Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Europa boryka się z brakiem mężów stanu

Autorzy: 
Robert Czulda

O powrocie do wartości republikańskich, kryzysie finansowym oraz instytucjonalnym Unii Europejskiej, a także nowej kategorii decydentów z doktorem Pawłem Kowalem, posłem do Parlamentu Europejskiego, rozmawia Robert Czulda.

Gdy upadał komunizm głoszono „koniec historii” – ostateczne zwycięstwo liberalnej demokracji, czas nieprzerwanego rozwoju i prosperity. Patrząc jednak na współczesny świat wydaje się, że wizja ta nie urzeczywistniła się. Co poszło nie tak?

Głównym powodem jest fakt, iż wówczas przyjęto prognozy oparte na błędnych, bo zupełnie nierealistycznych przesłankach. Wszyscy, którzy analizują i starają się zrozumieć świat powinni zdawać sobie sprawę, że nigdy nie było i nie będzie stałego rozwoju. Historia uczy, że dobra koniunktura nie trwa bez końca – zawsze przychodzi kryzys. Ludzie do pewnego czasu byli pokorni wobec otaczającej rzeczywistości zdając sobie sprawę i godząc się z tym, że po latach tłustych zawsze nadchodzą chude. W pewnym momencie – po części także w wyniku procesu dechrystianizacji i załamania się systemu wartości – wykształcił się niebezpieczny sposób myślenia, w którym to ludzie uwierzyli we współczesną Wieżę Babel. Ludzkość przepełniła nieusprawiedliwiona pycha. Jako pierwsi w możliwość nieprzerwanego budowania „do góry” uwierzyli politycy, którzy teraz ze zdziwieniem odkryli, że stałą cechą systemów gospodarczych jest ich cykliczna kryzysowość.

Czy jest to więc głównie wina klasy politycznej?

Trudno nie zauważyć, że odeszło już pokolenie wielkich przywódców takich jak Helmut Kohl, Vaclav Havel, François Mitterrand, a szczególnie Ronald Reagan i Margaret Thatcher. Wraz z nimi skończyło się podchodzenie do spraw publicznych – szczególnie finansów – w taki sposób, w jaki podchodzi się do spraw prywatnych. Dostrzegali oni naturalną zależność, która jest bliska każdemu, kto myśli w kategoriach republikańskich. Jeżeli ktoś chce dobrze rządzić państwem to musi podchodzić do pieniędzy państwowych tak samo jak do prywatnych, a może nawet i z większą pieczołowitością. Ta republikańska etyka jest już zupełnie nieobecna. Współcześnie przywódcy nie są więc w stanie właściwie definiować kryzysu – dzisiaj obecny kryzys, który toczy Unię Europejską, nie znajduje w wypowiedziach decydentów żadnej sensownej konkluzji. Trudno wskazać polityka, który mówiłby, że kryzys zaczął się od tego, iż ludzie wybrani na stanowiska premierów czy ministrów finansów wydawali pieniądze, których nie mieli w kasie i to z błahych powodów, takich jak chęć przypodobania się wyborcom. W ten sposób zaczęto zaciągać długi na poczet naszych wnuków – to nie do usprawiedliwienia. Wszystko to jednak sprowadzić można to wspomnianej pychy – to ona jest zawsze podstawową przyczyną ludzkich kłopotów.

Czy dostrzega Pan także inne przyczyny fatalnej sytuacji, w której obecnie się znalazł nasz kontynent?

Kolejnym istotnym powodem jest załamanie się tradycyjnego modelu rodziny. Być może jest lepszy model niż rodzina, ale póki co nikt go nie zna. Wszystkie rozwijające się cywilizacje funkcjonowały w oparciu o rodzinę traktując ją także w kategoriach ekonomicznych – jako podmiot, który w tym wymiarze działa racjonalnie – chociażby nie zadłużając się z błahych powodów. Załamanie się rodziny stanowi jedno ze źródeł załamania się demograficznego Zachodu. Paradoks polega na tym, że nie trzeba wybitnego naukowca, by dojść do takiego wniosku. Mimo tego nikt tego nie widzi lub pomija ten fakt. Przez lata próbowano kojarzyć problematykę rodzinną jako sprawę konfesyjną. Unikały jej wprost nawet tak konserwatywne partie jak brytyjscy torysi. Dopiero Cameron dodał im ten społeczny wymiar, kiedy nowy premier publicznie napiętnował mężczyzn porzucających rodziny.

