Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Kosowo pod mikroskopem WikiLeaks

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Łukasz Kobeszko

USA starały się przeciwdziałać ofensywie dyplomatycznej Belgradu na rzecz utrzymania suwerenności nad Kosowem i nie były przekonane o determinacji Europy w sprawie zachowania integralności terytorialnej byłej serbskiej prowincji - wynika z depesz ujawnionych przez WikiLeaks.

 


Globalna burza, która rozpętała się po ujawnieniu przez portal WikiLeaks kulisów pracy amerykańskiej dyplomacji, nie ominęła również Bałkanów i wciąż najbardziej zapalnego punktu tego regionu - Kosowa. W zwierciadle portalu Juliana Assange`a, w którym od końca listopada przegląda się cały świat dyplomacji, problem secesji Kosowa, która zmaterializowała się 17 lutego 2008 roku, przybrał perspektywę wielowymiarowej gry politycznej pomiędzy USA, Unią Europejską oraz Rosją. Z notatek wysokich rangą amerykańskich dyplomatów wyłonił się obraz braku zaufania Białego Domu do europejskich partnerów, którzy - jak obawiano się - w interesie zachowania dobrych relacji politycznych i gospodarczych z Rosją, konsekwentnie sprzeciwiającą się niepodległości Kosowa, odmówią wsparcia budowy nowego albańskiego państwa w Europie. Wyciągi z informacji umieszczonych w WikiLeaks, opublikowane przez największe media w Serbii i Europie Zachodniej pomagają zweryfikować dotychczasowy punkt widzenia wielu analityków, którzy sądzili, że stanowisko większości krajów Europy oraz USA w kwestii Kosowa pozostawało tożsame.

Co ciekawe, wydarzenia na przestrzeni dwóch lat poprzedzających jednostronne ogłoszenie niepodległości przez władze w Prisztinie, będące najciekawszym materiałem dla badaczy i politycznych komentatorów, znalazły w opublikowanych materiałach nieszczególnie dużo miejsca. Był to przecież okres, w którym Belgrad i Prisztina toczyły w Wiedniu negocjacje na temat przyszłego statusu Kosowa pod egidą specjalnego wysłannika ONZ Maarttiego Ahtisaariego. Po ich fiasku w połowie 2007 roku, przedstawiciele tzw. Trójki (dyplomaci UE, USA oraz Rosji) starali się znaleźć możliwą do przyjęcia przez obydwie strony sporu formułę "ostatniej szansy" w kwestii przyszłości prowincji. Wówczas, zarówno autorska propozycja reprezentującego UE niemieckiego dyplomaty Wolfganga Ischingera, postulująca ułożenie dwustronnych relacji Serbii i Kosowa na wzór NRD i RFN, które w 1972 roku podpisały traktat wzajemnego uznania, ani również projekt neutralnego pod względem prawa międzynarodowego statusu Kosowa, nie zyskały uznania Belgradu i Prisztiny.

Amerykańskie lęki

Z opublikowanych materiałów dotyczących lat 2006-2007 wynika, że dyplomacja amerykańska zrezygnowała z prób nacisku na mniejsze kraje unijne, które mogły być niechętnie nastawione do kosowskiej niepodległości - Hiszpanię, Słowację, Grecję, Rumunię czy Cypr i koncentrowały pole manewru na działaniach w trójkącie Berlin-Paryż-Rzym. Wbrew obiegowym sądom, to właśnie postawy tych stolic USA uznawały za najbardziej niepewne i problematyczne. Amerykanie zwyczajnie obawiali się, że trwające od momentu zakończenia bombardowań ówczesnej Federalnej Republiki Jugosławii latem 1999 roku, ich zaangażowanie w Kosowie okaże się jednym wielkim fiaskiem, a największe europejskie stolice opowiedzą się po stronie Belgradu.

