Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Dyplomacja Unijna szyta na miarę XXI wieku?

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Patrycja Żbikowska
Państwa członkowskie Unii Europejskiej 13 Grudnia 2007 podpisały Traktat Lizboński. Po wielu miesiącach dyskusji i sprzeciwu takich państw jak Irlandia czy Polska wszedł on w życie 1 Grudnia ubiegłego roku. Wraz z nim zaczęły obowiązywać różnej natury fundamentalne zmiany we Wspólnocie, między innymi te dotyczące dyplomacji Unii. Zostało utworzone stanowisko Wysokiego Przedstawiciela ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa. Takim zmianom przyświecała idea mająca na celu wzmocnienie głosu Unii Europejskiej na arenie międzynarodowej. Jak się niestety ostatnio okazało zmiany te zdają się Europę bardziej dzielić niż łączyć.
 
Zgodnie z zapisem art. 13a Wysoki Przedstawiciel „ przewodniczy Radzie do spraw Zagranicznych, przyczynia się poprzez swoje propozycje do opracowania wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa oraz zapewnia wykonanie decyzji przyjętych przez Radę Europejską i Radę.
 
Wysoki Przedstawiciel reprezentuje Unię w zakresie spraw odnoszących się do wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Prowadzi w imieniu Unii dialog ze stronami trzecimi oraz wyraża stanowisko Unii w organizacjach międzynarodowych i na konferencjach międzynarodowych. W wykonaniu swojego mandatu Wysoki Przedstawiciel wspomagany jest przez Europejską Służbę Działań Zewnętrznych. Służba ta współpracuje ze służbami dyplomatycznymi Państw Członkowskich i składa się z urzędników właściwych służb Sekretariatu Generalnego Rady i Komisji, jak również z personelu delegowanego przez krajowe służby dyplomatyczne. Organizację i zasady funkcjonowania Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych określa decyzja Rady. Rada stanowi na wniosek Wysokiego Przedstawiciela po konsultacji z Parlamentem Europejskim i po uzyskaniu zgody Komisji.”  
 
Pierwszym Wysokim Przedstawicielem ds. Zagranicznych i Polityki Bezpieczeństwa została Catherine Margaret Ashton. Wcześniej pełniła ona funkcję Komisarz ds. handlu międzynarodowego.  W opublikowanym 11 Stycznia podsumowaniu przesłuchania można znaleźć wypowiedź Catherine Ashton na temat jej wizji dotyczącej zasad funkcjonowania dyplomacji Unii Europejskiej. Europejska Służba Działań Zewnętrznych ma być głównym priorytetem jej funkcji, a nie tylko biurokratycznym ćwiczeniem, ponieważ jest to ogromna szansa na połączenie wszystkich poziomów zaangażowania państw członkowskich- politycznego, ekonomicznego oraz wojskowego, w celu stworzenia jednej spójnej strategii w ramach polityki zewnętrznej Unii Europejskiej. Korpus Europejski liczyć ma kilka tysięcy osób, z czego część zostanie w Brukseli, a pozostali rozesłani zostaną do placówek na całym świecie. Zaznaczyć tu należy, iż wybór Catherine Ashton na szefa dyplomacji unijnej nie przeszedł bez sprzeciwu pozostałych państw członkowskich. Zarzucano jej między innymi brak doświadczenia. Francuski dziennik „Le Figaro” na początku marca skomentował zamieszanie wokół całej sprawy stwierdzając, iż Wysoki Przedstawiciel miał w zamierzeniu być ogniwem łączącym Europę w zakresie polityki zagranicznej, a zamiast tego Catherine Ashton stała się „odzwierciedleniem niejasnego wizerunku nowej Europy”. Z kolei rząd niemiecki protestował przeciwko rosnącym wpływom Brytyjczyków na arenie europejskiej. Rząd niemiecki zwrócił uwagę na fakt, iż większość znaczących stanowisk kluczowych dla nowo tworzonego korpusu dyplomatycznego zajmują właśnie Brytyjczycy. 
 
