Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Jeszcze o Charlie’m…

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Ks. dr Przemysław Marek Szewczyk

Wiem, wiem… Spóźniam się, bo sprawa Charlie Hebdo już nie jest newsem: miała swoje pięć minut w mediach, na blogach i portalach internetowych, w kilku dyskusjach i minęła. Po co nią sobie zaprzątać głowę? Nie podniesie już oglądalności, nie nabije lajków na fejsbuku. Jednak właśnie teraz jest czas, by chwilę się przy Charlie’m zatrzymać.

Zacznę oczywiście od konwencjonalnych wyrazów współczucia dla ofiar masakry w redakcji tygodnika i dla ich rodzin: przykro mi z powodu śmierci tych ludzi. Z dwóch jednak powodów nie będę się roztkliwiał. Najpierw dlatego, że gdybym odmówił sobie dystansu do tego rodzaju tragedii, to życie bym spędził na wyrażaniu współczucia i współżałobieniu się z wszystkimi ofiarami niesprawiedliwości i przemocy, a tych jest w świecie tyle, że najzwyczajniej nie dałbym rady. Poza tym dziś prowadziłem pogrzeb 3,5 letniego Wiktorka, uczestniczyłem w bólu jego rodziców szczerze, z bliska i konkretnie. Z tej perspektywy czuję, że moje wyrazy współczucia z powodu tragedii redaktorów Charlie Hebdo mogą być tylko konwencjonalne. Drugi powód jest ważniejszy: sprawa wykracza poza zwykłą ludzką śmierć, nawet jeśli jest ona tragiczna, i to właśnie owo „więcej” powinno przykuć naszą uwagę.

Druga część mojego komentarza jest konieczna ze względu na to, że nie mam – zresztą jak my wszyscy – żadnej wiedzy o tym, co się stało naprawdę. Słyszę jedynie opowieść i tym tekstem jakoś sam ją tworzę. Nie byłem wtedy w Paryżu ani przed redakcją, ani w środku. Nie znam nikogo z morderców, ani nikogo z ofiar. Nie rozmawiałem z nikim ani przed, ani po masakrze. Nie wiem, kto co inspirował, kto na co pozwolił, kto dokładnie co zrobił. Internet roi się od ustalania faktów: co robiły służby specjalne, kim byli napastnicy, skąd mieli broń i kto ich wysłał. Niech Bóg błogosławi dociekliwym detektywom tych kwestii. Ja nie mam czasu ani możliwości. Muszę zadowolić się medialną narracją, która na naszych oczach urasta do rangi mitu. I to właśnie tej narracji chcę poświęcić uwagę, bo jestem głęboko przekonany, że nie fakty mają bezpośredni wpływ na dzieje świata, ale ich narracja, którą nazywamy historią, a która – o ile wystarczająco mocno oderwie się od faktów – staje się mitem.

Po tym przydługim wstępie mogę przejść do rzeczy.

Ludzie mówią więc, że 7 stycznia w Paryżu dwóch mężczyzn krzycząc „Allahu akbar” oraz „Pomściliśmy Proroka” zabiło 12 pracowników redakcji satyrycznego tygodnika „Charlie Hebdo”. Pracująca tam kobieta, Sigolene Vinsion, miała przed śmiercią usłyszeć od jednego z nich słowa: „Nie zabijam cię dlatego, że jesteś kobietą – nie zabijamy kobiet – ale musisz nawrócić się na Islam, czytać Koran i nosić zasłonę”. W dzień tragedii Prezydent Republiki Francuzów nazwał to wydarzenie „terrorystycznym atakiem” i „skrajnym barbarzyństwem”, a 11 stycznia miliony ludzi wyszło na ulicę protestując przeciw zbrodni i solidaryzując się z ofiarami pod hasłem „Jestem Charlie”.

Tyle z grubsza mówi opowieść. Co o tym myślę?

W moich oczach jest ona przede wszystkim mitem umacniającym Europejczyków w przekonaniu, że mają rację i że idą słuszną drogą. W narracji tej religia (w tym wypadku Islam) jest źródłem zbrodni i wojny, a źródłem pokoju i sprawiedliwości jest Prezydent Republiki, „Charlie Hebdo” i wszyscy, którzy identyfikują się z satyrycznym „Karolkiem”. Po stronie religii jest karabin, po ich stronie zastrugany ołówek. Z jednej strony mamy „barbarzyńców”, a drugiej ludzi cywilizowanych. Jak w każdym micie, tak i w tej narracji świat musi być prosty, więc nie mam w niej miejsca ani dla Ahmeda, ani dla obrzydliwych rysunków tworzonych przez redakcję „Charliego”. Z taką narracją – nie tylko dlatego, że jestem chrześcijaninem, ale także (a może nawet w tym kontekście przede wszystkim) dlatego że jestem człowiekiem myślącym – głęboko się nie zgadzam.

Wojna bierze się z niesprawiedliwości, a tej dopuszczają się zarówno ludzie religijni jak i niereligijni. Fałszywe jest traktowanie religii jako głównego a czasem nawet jedynego źródła wojny. Fałsz zaś sam jest niesprawiedliwością i ostatecznie do wojny może doprowadzić. Dlatego ostatecznie do narracji o paryskich wydarzeniach z 7 stycznia mam trzy zdania komentarza:

1. Redakcja „Charlie Hebdo” nie popełniła zbrodni zasługującej na śmierć, ale nie jest niewinnym gołąbkiem pokoju pożartym przez barbarzyńskiego jastrzębia religii.

2. Zabójcy nie oddali chwały Bogu i nie obronili dobrego imienia Proroka.

3. Nie jestem Charlie.

Uważny czytelnik zauważy na pewno, że wszystkie te zdania są zaprzeczone. Wieść z Paryża jest według mnie narracją martwą w tym sensie, że ani o krok nie przybliża nas do sprawiedliwości i pokoju. Ostatecznie jestem głęboko przekonany, że tylko jedna wieść jest w stanie zaprowadzić sprawiedliwość i pokój: za czasów rzymskiego prokuratora w Jerozolimie na wniosek religijnych ludzi został ukrzyżowany Jezus z Nazaretu, ale bez obaw, On żyje.

Autor jest prezbiterem Kościoła rzymsko-katolickiego Archidiecezji Łódzkiej. Ukończył studia doktorskie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II z zakresu historii Kościoła – patrologii oraz studia magisterskie na Uniwersytecie Łódzkim z zakresu filologii klasycznej. Tłumacz dzieł Ojców Kościoła z języka greckiego i łaciny. Miłośnik i znawca Bliskiego Wschodu.

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu "Dom Wschodni - Domus Orientalis"; http://domwschodni.pl/

Fot. żródło: http://www.theartnewspaper.com/

Reklama