Ten lęk Waszyngtonu widoczny był szczególnie na przełomie 2007 i 2008 roku, a więc po fiasku misji Trójki. USA były przekonane, że opracowany wcześniej tzw. plan Ahtisaariego, zakładający proklamowanie na okres 5 lat międzynarodowo nadzorowanej niepodległości dawnej serbskiej prowincji nie zyska poparcia na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ z uwagi na sprzeciw Rosji oraz Chin. Waszyngton nie był przede wszystkim pewien postawy Francji rządzonej wówczas przez prezydenta Jacquesa Chiraca.

Specjalnej misji na odcinku francuskim podjął się Daniel Fried, doradca ds. Europy i Eurazji ówczesnej Sekretarz Stanu Condoleezzy Rice. Fried, znany w naszym kraju przede wszystkim jako ambasador USA za czasów drugiej kadencji Billa Clintona, w połowie lat 80. pełnił również wysokie funkcje w ambasadzie amerykańskiej w Belgradzie.

Jedna z depesz z ambasady USA w Paryżu jeszcze pod koniec 2006 roku (a więc w trakcie wspomnianych wyżej negocjacji serbsko-albańskich w Wiedniu), relacjonowała rozmowę Frieda z doradcą ds. polityki zagranicznej ówczesnego prezydenta Francji Jacquesa Chiraca, Mauricem Gourdault-Montaign`em. Francuz przekazał, że ówczesny prezydent Rosji Władimir Putin zapowiada, że nie będzie zwlekać z zablokowaniem w ONZ planu "nadzorowanej niepodległości" Kosowa, gdyż jest on nie do przyjęcia przez wszystkie strony sporu. Francuzi podkreślali ponadto, iż Putin wyraża spore zaniepokojenie możliwością podziału Kosowa na północną część znajdującą się pod jurysdykcją Serbii i południe, które mogłoby połączyć się z Albanią. Gourdault-Montaigne zwrócił uwagę, że podział taki doprowadziłby do wzrostu aktywności islamskich fundamentalistów w "miękkim podbrzuszu Europy". Zdaniem francuskiego dyplomaty, sposobem na uniknięcie kryzysu mogłaby być większa elastyczność Europy w stosunku do Serbii, szybkie podpisanie Porozumienia o Stabilizacji i Stowarzyszeniu (de facto nastąpiło ono dopiero w 2008 roku, już po ogłoszeniu niepodległości przez Kosowo), które nie wiązałoby się z wymogiem ustosunkowania się Belgradu do kwestii przyszłego statusu Kosowa.

Gdy Fried regularnie podkreślał, że kosowskim Albańczykom Zachód po prostu obiecał niepodległość, a odkładanie decyzji o usamodzielnieniu się dawnej serbskiej prowincji może spowodować wzrost napięcia wśród kosowskich Albańczyków i nowe rozruchy, chociażby podobne do pogromów ludności serbskiej i niszczenia prawosławnych świątyń, które miały miejsce w wielu punktach Kosowa w marcu 2004 roku, Gourdault-Montaigne odparł, że Francja opowiada się za "odłożeniem" problemu Kosowa i działaniami na rzecz uelastycznienia stanowiska Rosji.

"Musimy działać bez Rosji, która wykorzysta każdy zastój w sprawie, aby podwyższyć swoją stawkę, Francuzi się generalnie godzą, ale ciągle wskazują na konieczność zmiękczania Rosji" - Fried depeszował po spotkaniu do waszyngtońskiej centrali.

W styczniu 2007 roku, tuż przed wyborami parlamentarnymi w Serbii, Jacques Chirac przekazał kanclerz Niemiec Angeli Merkel propozycję szybkiego podpisania przez UE i Belgrad Porozumienia o Stabilizacji i Stowarzyszeniu, które otworzyłoby Serbom formalną drogę do procesu integracji europejskiej. Początkowo Merkel była sceptyczna co francuskich planów twierdząc, że Belgrad nie jest jeszcze w stanie wypełnić podstawowych zobowiązań wobec Europy, szczególnie w kwestii pełnej współpracy z Międzynarodowym Trybunałem Karnym ds. Zbrodni Wojennych w b. Jugosławii.