Wspomniał Pan o dechrystianizacji jako elementowi składowemu obecnego kryzysu. W czym problem?

Człowiek potrzebuje religii. Europejczykom wmówiono, że można bez niej żyć, ale to nieprawda. Ci, którzy najpierw się jej wyrzekali teraz przyjmują islam jako system wartości, który pomaga organizować rzeczywistość. Aby zobaczyć żywe chrześcijaństwo a nie zabytkowe puste kościoły naszym dzieciom przyjdzie jeździć do Brazylii lub Meksyku. Wbrew wszystkiemu chrześcijaństwo się rozwija – tylko z perspektywy europejskiej uznać można, że jest ono w odwrocie. Europa jest skazana, by ten brak, który Benedykt XVI nazywa intuicją transcendentną, wypełnić poprzez islam.

Jest ratunek?

Jest tylko jeden – przez zmianę liderów, których obecnie brakuje. Współcześnie najwybitniejsza jest chyba Angela Merkel. To obok Davida Camerona jedyna osoba, która odnosi się do jakichkolwiek wartości – innych niż tylko doraźne, bieżące rachunki. Nicolas Sarkozy nie spełnia tych kryteriów w żaden sposób. Silvio Berlusconi był całkowitym ich zaprzeczeniem – on zupełnie nie rozumiał idei polityki. Od samego początku głosił, że państwo jest jak firma. Sądzę jednak, że teraz wygrywać będą ci politycy, którzy będą mówić, że państwo nie jest spółką akcyjną. Zastosowanie reguł wyuczonych na studiach zarządzania nie wystarcza. Koniec Berlusconiego – cichy i szybki – pokazuje jak kończy się traktowanie państwa jako korporacji, gdzie liczą się tylko rachunki, a nie wartości. Zresztą nawet rachunków nie udało mu się dopilnować.

Berlusconi za sprawą swojej polityki utrzymywał się na szczycie wiele lat – dłużej niż jego poprzednicy. Czy to jednak nie dowód, że takie podejście jest właściwe?

Z perspektywy Berlusconiego być może tak, ale jego perspektywa nie jest dla nas istotna. Jeżeli inni politycy będą prowadzić politykę tak jak on, to Europa będzie nadal słabła. Nie czarujmy się, w sensie ekonomicznym Europa słabnie z miesiąca na miesiąc. Już dzisiaj kwestią, którą powinniśmy wpajać młodym Europejczykom jest fakt, iż nie są już oni pępkiem świata. Cała nasza mentalność opiera się na założeniu, że jesteśmy centrum. Bardzo boleśnie znosimy choćby to, iż na szczycie G20 problemy europejskie nie są głównym tematem rozmów, a nasi liderzy są tam traktowani paternalistycznie. Krytykuje się ich za to, że wyrzekli się racjonalnych zasad gospodarowania, pyta się ich czemu nie radzą sobie z ekonomią.

Naprawdę nie ma przywódców mogących zmienić Europę?

Widać, że nie ma – borykamy się z kryzysem przywództwa, brakiem liderów. Potrzeba wielkich mężów stanu, którzy potrafiliby częściowo oderwać się od własnych, narodowych interesów. Obecnie trzeba szukać rozwiązań nie w skali konkretnych państw, lecz całego kontynentu. Tego jednak nie ma. Brakuje polityka potrafiącego połączyć utrzymanie władzy we własnym kraju z szerszym interesem. Górę zawsze bierze partykularyzm. Gdy Angela Merkel zabiera się za ratowanie kontynentu to w pewnym momencie kończy się to tym, że niepostrzeżenie najważniejsze stają się interesy firm niemieckim. Gdy ma do rozstrzygnięcia jakiś ważny problem, szczególnie natury ustrojowej, to nie pyta o zdanie Parlamentu Europejskiego i Trybunału w Strasburgu, ale Bundestagu i Karlsruhe. Gdy Nicolas Sarkozy mówi o przyszłości Europy, to dziwnym trafem promuje rozwiązania korzystne dla francuskiej gospodarki.

Może więc jedynym rozwiązaniem jest porzucenie idei federalistycznej i powrotu do mechanizmów, które dały Europie potęgę, czyli rywalizacji?

