Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Globalny terroryzm a sprawa polska

Autorzy: 
Dr hab. Ryszard Machnikowski
Artykuł został opublikowany w wydaniu drukowanym Magazynu "Stosunki Międzynarodowe"  nr 71-71/2011

Gdyby 10 września 2001 roku ktoś przedstawił tezę, że Polska jest krajem zagrożonym atakami terrorystycznymi, to zostałby (słusznie) uznany za człowieka niespełna rozumu. Ta sama teza wygłoszona dwa dni później równie zasadnie zostałaby uznana za nieuzasadnioną i alarmistyczną. Postawienie tej tezy dziewięć lat później nie jest już jednak czymś niezwykłym.

Od dwóch, trzech lat przekonanie, że Polska może stać się celem ataku terrorystycznego ze strony islamistów, nie budzi już tak wielu kontrowersji, choć większość instytucji odpowiadających za bezpieczeństwo naszego państwa określa stan zagrożenia jako „niski”. Dość powszechna jest świadomość, że współorganizowanie przez Polskę mistrzostw Europy w piłce nożnej może w istotny sposób podnieść stopień zagrożenia, gdyż masowe imprezy sportowe o charakterze międzynarodowym uznaje się zwykle za szczególnie dobre potencjalne cele akcji terrorystycznych.

Literatura fachowa na ten temat w naszym kraju została uzupełniona o szereg interesujących i wartościowych publikacji wydanych w okresie mniej więcej dwu ostatnich lat, zorganizowano także i wciąż organizuje się wiele konferencji na ten właśnie temat.

Większe ryzyko

Należy zwrócić uwagę, że stan świadomości osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa zmienił się dość istotnie w ciągu ostatnich pięciu lat – teza o możliwym poważnym ataku terrorystycznym w Polsce, wygłoszona jeszcze kilka lat temu, spotykała się wówczas z dyskredytującymi i niechętnymi komentarzami. Wtedy jeszcze publicznie twierdzono (autor niniejszego artykułu skrupulatnie prowadzi archiwum publicznych wypowiedzi decydentów i ich doradców na wzmiankowany temat i może swoje twierdzenie stosownie „udowodnić”) nie tylko, że jesteśmy znakomicie przygotowani na zagrożenie terrorystyczne, ale także, że jesteśmy od niego niemal całkowicie wolni. Różnorodne zdarzenia, które miały od tego czasu miejsce, negatywnie zweryfikowały to drugie twierdzenie. Wskazywanie przyczyn zwiększonego zagrożenia ze strony dżihadystów jest dziś dość banalne, złożyło się na nie kilka czynników:

1) Wejście Polski do Unii Europejskiej i wdrożenie traktatu z Schengen, co sprawiło, że Polska otworzyła się na swobodny przepływ kapitału, towarów i osób z krajów Europy Zachodniej, zwłaszcza tych, w których poziom zagrożenia aktywnością islamistów jest bardzo wysoki – takim krajem są sąsiednie Niemcy, ale również Francja, Wielka Brytania czy Holandia – kraje popularnej emigracji zarobkowej Polaków, gdzie mogą oni zetknąć się z siatkami terrorystycznymi. Także obywatele tych państw zyskali sposobność swobodnego przyjazdu do naszego kraju, co utrudniło warunki kontroli tych, którzy mogliby stanowić potencjalne zagrożenie próbując prowadzić podejrzaną aktywność na terenie Polski.

2) Udział polskich wojsk (początkowo o symbolicznym charakterze) w operacjach USA, a następnie NATO w Afganistanie oraz Iraku, gdzie, używając słów ministra obrony Bogdana Klicha, polska flaga została zauważona przez zwalczanego tam przeciwnika Ameryki i NATO, czyli siły lokalnego i globalnego dżihadu. Trzeba być wyjątkowo naiwnym, by sądzić, że nasza misja przynosi nam wyłącznie prestiż i profity, natomiast nie naraża nas na żadne niebezpieczeństwa. 

