Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Dziury w polskiej polityce bezpieczeństwa

Autorzy: 
Sebastian Aulich

Ostatnie wydarzenia na Ukrainie, czyli brutalna agresja ze strony nacjonalistycznej Rosji, wymagają przemyślenia długoterminowej startegii bezpieczeństwa Polski. Obecna strategia ma wiele dziur, które poddają pod wątpliwość niepodległość naszego kraju w dłuższej perspektywie. Większość opcji rozważanych przez polską klasę polityczną nie gwarantuje bezpieczeństwa Polski i opiera się na politycznych marzeniach.

Wydawać by się mogło, że po tylu stuleciach ciężkich historycznych doświadczeń, Polska będzie w stanie wypracować wizję własnego rozwoju, która zapewni bezpieczne funkcjonowanie w tej newralgicznej części Europy. Tak się jednak nie stało. Podobnie jak w 1939 roku, dzisiejsza niepodległość Polski zależy tylko i wyłącznie od gwarancji międzynarodowych udzielonych Polsce przez zachodnich polityków, którzy osobiście i zawodowo mają niewiele wspólnego z naszym krajem. Skłonność Polski do opierania się na międzynarodowych sojuszach okazuje się jedną z naszych największych historycznych słabości. Przeświadczenie, że NATO i Unia Europejska gwarantują Polsce niezachwiane bezpieczeństwo, doprowadziło do obrania przez polskie elity wizji rozwoju, w wyniku której mamy obecnie ponad 500 tysięcy bezproduktywnych urzędników, a jedynie 100 tysięcy żołnierzy do obrony 38 milionów mieszkańców oraz 6-go największego terytorium w Unii. Trudno nie zauważyć, że będąc usytuowanym na pograniczu cywilizacji zachodniej i mając za sąsiada kraj nieustannie płaczący za powrotem Związku Radzieckiego, zainwestowaliśmy swój kapitał w rozwój gigantycznej biurokracji, zamiast w zwiększanie własnego bezpieczeństwa oraz potencjału obronnego. Gdyby proporcje liczbowe zawodowych urzędników wobec zawodowych żołnierzy były w Polsce odwrotne, to dzisiaj spalibyśmy spokojniej, a rodzima gospodarka rozwijałaby się szybciej, tworząc większą ilość miejsc pracy oraz łatwiejsze warunki do prowadzenia biznesu.

Słabość polskiej strategii bezpieczeństwa jest w dużej mierze intelektualna i dlatego bywa łatwo eksploatowana przez różne grupy nacisku. Na przykład, niektóra część polskich elit wykorzystuje rosyjską agresję do argumentacji za głębszą integracją Polski z Unią Europejską poprzez szybsze przyjęcie „euro”. Ciężko jednak dostrzec jakiś szczególnie silny związek pomiędzy jednym i drugim. Łotwa przyjęła euro od stycznia bieżącego roku, a i tak trzęsie się ze strachu przed planami Putina. Dla łotewskich polityków jest oczywistym, że euro nie obroni Łotwy przed Rosją, i tak samo Polacy nie powinni zakładać, że euro zwiększy bezpieczeństwo Polski. Co prawda, niektórzy mogą odwoływać się do przykładu ukraińskiej hrywny i argumentować, że złoty mógłby dramatycznie stracić na wartości w przypadku agresji ze strony Rosji. Jednakże bez względu na to, czy Polska używałaby wtedy euro czy złotego, to w momencie agresji i tak wystąpiłaby wysoka inflacja oraz panika na rynku. Jedyny skuteczny sposób na ochronę polskiej gospodarki przed ewentualną agresją, to inwestycja w bardzo silną i sprawną armię. Unijne euro nie ma żadnego potencjału odstraszania.