Z federalizmem jest taki problem, że nigdy do końca nie wiadomo o jakim jego etapie rozwoju mówimy, ani też którym jego typie. Boję się mówić o federalizmie, bo obecnie już nie za bardzo wiem co to właściwie oznacza. Jeszcze trzy, cztery lata temu uważałem się za federalistę. Teraz jednak, gdy obserwuję co mówią niektórzy ludzie postrzegający się za jego zwolenników, to zaczynam się uważać za przeciwnika federalizmu. Pierwszy problem z dyskusją o Europie to fakt, że rozmawiamy tylko o tym w jaki sposób mają być połączone państwa, zawsze jest to pytanie ile władzy Niemiec, ile Polski a ile wspólnej władzy w Brukseli. Ale my przecież nie działamy w próżni. Brakuje dyskusji o tym jak powinny funkcjonować już istniejące instytucje. Nie ma jednak większego sensu rozważać teoretycznych modeli integracji – podejście zdroworozsądkowe wymaga pogodzenia się z rzeczywistością. Ta jest taka, że większość ludzi chce integracji europejskiej. Nie ma praktycznie w Europie państwa, które byłoby jej przeciwne. Dotyczy to także Wielkiej Brytanii, gdzie również dostrzegalna jest chęć bycia częścią pewnej wspólnoty. Dlatego czas już poddać krytyce stan wspólnych instytucji i rozmawiać jak powinny być urządzone.

A jak na tym tle prezentuje się Polska?

W naszym przypadku największym problemem jest właśnie fakt, że nie ma dyskusji na temat jak powinny funkcjonować unijne instytucje. To duży problem, bowiem te są przerośnięte administracyjnie, ingerują w politykę państw, wykraczają poza swoje kompetencje, są zbyt drogie, źle zorganizowane. Powielają złe wzory. Jeżeli natomiast odnosimy się do samej idei jednoczenia to sądzę, że błędem jest przeciwstawianie federalizacji i rywalizacji. Faktycznie – w Europie był duch rywalizacji, ale zawsze oparty o chęć jednoczenia. Trudno znaleźć okres historyczny, w którym dobrze radziły sobie małe państwa narodowe, a tych w Europie mamy wiele. Te małe państwa mają naturalną trudność z utrzymaniem swojej niezawisłości, co pcha je w stronę współpracy i integracji. Historycznie polityka europejska niemal zawsze była oparta na tworzeniu większych organizmów.

A Polska?

Polska ma wielkie tradycje działania w logice jednoczenia. Najlepszym przykładem jest I Rzeczpospolita, w której to ani katolicy, ani też rdzenni Polacy nie byli większością. Potem byliśmy częścią trzech imperiów, z których każde miało ambicje jednoczenia jakiejś części Europy. Innymi słowy – stan, w którym istnieje wiele małych i samodzielnych państw europejskich jest w historii naszego kontynentu stanem dość rzadkim, wyjątkiem od okresów integracji. Nie można o tym zapominać, nie można tego ignorować. To znaczy, że przeciwieństwem integracji nie jest prosta rywalizacja, lecz rywalizacja o to, kto będzie głównym ośrodkiem jednoczenia wokół siebie na innych zasadach niż Unia Europejska pozostałych mniejszych państw.

Która koncepcja jest lepsza – scedowanie władzy narodowej do jednego, brukselskiego ośrodka czy też pozostawienie jej w tradycyjnej formule?

Nie ma dowodów, że władza scentralizowana jest bardziej kompetentna i efektywniejsza niż władza rozproszona. W Polsce jednak, z powodów historycznych, istnieje inne przekonanie i inna tradycja, a mianowicie scentralizowania i zarządzania z jednego ośrodka. To specyficzne doświadczenie naszego kraju odnosimy także do innych organizmów. Tymczasem dogmat o dobroczynnym wpływie każdego jednoczenia niekoniecznie ma w dzisiejszych czasach potwierdzenie. Chociażby Hiszpanie czy Brytyjczycy mają zupełnie inne poglądy – dla nich centralizacja wcale nie oznacza lepszego losu. Podobnie zresztą wygląda kwestia całej Unii Europejskiej – centralizacja w Brukseli nie musi oznaczać lepszego zarządzania i rozwoju. Z polskiego punktu widzenia oznaczałoby to dodatkowo, że znaleźliśmy się na peryferiach jakiegoś większego organizmu, w sensie daleko od centrum.