3) Bliska współpraca wywiadowcza z USA, której efektem mogło być powstanie na terytorium Polski tzw. „tajnych więzień CIA”, w których mieli być przetrzymywani najważniejsi dowódcy Al Kaidy, schwytani przez Amerykanów na całym świecie, wliczając w to Chalida Szejka Mohammeda, domniemanego „architekta” zamachów z 11 września 2001 r. Chyba już tylko w Polsce są jeszcze tacy, którzy mocno wierzą, że informacja ta jest całkowicie nieprawdziwa, gdyż zarówno ostatnie doniesienia mediów zachodnich, powołujących się na źródła w amerykańskim wywiadzie, jak i z miesiąca na miesiąc coraz bardziej ostrożne i enigmatyczne wypowiedzi polskich oficjeli, wyraźnie wskazują jaki mógł być przebieg wydarzeń związanych z tym tematem. Warto zresztą zauważyć, że nie ma już dziś większego znaczenia, czy informacje te są prawdziwe czy nie – medialny przekaz na skalę globalną, jaki zaistniał w tym przypadku, przypisał nam rolę miejsca, gdzie więźniowie Al Kaidy byli torturowani przez oficerów CIA i trudno sobie wyobrazić skuteczną kampanię propagandową, która mogłaby zdjąć z Polski to odium. Można więc zakładać, że przez planistów coraz bardziej osłabionej w Pakistanie Al Kaidy możemy być postrzegani jako wartościowe miejsce ataku odwetowego. Warta odnotowania jest także istotna korelacja czasowa między ukazywaniem się w zachodnich (szczególnie europejskich) mediach informacji o „polskich” obozach dla Al Kaidy, a publicznymi groźbami liderów tej organizacji wobec krajów leżących na zachód od Odry.

Trzeba zauważyć, że wszystkie te elementy są konsekwencją świadomych decyzji podejmowanych przez rządy naszego kraju, które miały na celu zwiększenie znaczenia Polski na arenie międzynarodowej i realizowanie naszej „racji stanu”. Decyzje o wprowadzeniu i utrzymywaniu polskich wojsk w Iraku i Afganistanie podejmowało trzech prezydentów, nie wyłączając obecnego, oraz jeszcze większa liczba premierów i ministrów rządów każdej orientacji politycznej rządzącej Polską w XXI wieku. Trudno także sobie wyobrazić sytuację, w której premier, prezydent i stosowny minister nie byliby poinformowani o wydzierżawieniu polskiej ziemi pod instalacje CIA. 

Zagrożenie globalnym terroryzmem zwiększa znacząco fakt, że nasz kraj jest nie tylko organizatorem EURO 2012, z czym zdążyliśmy się już pogodzić, ale w niedługim czasie obejmie prezydencję w Unii Europejskiej, stając się gospodarzem bardzo wielu unijnych imprez, włączając w to także kilka o najwyższej randze i skali. W zabezpieczaniu podobnych imprez mamy już pewne doświadczenie, choć trzeba zwrócić uwagę, że w zbliżającym się „gorącym półroczu” będzie ich niezmiernie dużo, znacznie więcej, niż kiedykolwiek wcześniej w tak krótkim czasie. Okres ten będzie niezmiernie ważnym testem przed trudnym sprawdzianem EURO 2012 – imprezie w Polsce bez precedensu, zatem stawiającej bardzo wysokie wymagania przed władzami i wszystkimi instytucjami zajmującymi się bezpieczeństwem państwa.

Szukanie rozwiązań

Dziś, gdy kwestia zagrożenia stawiana jest już w nieco innym świetle, decydentom i ich wpływowym doradcom pozostało jedynie stwierdzić, że do zagrożenia tego nasz kraj jest przygotowany adekwatnie. „Urzędowy optymizm” jest w tej kwestii niezmiernie powszechny i nader często prezentowany publicznie. Warto zgłosić zastrzeżenia wobec tego powszechnie podzielanego (co innego, gdy chodzi o rozmowy „prywatne”) przekonania, głosząc tezę pozostającą do niego w opozycji i mówiącą, że Polska nie jest przygotowana strukturalnie do poradzenia sobie z zagrożeniem terrorystycznym. Teza ta jest dość często nierozumiana we właściwy sposób i tym samym lekceważona. Znakomitym przykładem takiego nieporozumienia są wypowiedzi wiceministra spraw wewnętrznych gen. Adama Rapackiego z początku 2010 roku. 