Równie iluzoryczne są założenia polskiego rządu, że Stany Zjednoczone zapewnią Polsce bezpieczeństwo w ramach NATO. Dużo bardziej prawdopodobne jest, że potraktują nasz kraj, jako przede wszystkim perspektywiczny rynek zbytu dla własnych produktów oraz technologii wojskowych. Wiara, że USA wyślą dziesiątki czy setki tysięcy żołnierzy, do obrony polskich granic, jest bardzo naiwna. Ostatnie doniesienia prasowe, że rząd Donalda Tuska zamierza zakupić bez przetargu aż do 60 sztuk amerykańskich myśliwców F-35 za cenę blisko 9 miliardów dolarów, obrazują jaką ograniczoną i przedmiotową rolę przypisuje się Polsce w aktualnej amerykańskiej strategii bezpieczeństwa. Myśliwce F-35 są tak ekstrawagancko drogie, że Barack Obama w czasie swojej pierwszej kadencji usilnie walczył z Kongresem, aby zaprzestać rządowych dotacji na ten projekt, argumentując, że to nieodpowiedzialne marnotrawienie publicznych pieniędzy. Jakimś trafem, bogate Stany Zjednoczone nie chciały tych myśliwców, ale chce ich dzisiaj biedna Polska.

Trudno również nie zauważyć, że polska wiara w parasol ochronny Stanów Zjednoczonych, nie jest podparta jakimikolwiek długofalowymi działaniami ze strony polskiego rządu. MSZ nie ma właściwie żadnej polityki wobec amerykańskiej Polonii, aby aktywizować ją politycznie i finansowo w celu zabezpieczenia polskich interesów narodowych. Amerykańska Polonia, pozostaje całkowicie zdemobilizowana i zdezorientowana, co do oczekiwań naszego kraju, pomimo tego, że jest ona jedyną realną siłą nacisku na amerykańską politykę zagraniczną, jaką dysponuje dziś polski rząd. Ostatnio nawet poseł Antoni Macierewicz namówił Polonię w Pensylwanii do wystąpienia do Kongresu z kuriozalnym żądaniem przeprowadzenia publicznych przesłuchań dotyczących tragedii smoleńskiej z 2010 roku. W międzyczasie, diaspora żydowska aktywizuje zastępy amerykańskich polityków do obrony granic Izraela.

Nie ulega wątpliwości, że dobrze zintegrowana amerykańska Polonia mogłaby mieć niebagatelny wpływ na proces polityczny w Stanach Zjednoczonych, zwiększając prawdopodobieństwo pro-polskiej polityki zagranicznej. Dla przykładu, aż 9.65% mieszkańców Stanu Wisconsin (tj. prawie pół miliona osób) jest pochodzenia polskiego, podczas gdy wybory prezydenckie w 2004 roku, pomiędzy Johnem Kerry, a Georgem Bushem, zostały tam rozstrzygnięte różnicą wyłącznie 11.384 głosów. Gdyby Polonia w Wisconsin była politycznie zintegrowana wokół spraw polskich, wtedy mogłaby ona dowolnie zmieniać wynik wyborów prezydenckich w tym Stanie. Podobna sytuacja zachodzi w Ohio, który z punktu widzenia głosów elektorskich jest najważniejszym stanem w całym USA. Amerykańska Polonia liczy tam ponad 430 tysięcy osób i stanowi 4.28% ogółu mieszkańców. Wybory prezydenckie w Ohio w 2004 roku zostały rozstrzygnięte różnicą 118 tysięcy głosów, a w 2012 roku różnicą 166 tysięcy. Tak nieznaczna przewaga, daje amerykańskiej Polonii niebagatelne możliwości nacisków politycznych i lobbowania w sprawach polskich u najważniejszych amerykańskich polityków.

Niestety na dzień dzisiejszy, amerykańska perspektywa pro-polskiej polityki zagranicznej wygląda marnie. Na horyzoncie zbliżających się wyborów prezydenckich w 2016 roku, nie ma właściwie żadnych potencjalnych kandydatów, którzy gwarantowaliby zwiększenie bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej.

Tags:

Reklama