Co ciekawe, już za rządów Nicolasa Sarkozy`ego, Paryż uznał niepodległość Kosowa 18 lutego 2008 roku, a więc następnego dnia po ogłoszeniu przez kosowskich Albańczyków deklaracji niezależności. Pozwala to postawić ważne pytanie: czy gdyby u steru władzy pozostawał jeszcze Chirac, Francja znalazłaby się w grupie pierwszych krajów uznających istnienie nowego państwa w Europie?

Zasadniczo, ujawnione dokumenty z lat 2006-2007 potwierdzają tezę, że amerykańska dyplomacja, w przeciwieństwie do ostrożnej strategii "twardego jądra UE" znacznie intensywniej lansowała w świecie dyplomatycznym ideę kosowskiej secesji.

Niepewni Włosi

Znacznie więcej ujawnionych depesz dotyczy okresu już po ogłoszeniu niepodległości dawnego autonomicznego okręgu Jugosławii i Serbii. Powód do bezsenności Waszyngtonu w kwestii Kosowa nastąpił już w 9 miesięcy po ogłoszeniu aktu niepodległości przez Prisztinę. W listopadzie 2008 roku premier Włoch Silvio Berlusconi podczas jednej z konferencji prasowych oświadczył, że uznanie przez znaczną część Europy niepodległości Kosowa było "prowokowaniem Rosji". Berlusconi zwrócił również uwagę, że podobnymi, negatywnymi krokami było rozszerzenie NATO oraz plany budowy elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. Słowa Berlusconiego, od lat znanego jako zwolennika bliskiej współpracy z Rosją zostały przez Amerykanów odczytane jako zakwestionowanie polityki jego poprzednika Romano Prodiego, którego gabinet zdecydował się na uznanie niepodległości Kosowa już w cztery dni po jednostronnej deklaracji niepodległości ogłoszonej przez Prisztinę.

"Na nasz protest, włoski MSZ i doradcy premiera poprosili nas, abyśmy się zwrócili do niego sami. W ogóle nie byli mu w stanie przekazać niemiłej wiadomości, że swoimi wystąpieniami nie tylko rozłościł nas, ale także inne kraje zaangażowane w proces pokojowy na Bałkanach, nie wspominając już o Czechach i Polakach" - donosił z Rzymu do Waszyngtonu ówczesny ambasador USA we Włoszech, Ronald Spogli.

Europa zmęczona Kosowem

WikiLeaks odkryło również depesze pierwszej ambasador USA w Kosowie Tiny Kaidanov, która w pismach z 2009 roku wskazywała, że po ogłoszeniu przez Kosowo niepodległości, Europa w zasadzie odpuściła zainteresowanie problemem Bałkanów. Jej zdaniem, pasywna postawa Rzymu, Berlina i Paryża wraz z szerzącym się wśród mieszkańców krajów byłej Jugosławii przekonaniem, że UE odwleka termin swojego kolejnego poszerzenia, tworzy w istocie "groźną kombinację". Relacjonując rozmowy przedstawiciela Sekretariatu Stanu USA z Robertem Cooperem, doradcą szefowej unijnej dyplomacji Catherine Ashton, ambasador donosiła, że w Kosowie istnieje zasadniczy problem dotyczący integralności terytorialnej, a zamieszkana przez serbską większość północ Kosowa, którego granicę wyznacza nurt rzeki Ibar, znajduje się całkowicie poza kontrolą władz w Prisztinie. Tym samym, dyplomatka skrytykowała małe efekty działalności unijnej misji EULEX, która nie zapobiegła faktycznemu podziałowi kraju. "Może to doprowadzić do sytuacji, że niektórzy Europejczycy wycofają się aktywności w Kosowie i przystaną na łatwy podział kraju pomiędzy Serbów i Albańczyków" - pisała Kaidanov.

