadomość dla żołnierzy stacjonujących na miejscu. Z pewnością będą oni narażeni na akty zemsty ze strony zwykłych obywateli, a być może także i członków afgańskich sił bezpieczeństwa. To z kolei postawi w trudnej sytuacji proces dalszej współpracy wojsk zachodnich z miejscowymi sojusznikami, utrudniając tym samym trwające szkolenia. „Odpowiednią” reakcję zapowiedzieli już talibowie.

Dramatyczne wydarzenie może też utrudnić procesy polityczne związane z przekazaniem odpowiedzialność za kraj władzom w Kabulu. Nie ułatwi także dalszej współpracy afgańskiego rządu z państwami zachodnimi. Przyczyni się zapewne również do skomplikowania sytuacji w całym regionie i to w chwili, gdy w Stanach Zjednoczonych niebawem oficjalnie rozpocznie się kampania wyborcza przed listopadowymi wyborami prezydenckimi. Have we got a problem, Huston? Yes, we have.

Komentarz pierwotnie ukazał się na stronie e-dziennika "Polityka Wschodnia" (www.politykawschodnia.pl)
 

Reklama