Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Jaki kraj, taki terrorysta?

Autorzy: 
prof. Ryszard Machnikowski

We wtorek 20 listopada 2012 r. od rana media rozpoczęły rozpowszechnianie sensacyjnej informacji o „udaremnieniu przez ABW ataku terrorystycznego, którego celem miał być Sejm, premier oraz prezydent”. O godz. 10 w warszawskiej centrali ABW odbyła się szeroko relacjonowana przez media wspólna konferencja krakowskiej prokuratury (która nadzoruje sprawę) oraz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Ujawniono wówczas, że domniemanym sprawcą ataku miał być 45 – letni chemik, dr Brunon K., adiunkt na Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie. Według prokuratorów miał on stworzyć „grupę zbrojną dążącą do przeprowadzenia zamachu na konstytucyjne organy RP”. Na konferencji poinformowano też, że planowano użycie czterech ton (sic!) materiałów wybuchowych.

W czwartek odbyło się posiedzenie parlamentarnej komisji ds. służb specjalnych. W wypowiedziach dla mediów posłowie mieli potwierdzić, że zagrożenie było „poważne i realne”. Tyle fakty, reszta pogrążona jest w gęstej mgle domysłów i spekulacji.

Od wtorkowego rana temat zamachu stał się medialną „jedynką”, a studia telewizyjne i radiowe, jak zwykle przy tego rodzaju okazji, zapełniły się „ekspertami” od terroryzmu, którzy niemalże jednym głosem zaczęli propagować tezę o poważnym zagrożeniu, jakim jest w Polsce rodzimy terroryzm, przed czym mieli jakoby przestrzegać od lat. Niestety, teza ta jest daleka od rzeczywistości – do wtorku 20.11.2012 zdecydowana większość „ekspertów”, dziennikarzy, polityków oraz przedstawicieli służb uspokajająco twierdziła, że zagrożenie terroryzmem jest w Polsce znikome i nieistotne, a „rodzimy” ekstremizm nie istnieje – autor tego komentarza posiada bogate archiwum na potwierdzenie tej tezy. Mniej dociekliwego Czytelnika warto odesłać chociażby do najnowszego raportu ABW oceniającego potencjalne zagrożenia dla EURO 2012, który został publicznie przedstawiony na początku bieżącego roku i zaprezentowanych tam przez Agencję ustaleń w tym zakresie. Warto w tym kontekście zajrzeć na strony internetowe poświęcone temu zagadnieniu na portalu Stosunki.pl, gdzie miałem możność zaprezentowania swoich poglądów w tym zakresie (http://www.stosunki.pl/?q=content/globalny-terroryzm-sprawa-polska), które przynajmniej w części, jeśli dobrze zrozumiałem wymowę jego tekstu, zostały podzielone przez p. płk rez. dr Krzysztofa Surdyka, pełniącego funkcję szefa wywiadu WSI w latach 2003 – 2006 (http://www.stosunki.pl/?q=content/ad-rem-globalny-terroryzm-sprawa-polska).

Od rana 20 listopada 2012 r. okazało się jednak, że „terroryzm domowego chowu” jest w naszym kraju realnym i poważnym zagrożeniem. Być może tak, ale casus doktora Brunona K. bynajmniej na to nie wskazuje, o ile przyjąć, że informacje podane mediom przez prokuraturę i ABW znajdują choć w minimalnym stopniu swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Gdyby przez chwilę założyć, jak to przyjęli krakowscy prokuratorzy, że chciał on rzeczywiście dokonać zamachu na konstytucyjne organy RP, nie mógł on zabrać się do tego gorzej. Nie krył się ze swoimi „ekstremistycznymi” (choć dopiero materiał dowodowy, który stanie się dostępny na procesie, będzie mógł zweryfikować tę prokuratorską hipotezę) poglądami – wręcz przeciwnie, był aktywny zarówno na zajęciach ze studentami, jak i w Internecie. Zamieszczał tam także filmy z eksperymentów pirotechnicznych, których był autorem – pierwszy zaprezentowany film miał pochodzić z 2000 r. Doktor Brunon K. musiał być zatem nie tylko świetnym specjalistą od materiałów wybuchowych, ale także przenikliwym i błyskotliwym wręcz politologiem, jeśli już wtedy przewidywał, że sytuacja polityczna w naszym kraju dryfować będzie w kierunku nieograniczonego konfliktu wewnętrznego, radykalizującego nastroje społeczne. Miał on także „zwerbować” członków swojej „grupy zbrojnej”, w skład której, jak się zakłada, weszło co najmniej dwóch pracowników ABW działających „pod przykryciem”, poprzez ogłoszenia, zachęcające do „aktywności” politycznej. Cztery tony (sic!) materiałów wybuchowych miał zamówić w Internecie – należy założyć, że nie chciał składować tej ilości w mieszkaniu (biorąc pod uwagę możliwy opór ze strony małżonki), musiał zatem stworzyć sieć kryjówek – bezpiecznych miejsc, w których można byłoby je wszystkie przetrzymywać – wszystko pod czujnym okiem jego współpracowników – „agentów” ABW. Miał mieć do dyspozycji „lewe” tablice rejestracyjne, krajowe i zagraniczne, broń, amunicję, a także m. in. tzw. ghillie suit – choć przydatność tego ostatniego akcesorium dla przeprowadzenia zamachu bombowego w warunkach miejskich wydaje się być nieco dyskusyjna – być może jednak rozpatrywał inne warianty ataku na prezydenta RP – np. w trakcie polowania. Niestety dla niego, a z korzyścią dla nieustępliwych służb bezpieczeństwa państwa, otaczających go swoją „opieką”, błyskotliwości nie starczyło mu dla przyswojenia informacji, że Internet nie jest najlepszym miejscem do dokonywania zakupów materiałów podwójnego zastosowania. Jeden z prokuratorów stwierdził, że wzorem dla niego miał być Breivik – widocznie nie odnotował szeroko niegdyś rozpowszechnianej w mediach informacji, że nasze służby objęły dyskretnym nadzorem osoby, chcące nabywać w Internecie środki chemiczne, z których można konstruować ładunki wybuchowe.

Jednym słowem, gdyby bazować tylko na tych informacjach, które zostały dostarczone opinii publicznej przez stronę prokuratorską, co wydaje się być mocno ryzykowne, postać doktora Brunona K. jawi się jako „anty-Breivik”. Jego „wzór” nie rzucał się przecież w oczy i był dyskretny do momentu przeprowadzenia zamachu, w sieci stał się obecny krótko przed nim, opracował i przeprowadził perfekcyjny plan destabilizacji politycznej państwa norweskiego, nie pojawiając się „na radarze” tamtejszych służb specjalnych do momentu jego aresztowania na wyspie Utoya.

Możliwe jednak, że sprawy z doktorem K. wyglądały zupełnie inaczej. Trzeba więc cierpliwie poczekać do procesu, gdzie zebrany w trakcie „operacji specjalnej” ABW materiał dowodowy doczeka się weryfikacji przez niezawisłą władzę sądowniczą, a opinia publiczna i media zyskają szansę poznania nie tylko wersji prokuratury i służb, ale także wersji samego oskarżonego. Należy przy tym wyrazić nadzieję, że tak jak to było w Norwegii, proces „polskiego Breivika” będzie jawny i równie szeroko relacjonowany i komentowany, jak konferencja prasowa ujawniająca jego przypadek. Niezależnie bowiem od tego jaka jest „prawda”, casus „pierwszego terrorysty w III RP” godny jest dogłębnych studiów, analiz oraz wniosków.
 

Tags:

Reklama