Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Dzienniki Kołymskie

Autorzy: 
Dorota Gołaszewska

Witajcie na planecie Kołyma!

Kołyma to rzeka i góry o tej samej nazwie, to ziemia bogata w złoto, srebro, uran, kobalt oraz inne rzadkie metale, której bogactwo spowodowało, że stała się ona największym archipelagiem obozów pracy przymusowej. To tutaj, w złotym sercu Rosji, Jacek Hugo-Bader spędził długich 36 dni, pokonując autostopem Trakt Kołymski. Swą wyprawę zaczął od Magadanu, miasta zbudowanego między dwoma zatokami, który otwierało „wrota Kołymy” zarówno dla jego mieszkańców jak i więźniów, a zakończył w Jakucku położonym na 2025 kilometrze Traktu Kołymskiego.

 

Zbudowany przez więźniów gułagów Trakt Kołymski, to najdłuższy cmentarz świata, wybrany przez Hugo-Bader nie przypadkowo. Jak sam skontestował, że jakby policzyć wszystkie ofiary kołymskich łagrów epoki Stalina i położyć jedną za drugą, toby nie zmieściły się one na całej długości Traktu. W swej podróży podąża szlakiem Opowiadań kołymskich Warłama Szałamowa, który trafił na tą odległą planetę jeszcze jako student, oskarżony za rozpowszechnianie listu napisanego przez Lenina do XII Zjazdu WKP(b). Potem dorzucono mu kilka lat za prowadzenie „kontrrewolucyjnej działalności trockistowskiej”, a na koniec otrzymał jeszcze dziesięć lat za nazwanie Iwana Bunina wielkim pisarzem rosyjskim, co uznano za „propagandę antyradziecką”. Przeżył tylko dlatego, że po ukończeniu kursu felczerskiego pracował w szpitalach łagrowych, a nie przy wyrębie lasu czy w kopalni. Po powrocie spisał swoje przeżycia z osiemnastoletniego pobytu na Kołymie. Ich wydania w ojczyźnie nigdy się nie doczekał. Umarł w samotności 1982 roku w zakładzie psychiatrycznym.

Opowiadania kołymskie Szałamowa stanowią dla Hugo-Badera wyłącznie pretekst. Jedzie tam, by się przekonać, jak dziś żyje się mieszkańcom na tym największym cmentarzu świata. Czy można się tam cieszyć pełnią życia, śmiać się, wychowywać dzieci, pracować? Próbuję osobiście i po swojemu zmierzyć się z codziennością Kołymy. Z pokorą słucha jej mieszkańców, ich opowieści o życiu, o minionym systemie, o obecnych warunkach życia i wciąż niełatwym losie. Tak samo wsłuchuje się w relacje córki Jeżowa, która przed piętnem swego ojca uciekła aż na Kołymę, jaki i w historię kryminalnego zeka babuszki Tani.

Ku swojemu zdziwieniu odkrywa, że obozowa przeszłość tak ważna dla nas, dla obecnych mieszkańców Kołymy znaczy o wiele mniej lub nawet nic. W Miaundży, które leży na 705 kilometrze Traktu Kołymskiego próbuje odnaleźć łagier, w którym w latach czterdziestych przebywał Szałamow. Nikt z mieszkańców nie potrafił mu powiedzieć, gdzie ma szukać. Sam bez trudu odnajduje reszki obozu, w którym nie ma już baraków, wież strażniczych, pozostał jedynie zardzewiały drut kolczasty. Nikt tego żywego pomnika nie próbuje ocalić, ochronić przed całkowitym zniszczeniem. Przeszłość o tych miejscach żyje już tylko w nielicznych wspomnieniach.

Odwiedza również miejsca, które stały się największym przekleństwem dla tego obszaru, jak Debin położony na 448 kilometrze Traktu Kołymskiego. To tutaj, pod koniec lat dwudziestych jeden z uczestników ekspedycji geologicznej przy porannej toalecie w potoku nazbierał cała czapkę złotych samorodków. To przesądziło o losie tego miejsca. Za parę lata przybyła pierwsza grupa więźniów, która wydobyła w katorżniczych warunkach pierwsze pół tony czystego złota.

Bogactwo Kołymy spowodowało, że miejsce to osobiście w 1944 roku odwiedził wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Henry Wallace, państwa, które były głównym eksportem tego cennego kruszcu w latach trzydziestych XX wieku. Wallace na miejscu miał zweryfikować informacje o gułagach. Władze radzieckie przygotowywały się do tej wizyty jak niegdyś grubertnor Gieorgij Potiomkin, który na czas inspekcji Katarzyny II zbudował kilka wiosek z papieru. Korzystając ze sprawdzonych wzorców, władze radzieckie na trasie przejazdu wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych zdemontowały wszystkie wieżyczki strażnicze, a więźniów zastąpili komsomolscy aktywiści. Z kolei w rolę więźniarek wcieliły się urzędniczki z biura łagrów ze stolicy Kołymy. Jak się można domyślić, prawda przegrała ze złotem.

Ogromnym atutem Dzienników kołymskich Hugo-Badera jest to, że nie trzeba ich czytać od deski do deski. Każdy rozdział jest zamkniętą historią, po którą warto sięgnąć w wolnym czasie. Z każdej historii bije przywiązanie do tej piekielnej planety, co dla europejskiego czytelnika może być nie do końca zrozumiałe, ale dla dzisiejszych mieszkańców Kołymy jest miejsce, w którym po prostu żyją.

Reklama