6 marca odbył się szczyt ministrów Państw Członkowskich w Kordobie. Polskę reprezentował Ambasador przy Unii Jan Tombiński. Minister Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski nie brał udziału w spotkaniu, gdyż stwierdził, że było to spotkanie nieformalne, na którym nie były podejmowane żadne ważne decyzje. Na spotkaniu jednak obecni byli prawie wszyscy szefowie dyplomacji krajów członkowskich, z wyjątkiem Bułgarii, która przysłała wiceministra oraz Grecji reprezentowanej przez sekretarza stanu. Temat samego szczytu, mimo swojego nieformalnego charakteru, był niezmiernie istotny. Dotyczył obsady stanowisk przyszłego korpusu dyplomatycznego Unii. Komisja Europejska posiada na dzień dzisiejszy ponad 130 placówek na świecie, które 1 Grudnia 2009 roku stały się ambasadami Unii Europejskiej. Dlatego stwierdzono, iż państwa członkowskie powinny mieć wpływ na obsadzanie stanowisk w placówkach zagranicznych. W jaki sposób nabór do Europejskiej Służby Działań Spraw Zagranicznych miał przebiegać omawiane było właśnie na szczycie w Kordobie. Już podczas szczytu wyłoniła się grupa państw nieukrywających swojego niezadowolenia. Wszystkie nowe kraje członkowskie, delikatnie mówiąc, sceptycznie odnosiły się do nowej perspektywy. Zgodnie z nią ponad dwie trzecie korpusu składać się ma ze służb działań zewnętrznych Komisji i Rady, a resztę tworzyć mają w większości przedstawiciele starych państw członkowskich. Nowe kraje, do których należy też Polska, stanowią znikomy procent kluczowych stanowisk. Jedynie Węgry posiadają swojego przedstawiciela kierującego placówką w Oslo oraz Litwinie w Afganistanie. Dla podkreślenia kontrastu pomiędzy starymi, a nowymi państwami członkowskimi wskazać należy na region Ameryki Łacińskiej, który zdominowany jest przez przedstawicieli hiszpańskich oraz portugalskich. Polski europoseł Jacek Saryusz- Wolski stwierdził, iż mamy do czynienia z unijną dyplomacją bez Polaków dodając, iż nasz kraj powinien upominać się o swoje miejsca. Nie jest to zaskoczeniem, biorąc pod uwagę, iż podczas debaty na temat wizji europejskiej dyplomacji nasz kraj nie zdołał wywalczyć nawet jednego stanowiska ambasadora.
 
