Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Imigracja testem europejskiej solidarności

Autorzy: 
Martyna Kośka

Minister Jerzy Miller zapowiedział, że Polska jest gotowa przyjąć kilku lub kilkunastu uchodźców z Libii, którzy aktualnie przebywają na Malcie. Słysząc takie zapewnienia, pozostaje nam się cieszyć, że Polska znajduje się tak daleko od basenu Morza Śródziemnego i fala imigrantów z północnej Afryki do nas nie dotrze. Takiego komfortu nie mają władze Hiszpanii czy Włoch, które to kraje od lat są celem niebezpiecznych, masowych wypraw setek Tunezyjczyków czy Algierczyków. Nigdy jednak ich napływ nie był tak silny, jak w ostatnich trzech miesiącach. I nic nie zapowiada, by sytuacja miała się zmienić.

Z piekła do raju

Włoskie władze szacują, że od początku 2011 roku do Italii przybyło ponad 26 tysięcy uchodźców. Tunezyjczycy kierują się na wyspę Lampedusa, ale nie traktują jej jako miejsce docelowe, a jedynie rodzaj poczekalni przed dalszą podróżą. Większość z nich deklaruje, że najchętniej znalazłaby się we Francji, co jest zrozumiałe choćby ze względów językowych. Chyba wszystkie stacje telewizyjne w Europie pokazały stworzone ad hoc prymitywne obozowiska, w których bez dostępu do bieżącej wody i jedzenia tysiące uciekinierów zastanawiało się, co dalej ze sobą zrobić.

Pojawianie się dziesiątek nowych łodzi każdego dnia z trwogą obserwowali mieszkańcy liczącej na co dzień 6 tysięcy stałych mieszkańców wyspy, a gdy zdesperowani Tunezyjczycy zaczęli opuszczać obozowiska i szukać jedzenia w miasteczkach, lokalne władze gwałtownie domagały się interwencji rządu. Na wyspę przyleciał premier Silvio Berlusconi, który zapowiedział, że wkrótce ruszy ewakuacja imigrantów. Premier pocieszał swych obywateli także we właściwy sobie sposób – oświadczył, iż niedługo stanie się jednym z mieszkańców wyspy, gdyż właśnie dokonał zakupu dużej nieruchomości, a ponadto zapowiedział, że zgłosi mieszkańców wyspy do pokojowej Nagrody Nobla. Ostatniego dnia marca z wyspy odpłynął pierwszy statek, który zabrał niemal 1,5 tysiąca Tunezyjczyków do Apulli, skąd zostali przetransportowani do różnych obozowisk. Zgodnie z zapowiedziami, na Lampedusie ma nie pozostać żaden imigrant. 5 kwietnia rząd Włoch podpisał z władzami tunezyjskimi porozumienie, zgodnie z którym wszyscy nowi imigranci będą odsyłani z powrotem do swego kraju.

Razem czy osobno?

Rozwiezienie imigrantów nie stanowi wygranej wojny z potężną falą napływową, nie jest nawet wygraną bitwą. Gwałtowny napływ tysięcy ludzi z całą bezwzględnością ujawnił kolejną bolączkę Unii Europejskiej – brak solidarności i przekonanie, że z problemem imigrantów powinny walczyć tylko te kraje, do których imigranci przybyli. Już w połowie lutego włoski rząd zaapelował o pilne zwołanie obrad unijnej rady ministrów spraw wewnętrznych i sprawiedliwości.”Maghreb eksploduje” - napisał w uzasadnieniu swego apelu Roberto Maroni, minister spraw wewnętrznych - „Prosimy o natychmiastową odpowiedź UE na tę nową zaistniałą sytuację, z którą same Włochy nie dadzą sobie rady". Najwięksi europejscy gracze, czyli Francja i Niemcy, uznali problem imigrantów za wewnętrzną sprawę Włoch. W akcie solidarności mniejsze państwa deklarowały przyjęcie kilkudziesięciu imigrantów, co nie poprawiało ogólnej sytuacji.

Brak zdecydowanej reakcji spowodował, iż władze w Rzymie zdecydowały się wydawać Tunezyjczykom 90-dniowe zezwolenia na pobyt, dzięki którym swobodnie mogli się poruszać po całej strefie Schengen. Administracja Silvio Berlusconiego wyjaśniała, że chce umożliwić Tunezyjczykom dołączenie do ich rodzin, które przebywają w innych krajach. Takiemu podejściu sprzeciwiła się Francja, będąca celem większości Tunezyjczyków, którzy – z kartami w ręku – ruszyli pociągami w kierunku francuskich granic. Dzięki zezwoleniom mieli być traktowani jak turyści.