Która Pana zdaniem tendencja jest obecnie dominująca?

W tej chwili w Polsce trudno zauważyć jakąś wykształconą i dojrzałą koncepcję. Nie mamy jasnej i oryginalnej myśli europejskiej. Do złożonych w ostatnim okresie polskich pomysłów podchodziłem z dużą ambiwalencją. Choćby dlatego, że nie ma w nich nic z nowatorstwa – to po prostu zebranie już istniejących idei. Szkoda, że nie wychodzą od nas nowe, ciekawe i zdroworozsądkowe koncepcje. Nie ma wspomnianej debaty o reformie instytucji unijnych, a ta jest konieczna – choćby w kwestii dalszego utrzymywania stanowiska de facto prezydenta Europy. Nie widzę sensu, by nadal to robić. Należy też wyraźnie określić kompetencje poszczególnych instytucji UE, na przykład szefa Komisji Europejskiej.

Jaka jest Pańska recepta?

Trzeba mówić o powrocie do zdrowych, republikańskich zasad – chociażby oszczędności, nie wydawania nieodpowiedzialnie nie swoich pieniędzy. To proste, ale skuteczne i ważne zasady. Po drugie, należy zadbać o demokratyczne podstawy wspólnych instytucji. Czas demokracji, wbrew temu co myślą niektórzy, wcale się nie skończył. Ludzie chcą mieć wpływ na władzę. To wymaga dużej roli państw narodowych i ich instytucji, dzisiaj nie ma przecież czegoś takiego jak europejska opinia publiczna – współpraca powinna przebiegać poprzez siatkę tworzoną przez państwa narodowe, one powinny mieć swoją rolę. Szczególnie groźne są wszelkie próby nastawione na zniszczenie tej struktury – chociażby pod formą usilnego konstruowania nowej siatki współpracy w Europie w oparciu nie o państwa narodowe, a regiony.

A gospodarka? Jakie tutaj widzi Pan rozwiązania?

Żyjemy w przeregulowanym świecie. By to zrozumieć wystarczy odwołać się do mojego ulubionego, ale niestety smutnego porównania Unii Europejskiej i Austro-Węgier. Nie mam żadnych wątpliwości, że przykładowa krakowska kwiaciarka nie miałaby pod koniec XIX wieku problemów, by założyć sieć kwiaciarni w Wiedniu. Mam jednak spore wątpliwości, czy współczesna krakowska kwiaciarka spełniłaby wszystkie unijne normy, by to robić i w jakim by się to stało czasie. Tego właśnie powinna dotyczyć polska myśl europejska – trzeba obniżać regulację. Jedynym bowiem ratunkiem dla Europy jest zwiększenie konkurencyjności w gospodarce. Skoro mamy już wspólne instytucje unijne to należy je wykorzystać do zmuszenia państw narodowych do zmniejszenia liczby wewnętrznych regulacji. Niech top będzie koncepcja integracji w zamian za deregulację.

Czy to jednak możliwe?

Czasami pojawiają się próby takiego działania w gospodarce, by ją odmulić z naleciałości lewicowych koncepcji ekonomicznych. Niestety, zawsze wtedy zaczynają dawać o sobie znać interesy lokalnych elit, które żyją z tego, że gospodarka jest przeregulowana. Czasem tacy politycy powołują się na prawa państwa narodowego do utrzymywania takiego stanu, aby w ten sposób przydusić swoich własnych obywateli regulacjami. To bardzo ciekawy paradoks pokazujący, że wspólne instytucje mogą być nie tylko źródłem regulacji, ale także deregulacji. Problem polega jednak na tym, że wielu środowiskom na tym nie zależy.

Paweł Kowal – doktor politologii, publicysta, historyk. od 2009 roku poseł do Parlamentu Europejskiego, w którym zajmuje się głównie kwestiami stosunków Unii Europejskiej z krajami byłego bloku wschodniego, przede wszystkim Ukrainą. W latach 2005 – 2009 poseł na Sejm V i VI kadencji, były wiceminister spraw zagranicznych (2006 – 2007), w latach 2005 – 2006 członek Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Od 2011 prezes partii Polska Jest Najważniejsza.

Reklama