Podczas debaty w Parlamencie Europejskim na temat wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, która odbyła się 10 marca w Strasburgu Catherine Aston mówiła: „Zawsze kiedy kreujemy coś nowego towarzyszy nam pewien stopień oporu. Niektórzy pragną zminimalizować dostrzegane straty bardziej niż zmaksymalizować kolektywne korzyści. Ja widzę to inaczej. I mam nadzieję, że Parlament Europejski także. Stoimy przed ogromną szansą stworzenia czegoś, co wreszcie połączy wszystkie instrumenty naszego zaangażowania w wspieranie strategii polityki wspólnotowej. Jest to ogromna szansa dla Europy. Nie powinniśmy obniżać naszych ambicji, a raczej realizować je. Teraz nadszedł moment aby spojrzeć na szerszy obraz, być kreatywnym oraz powziąć wspólną odpowiedzialność. Jeśli nam się to uda, a musi, będziemy zdolni do kształtowania europejskiej polityki zagranicznej na miarę dwudziestego pierwszego wieku z korpusem zagranicznym zaprojektowanym tak, aby to osiągnąć”. W świetle ostatnich wydarzeń brzmi to raczej jak dziecinne marzenie, a nie realny plan. Tego samego dnia przedstawiła ona projekt unijnej dyplomacji, który został ostro skrytykowany przez Parlament. Jako jeden z głównym przyczyn krytyki podaje się brak zapisu, który zapewniałby geograficzny podział stanowisk. Jak widać nie bez powodu obawiano się, iż stworzy to możliwość zdominowania korpusu europejskiego przez przedstawicieli starych krajów członkowskich. Są to na pewno znaczące elementy. Korpus dyplomatyczny Unii Europejskiej w zamierzeniu posiadać ma ok. 3000 pracowników. Jeśli zostałaby zapisana powyżej wymieniona zasada, Polska dostała by niemałą część tych stanowisk, dokładnie około 240, co stanowi 8 procent całej służby zewnętrznej. Obrazując to w inny sposób, na 140 placówek, nasz kraj obsadziłby około 10. Tymczasem przypaść nam mają jedynie dwie. Jak wspomnieliśmy wcześniej projekt zakłada, iż jedna trzecia obsadzona zostaje przez pracowników Komisji Europejskiej, kolejna jedna trzecia przez Radę Europejską. Pozostawia to zatem zaledwie 33 procent, jakie przypadną do podziału pomiędzy wszystkie Państwa Członkowskie. Wyrazem sprzeciwu nowych państw członkowskich był list, jaki podczas szczytu w Kordobie przekazali Catherine Ashton przedstawiciele Słowenii, Litwy, Łotwy oraz Cypru. Niemniej jednak, wydawać się to może bez znaczenia, gdyż grupa ta pozostaje raczej bez szans w zderzeniu z lobbingiem najsilniejszych krajów Europy. Dowodem na to jest fakt, iż Radosław Sikorski ogłosił znaczne złagodzenie polskiego stanowiska. Stwierdził mianowicie, iż Polska pogodziła się już z faktem, że niemożliwe jest już przyznanie tak zwanych kwot narodowych, czyli właśnie gwarantowanej liczby stanowisk w unijnej służbie dyplomatycznej. W tym samym momencie w polskiej prasie pojawiły się doniesienia o propozycji rządu na obsadzenie jednego z dwóch stanowisk zastępcy sekretarza generalnego Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych przez Mikołaja Dowgielewicza. Niemalże natychmiast pojawiły się domniemania jakoby był to prawdziwy powód zmiany stanowiska Polski.   Hipotezom tym nie zaprzeczył premier Donald Tusk, mówiąc, iż nie jest on pośrednictwem pracy i w chwili postawienia przed wyborem nie wahałby się wykorzystać potencjału Mikołaja Dowgielewicza, gdyż dla Polski o wiele ważniejsze i korzystniejsze byłoby rozwiązanie o charakterze jakościowym, a nie ilościowym. Słowa te zostały ostro skrytykowane przez opozycję. „Co to za dziwne mówienie, ze nie jest pośrednikiem. Oczywiście, że nie jest jego rolą interweniowanie w sprawie pojedynczego referenta. Ale państwo musi stworzyć mechanizm odpowiedniej reprezentacji. Na razie naszym problemem jest zbyt mała, a nie zbyt duża liczba urzędników”, stwierdził w wypowiedzi dla gazety „Rzeczpospolita” eurodeputowany SLD Marek Siwiec.
 
Na kilka dni przed zamieszaniem wokół osoby Mikołaja Dowgielewicza Catherine Ashton przedstawiła ostateczną propozycję przyszłego kształtu unijnej dyplomacji. Między innymi zawiera ona założenie, iż za korpus dyplomatyczny Unii Europejskiej odpowiadałby sekretarz generalny wspierany przez dwóch zastępców. Należy jednak zadać pytanie czy Polska ma rzeczywiście szanse wygrać batalię o jedno z trzech najbardziej kluczowych stanowisk. W kilkunastostronicowym projekcie zawarty został nie tylko zamiar utworzenia stanowiska sekretarza generalnego, ale także zapowiedź traktowania Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych jako oddzielnej instytucji, co nadałoby jej prawa do dysponowania własnym budżetem administracyjnym. W kwestii, która już od samego początku dzieli państwa członkowskie na dwa przeciwne obozy, znalazł się jedynie krótki bardzo ogólny zapis, a mianowicie art. 6 ust. 6: „Wszystkie mianowania w Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych dokonywane być powinny w oparciu o meritum oraz możliwe najszerszy zakres o charakterze geograficznym. Pracownicy Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych powinny stanowić kompromis znaczącej obecności przedstawicieli wszystkich Państw Członkowskich.” Zapis ten z pewnością nie stanowi żadnej gwarancji dla nowych krajów członkowskich. Wiadomo, iż Unią Europejską rządzą w dużej mierze najsilniejsze państwa. Należy jednak zastanowić się czy, jeśli projekt Catherine Ashton zostanie przyjęty w tej postaci, unijna dyplomacja rzeczywiście spełni założenia wynikające z Traktatu Lizbońskiego i stanie się swoistym spoiwem łączącym ze sobą wszystkich członków Unii w ramach europejskiej polityki zagranicznej na miarę XXI wieku. Czy też może, jak zarzucała Wysokiemu Przedstawicielowi prasa francuska, uwydatni tylko problemy samej Wspólnoty i jej, delikatnie mówiąc, niezbyt jasnego wizerunku.
 

Reklama