Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Dwadzieścia lat dobrego sąsiedztwa

Autorzy: 
Dr Krzysztof Tokarz

Dwadzieścia lat minęło od podpisania jednego z najważniejszych dokumentów w relacjach polsko -niemieckich. Rocznica podpisania Traktatu o dobrym sąsiedztwie i współpracy, stała się okazją do zrobienia bilansów. Jest też okazją do pojawienia się tematu stosunków polsko-niemieckich w mediach zarówno Polski, jak i Niemiec.

Bilans nie zawsze jest na plus, a często jest też okazją do rozgrywania dziwnych gierek i załatwiania interesów. Rocznica podpisania traktatu dobrosąsiedzkiego jest też przedmiotem zainteresowania dziennikarzy zza Odry – bardzo często potwierdzających wygodny dla siebie stereotyp negatywny Polaka.

Ale warto zacząć od pozytywnej wiadomości. Niedawno Fundacja Współpracy Polsko- Niemieckiej zleciła wykonania badania opinii publicznej. Okazało się, że, po raz pierwszy od wielu lat, Polacy są w Niemczech ponad kreską. To znaczy, że po prawie 20 latach od upadku muru berlińskiego coś drgnęło i Niemcy nie widzą już w Polakach tylko zacofanych złodziei samochodów. Swoją drogą, to bardziej problem niemiecki niż polski. Polacy wykonali kawał dobrej roboty, zmienili swój kraj, już od dawna notowania Niemców w oczach Polaków są pozytywne. W Niemczech ciągle panował archaiczny obraz obarczony stereotypami, często własną manią wyższości nad ludami słowiańskimi. Chociaż, z uwagi na polityczną poprawność w Niemczech, nikt nie mówi o tym na głos, ale wystarczy sięgnąć po książkę Thilo Sarazzina. Choć ten akurat wychwalał Polaków za zatracanie własnych korzeni i szybką "asymilację". Niemieckie media też przyczyniały się do konserwowania starych przyzwyczajeń. Z reguły duże niemieckie gazety pisały niemal to samo, co rzecznicy prasowi ich własnego rządy.

Jednak nie ulega wątpliwości że mimo wszystko dwadzieścia lat zostało dobrze wykorzystane i to przez obie strony. Ale czy to znaczy, że jest "super" i nie należy już nic zmieniać?
Zanim o planach rządów ścisłej współpracy i powołania do życia wspólnych polsko-niemieckich ambasad na terenie chociażby Azji, warto zastanowić się nad tym, dlaczego tak powoli zmienia się obraz Polski w Niemczech.
Tu lektura Süddeutsche Zeitung będzie dobrym przykładem. W artykule na temat rocznicy podpisania 20 lat temu traktatu o dobrym sąsiedztwie pisze się, że to jak zwykle Polacy są tymi złymi i marudzą. Tradycyjnie ci "najgorsi" to PiS i Kaczyńscy.

Aczkolwiek trzeba dodać, że punkt krytyczny dla pogorszenia relacji polsko-niemieckich zdiagnozowano całkiem trafnie. Bo wielu zapomina o tym, że stosunki polsko-niemieckie nie popsuły się wcale za czasów rządów PiSu, lecz SLD i kiedy w Pałacu Prezydenckim zasiadał Aleksander Kwaśniewski. Poszło o Irak i Gazociąg Północny. Ówczesny kanclerz Gerhard Schröder nie mógł tego ścierpieć, że Polacy mogli nie posłuchać go i pójść wbrew jego woli ramię w ramię z Amerykanami na wojnę iracką. Sam Schröder rzucił się w ramiona Putina, a nawet skorzystał skwapliwie z hojności rosyjskich kieszeni. W końcu zasiadanie w radzie firmy należącej do rosyjskiego potentata naftowego to nie byle jaka fucha. Naturalnie obawy Polski, że powstanie Gazociągu Północnego może przyczynić się do powstania osi Berlin-Moskwa, nie musi Niemców obchodzić. Ale z drugiej strony, wmawianie opinii publicznej, że to tylko biznesowa inwestycja jest dalekie od rzeczywistości. Zresztą Merkel wcale nie przerwała budowy tego projektu, który zagraża istotnym interesom nie tylko Polski, ale i Litwy, Ukrainy oraz Białorusi. Dopiero niedawno, jak pisały niektóre polskie media, politycy dogadali, że nitka gazowa będzie budowana w okolicach Zgorzelca. Ma to być zabezpieczeniem na wypadek, gdyby Rosja zakręciła Polsce kurek. Jednak Niemcy wzbraniają się przed zapisem w umowie, że zobowiążą się do wkopania tak głęboko rur gazociągu, aby nie blokowały polskich portów.