Nie było wątpliwości, że Włosi naruszyli procedury, wydając dokumenty pobytowe. W innych okolicznościach Tunezyjczycy musieliby udowodnić, że posiadają środki wystarczające do spędzenia określonej liczby dni w Europie, zobligowani byliby do posiadania ważnego paszportu. Tymczasem wielu z nich przybyło na Lampedusę bez jakichkolwiek dowodów tożsamości. Czy – biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności – zasadne byłoby traktowanie ich jak uchodźców? Również nie. W Tunezji nie toczyła się wojna, a jedynie przez kilka tygodni na ulicach trwały walki. Sytuacja polityczna jest już ustabilizowana. Życie ludzi nie znajduje się w bezpośrednim niebezpieczeństwie. Tunezyjczycy nie podzielili losu Libijczyków, na których przybycie do Europy władze patrzą łaskawiej (w kwietniu na Malcie było już około tysiąca uchodźców z tego pogrążonego w wojnie kraju). Uciekinierzy z Tunezji są w przeważającej części nielegalnymi imigrantami ekonomicznymi, większość z nich to ludzie przed 30. rokiem życia, którzy chcieliby połączyć się ze swymi rodzinami już w Europie przebywającymi lub po prostu rozpocząć tu nowe życie.

Francja nie oczekiwała ich z otwartymi ramionami i 17 kwietnia wprowadziła kontrole graniczne. Wpuszczono tylko tych Tunezyjczyków, którzy posiadali ważne paszporty i środki finansowe. Władze holenderskie również zapowiedział, że zamkną granice, jeśli Włosi nie zaprzestaną rozdawania zezwoleń na pobyt. W tle pojawiły się radykalne głosy o siłowym pozbywaniu się nielegalnych imigrantów. Prawdopodobnie na niewiele się to zda. Europa szykuje się na drugą falę uciekinierów – tym razem z Libii.

Koniec Schengen?

Czy wprowadzenie kontroli na granicach nie uderza w zasady obowiązujące w strefie Schengen? I czy nie stanowi to zapowiedzi likwidacji samej strefy, w każdym razie – w jej obecnym kształcie? Komisarz UE ds. wewnętrznych, Cecilia Malmstroem oceniła, że Francja miała prawo zamknąć granice, gdyż informowała wcześniej odpowiednie instytucje o swym zamiarze. Poza tym granice zamknięte były jedynie przez krótki czas, po czym wszystko wróciło do normy. „Schengen to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie mamy w UE i musimy jej bronić” - dodała pani komisarz.

Nie sposób jednak podzielić tego optymizmu. Państwa Unii nie zdały egzaminu z solidarności – takie zdanie pojawiało się najczęściej w doniesieniach medialnych na temat sytuacji wywołanej pojawieniem się imigrantów. Zgoda, przyjmowanie obywateli należy do kompetencji narodowych, ale ucinanie w ten sposób dyskusji powoduje, że państwa położone w Europie południowej są w dużo gorszej sytuacji niż te, do których imigranci z Afryki Północnej nie docierają. Włochy, Hiszpania czy Portugalia od lat zmagają się z problemem nielegalnej imigracji i nie są w stanie zainteresować tą kwestią reszty Europy, a w każdym razie ta nie wykazuje należytego zrozumienia tematu.

Imigracją zajmowali się politycy przy okazji różnych spotkań, specjalnie w tym celu zwoływanych (jak np. spotkanie ministrów spraw wewnętrznych UE z 11 kwietnia), ale nie przyniosły one nic, poza potokiem słów. Były skierowane były w głównej mierze przeciwko Tunezyjczykom i miały ich zniechęcić do prób przybycia do Europy w razie niespełnienia procedur „Pozwolić na wjazd osobom, które nie mogą się wyżywić z własnych środków i które nie mogą udowodnić, że mają środki utrzymania, to jak przygotowanie terenu pod przestępczość” - powiedziała minister spraw zagranicznych Austrii, Maria Fekter, „Przywrócenie kontroli granicznych jest ostatecznym środkiem. Nie zgodzimy się na to, by włoski rząd po prostu uznał Tunezyjczyków za turystów i w ten sposób wysyłał ich do innych krajów” – dodał minister spraw wewnętrznych Bawarii, Joachim Herrmann. Nie ustalono natomiast spójnego mechanizmu, który zostanie uruchomiony w kryzysowych sytuacjach, jak ta, w jakiej znaleźli się Włosi Nie padły deklaracje o współpracy, propozycje uczciwego “podzielenia się” imigrantami – nawet w kontekście spodziewanej rzeszy uchodźców z Libii. Obserwacja poczynań czołowych europejskich polityków nasuwa jedno spostrzeżenie – próbują oni trzymać od siebie problem jak najdalej. Jeśli nie uda się osiągnąć celu drogą dyplomatyczną, skorzystają z zapory mechanicznej – po prostu zadecydują o zamknięciu granic.

Nie da się skutecznie zaklinać rzeczywistości, nie robiąc jednocześnie niczego, by ją ulepszyć. Do brzegów Włoch wciąż dopływają nowi uchodźcy. Jeśli są to Tunezyjczycy, znaczna ich część jest kierowana z powrotem do ojczyzny. Jeśli Libijczycy – trafiają do prowizorycznych obozów. W obozach nie mogą przebywać bez końca – trzeba im w przemyślany sposób pomóc. Czy zadanie to nie przerośnie europejskiej wspólnoty?

 

Reklama