Na problem zwrócił również uwagę kolejny amerykański ambasador w Prisztinie Christopher Dell, który zaznaczał, że pryncypialne stanowisko Belgradu w kwestii nieuznawania jednostronnej secesji Kosowa i podkreślanie przez Serbów związków z północnym Kosowem mogą doprowadzić do ponownego przyłączenia tej części kraju do Serbii.

Ameryka kontra Serbia

USA, obok Wlk. Brytanii i Afganistanu należały do grupy pierwszych krajów, które uznały niepodległość Kosowa. Krok ten spowodował największe ochłodzenie w relacjach Waszyngtonu i Belgradu od ponad półwiecza. Podczas masowych demonstracji w stolicy Serbii w lutym 2008 roku domagających utrzymania suwerenności Belgradu nad Kosowem, fasada amerykańskiej placówki dyplomatycznej została zdemolowana i obrzucona koktajlami Mołotowa. Szybko rozprzestrzeniający się pożar okazał się tragicznym dla jednego z demonstrantów, dwudziestokilkuletniego studenta, który jako kilkunastoletni chłopiec zmuszony był do opuszczenia Kosowa po zajęciu prowincji przez siły NATO po wojnie w 1999 roku. Ambasadę na wiele dni zamknięto, a Belgrad demonstracyjnie odwołał na konsultacje swoich wysokich rangą dyplomatów z Waszyngtonu.

Pomimo późniejszych kroków w stronę normalizacji stosunków, depesze amerykańskich dyplomatów z Belgradu i Prisztiny pokazują jednak, że Waszyngton chciał za wszelką cenę zneutralizować szeroką ofensywę dyplomatyczną, którą cieszący się przecież sympatią Zachodu prezydent Boris Tadić oraz szef dyplomacji Vuk Jeremić rozwinęli na arenie międzynarodowej tuż po ogłoszeniu niepodległości przez Prisztinę. Celem kampanii było przede wszystkim zniechęcanie licznych krajów świata do uznawania niepodległości Kosowa (do grudnia 2010 roku kosowską państwowość uznały 72 państwa) oraz doprowadzenie do skierowania przez Zgromadzenie Ogólne ONZ zapytania do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości o legalność jednostronnej secesji Kosowa w świetle prawa międzynarodowego.

Latem 2008 roku ambasador Christopher Dell depeszował, że "międzynarodowa kampania prezydenta Tadića staje się coraz bardziej reżyserowana i jeżeli zakończy się sukcesem, doprowadzi do wielkiej porażki całej, dziesięcioletniej strategii USA na Zachodnich Bałkanach". Dell obawiał się równocześnie, że "serbska nieustępliwość w połączeniu z europejskimi wahaniem i słabością", powiększają ryzyko odnowienia się kosowskiego konfliktu.

Niemal w tym samym czasie odbyła się ujawniona przez WikiLeaks rozmowa ambasador USA w Belgradzie Mary Warlick i Jovana Ratkovića, doradcy prezydenta Serbii ds. polityki zagranicznej. "Na północy Kosowa mieszkają ludzie, którzy nigdy nie mieszkali obok Albańczyków, nigdy nie poczuwali się do związków z resztą Kosowa i nigdy nie będą posłuszni wobec Prisztiny" - miał zaznaczyć serbski polityk, który dodał, że Belgrad nie dąży do zmiany realiów w Kosowie, ale jednocześnie zachowując swój realizm wie, że podporządkowanie się północy Kosowa Prisztinie będzie dla miejscowych Serbów praktycznie niewykonalne.