Teza o strukturalnym nieprzygotowaniu Polski na zagrożenie terrorystyczne nie zakłada, że nikt w Polsce zagrożeniem terrorystycznym się nie zajmuje, ani też, że nie są czynione przygotowania, by z zagrożeniem tym się zmierzyć. Głosi ona, że mimo prowadzonych od kilku lat działań wielu różnorodnych instytucji państwowych, do dnia dzisiejszego nie powstał w Polsce jednolity system przeciwterrorystycznej ochrony kraju, nic też nie wskazuje na to, by taki system miał powstać w najbliższym czasie. Aby mówić o funkcjonowaniu takiego systemu, konieczne byłoby występowanie kilku kluczowych elementów w strukturze organizacyjnej państwa – ich istnienie (a nie działanie) byłoby zatem jawne. Wysocy urzędnicy państwowi bardzo często zasłaniają się tajemnicą państwową, zarzucając swoim oponentom (w tym i niżej podpisanemu) niewiedzę wynikającą z braku dostępu do informacji niejawnych. Tymczasem nikt nie twierdzi, że agendy rządowe nie podejmują działań, w tym w trybie niejawnym, co wynika ze specyfiki ich funkcjonowania, aby poradzić sobie z zagrożeniem terrorystycznym – przeciwnie, wszyscy wyrażają nadzieję, że stosowne działania są intensywnie prowadzone.

Twierdzi się natomiast, że zarówno stopień koordynacji działań pozostaje wysoce niedostateczny, jak i że brak jest koniecznej w demokratycznym państwie prawa, podstawy prawnej (w randze ustawy) dla adekwatnych sposobów reagowania w przypadku sytuacji kryzysowej o charakterze terrorystycznym. W Polsce nie istnieje tzw. „ustawa antyterrorystyczna” (mimo prowadzonych od lat prac przygotowawczych jej dotyczących i licznych obietnic wprowadzenia jej „na dniach” pod obrady Parlamentu), która jednolicie regulowałaby zakres nadrzędności i kompetencji licznych instytucji zajmujących się „kwestią terroryzmu” w Polsce. Przeciwnie, kompetencje instytucji i zasady reagowania w sytuacji zagrożenia tego rodzaju są rozproszone po bardzo różnorodnych (i niekoniecznie koherentnych) aktach prawnych. Nie istnieje także Urząd Koordynatora ds. Kontrterroryzmu, z jego szefem, któremu realnie podlegałyby instytucje zajmujące się „kwestią terroryzmu” – przeciwnie, liczne instytucje roszczą sobie pretensje do bycia „wiodącymi”.

Brak podstaw prawnych i organizacyjnych sprzyja chaosowi kompetencyjnemu, podsycanemu przez instytucjonalne ambicje i partykularyzmy oraz waśnie i niechęci personalne, dając w efekcie stan, który jest wysoce nieadekwatny do rosnącego zagrożenia wynikającego z międzynarodowej aktywności naszego kraju na polu „globalnej walki z terroryzmem”. Znaczna liczba zainteresowanych tematem osób jest zresztą tego mniej lub bardziej świadoma – w licznych rozmowach nieoficjalnych powtarza się stwierdzenie, że w Polsce musi się dopiero zdarzyć coś strasznego i nie do pomyślenia, by próbowano poprawić istniejący stan rzeczy. 

Niżej podpisany nie podziela, niestety, „optymizmu” tego stwierdzenia. Katastrofa smoleńska, która wymownie ujawniła, delikatnie mówiąc, pewne niedostatki w organizacji wizyty najwyższego urzędnika państwowego naszego kraju za granicą, dając w efekcie m. in. dekapitację struktur polskiego wojska, nie spowodowała przecież w istocie żadnych zmian na lepsze post factum, czego dobrym przykładem może być organizacja wizyty najwyższych władz państwowych w Łodzi po tzw. „mordzie łódzkim”. Być może świadczy to o tym, że władze nie przejmują się zbytnio nawet własnym bezpieczeństwem, trudno zatem spodziewać się, by dbały o bezpieczeństwo publiczne. Gdy kiedyś w Polsce stanie się coś strasznego i niewyobrażalnego i będzie już za późno, by cokolwiek zmienić, nikt nie poniesie nawet odpowiedzialności za zaniechania i zaniedbania, które do tego doprowadziły.
 

Reklama