Po rozmowie, dyplomatka depeszowała do Waszyngtonu, że Serbowie w skuteczny i subtelny sposób "promują faktyczny podział Kosowa". Jednocześnie zwracała uwagę, że jej bałkański rozmówca wyraził obawy przed militarną akcją USA i UE, która prowadziłaby do podporządkowania północy Kosowa albańskim władzom w Prisztinie.

Podwójna gra?

W oficjalnych oświadczeniach serbskiej i unijnej dyplomacji widać wyraźne rozróżnienie pomiędzy zagadnieniem integracji europejskiej Serbii oraz kwestią uznania przez Belgrad niepodległości Kosowa. Szczególnie Serbowie podkreślają, że pogodzenie się z ostateczną utratą Kosowa nie stanowi dla nich warunku sine qua non wejścia do UE. Bruksela także nie przedstawiła Serbom ultimatum w kwestii uznania Kosowa. Jednakże ostatnia część ujawnionych depesz wskazuje, że Zachód coraz poważniej myśli o konieczności przekonania Belgradu, że nie będzie powrotu do sytuacji sprzed wojny z 1999 roku. Co znamienne, w tej kwestii doszło do ciekawego współdziałania dyplomacji francuskiej i amerykańskiej.

Jak wynika z korespondencji pomiędzy francuskim i amerykańskim resortem dyplomacji, Paryż w lutym 2010 r., gdy Serbia oczekiwała na opinię Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie legalności secesji Kosowa i przygotowywała treść nowej rezolucji ONZ w sprawie swojej dawnej prowincji, oczekiwał, że USA i UE przekonają Serbów, iż ich strategia nie przyniesie rezultatów i z punktu widzenia prawa międzynarodowego kwestia Kosowa jest już zamknięta.

"Wygląda na to, że szef serbskiej dyplomacji Vuk Jeremić ciągle wierzy, że Belgrad może osiągnąć sukces w ONZ w sprawie Kosowa i jednocześnie szynko wejść do UE. Powinniśmy różnymi sposobami dać mu do zrozumienia, że się myli" - relacjonują amerykańskie depesze. Jeden z wysokich urzędników we francuskim MSZ miał też zwierzyć się Amerykanom, że demarche jaki Paryż wysłał do Belgradu w lutym 2010 roku mocno ugodził w tradycyjne związki serbsko-francuskie i został odczytany przez bałkański kraj jako niezrozumiała i nagła zmiana przyjaznego Serbii stanowiska Paryża.

"Oczywiście, formalnie nie stawialiśmy Serbii warunku uznania niepodległości Kosowa. Ale powiedzieliśmy im też, że nie chcemy drugiego Cypru. W efekcie finalnym więc, jeżeli Serbia będzie chciała wejść do UE, musi uznać niepodległe Kosowo" - mieli zapewnić amerykańską dyplomację Francuzi.

Opublikowane przez WikiLeaks dokumenty w sprawie Kosowa wskazują na jedną, podstawową prawdę, którą kieruje się współczesna dyplomacja. Skomplikowane problemy międzynarodowe nie mogą być nigdy pomyślnie rozwiązane za pomocą unilateralnych i awanturniczych posunięć, ani także poprzez piarowską narrację opartą na wizjach historycznych i emocjach. Gwarantem sukcesu może być tylko metodyczne i mozolne dochodzenie do konsensusu z udziałem najważniejszych aktorów europejskiej i globalnej sceny politycznej. Na poziomie bardziej szczegółowym, naświetlony przez ujawnione depesze problem świadczy o tym, że Waszyngton nie zawsze widział problemy Starego Kontynentu w odpowiednich proporcjach i wciąż całkowicie nie wyzwolił się z paternalistycznego podejścia do swoich europejskich partnerów. Wbrew więc licznym, oficjalnym zapewnieniom, dyplomatyczna gra wokół Kosowa jeszcze się nie zakończyła.

Autor jest dziennikarzem i publicystą specjalizującym się w problematyce obszaru poradzieckiego, Europy Wschodniej oraz Bałkanów

Reklama