No i ta nieszczęsna Erika Steinbach i forsowane Centrum Przeciwko Wypędzeniom. Zdaniem niemieckich publicystów, zarówno BdV jak i Steinbach, są wykorzystane do celów politycznych jedynie w Polsce i to najczęściej przez narodowo-konserwatywny obóz. Za krytykę postępowania Steinbach oberwało się od niemieckiego dziennikarza nawet Władysławowi Bartoszewskiemu, słynącemu z proniemieckiego nastawienia. Nawet taki polityk, który częściej chwali Niemców niż ktokolwiek inny, dostał burę od niemieckich polityków i dziennikarzy za to, że zbyt otwarcie śmiał skrytykować zaczepne i agresywne poczynania przewodniczącej wypędzonych. Tak więc nawet tak chwalony przez Niemców rząd Tuska został skrytykowany za to, że nie przyklaskiwał ani nie tańczył jak im skrajna organizacja zagra. Faktem jest to, że Steinbach jest wykorzystywana przez polskich polityków do celów walki wewnętrznej. Jej rola jest wyolbrzymiana i to przez obie strony barykady, aby ugrać kilka procent poparcia. Jedni na strachu przed BdV, drudzy na uczuciach europejskich. Ale faktem jest również i to, że niemiecka polityka i część dziennikarzy wykorzystuje niemieckich wypędzonych do własnych celów. Niemcy opowiadają ciągle o tym, jak to Erika Steinbach jest mało znana w Niemczech i w ogóle jest nieistotną personą. Ale tu sprawdza się polskie przysłowie: na złodzieju czapka gore. Oni też dobrze wiedzą, że Steinbach i cały jej związek mają silne umocowanie i wysoką pozycję w strukturach CDU i w rządowych kręgach. Steinbach, głosząca skrajnie antyeuropejskie poglądy, jawnie kwestionująca porządek prawny w Europie pełni wysokie stanowiska w partii. Opowiadanie, że jest nieznaczącą szeregową postacią, można sobie pomiędzy bajki włożyć. Ta rzekomo nieznana w Niemczech osoba przeforsowała gigantyczny projekt w postaci Centrum przeciwko Wypędzeniom. Wart zresztą wiele milionów euro. Jak mówią, ma posłuch u samej kanclerz. Poza tym, to kwestia kładąca się cieniem po stronie niemieckiej a nie polskiej. To nie Polska finansuje skrajnie antyniemiecką organizację, to nie w Polsce czołowy polityk tejże organizacji zasiada w rządowej partii. Jak widać, część niemieckich publicystów, jak za starych czasów, chce przerzucić winę na polskie barki. Zrozumiałe jest to, że Niemcy mają prawo do kultywowania tradycji utraconych na zawsze stron rodzinnych. Ale czy obowiązkowo musi stać na ich czele polityk który zasiada w ławach partii rządzącej i to bynajmniej nie w ostatnim rzędzie? Tak więc pohukiwać na Polskę jest łatwo. Mało tego, dzięki temu, że popiera się te skrajności, zyskuje się poparcie w wyborach do Bundestagu i Landtagów. Zatem rozdzieranie szat nad tym, że w Polsce nie zawsze zostaje zachowana zimna krew po wyskokach ziomków, jest nieco na pokaz. Sprawa Steinbach, czy BdV byłaby dawno zamknięta, gdyby nie straszono Polaków tym, że za swoje mienie będą jeszcze wypłacać odszkodowania, albo jeszcze gorzej – utracą własność. Oczywiście, jest to wizja mało realna, ale nie powinno być jej w ogóle.

Dostało się też rządowi Tuska za to, iż mniejszość polska w ogóle weszła na wokandę. Mało tego. Polska troska o własną mniejszość, według gazety Süddeutsche Zeitung, wynikała z nacisków "narodowców". To jakiś ponury żart. O prawa mniejszości polskiej w Niemczech coraz głośniej wypowiadają się ludzie z różnych ugrupowań od PiSu, przez PO a na SLD skończywszy. To, że Niemcy unikają jak ognia nazwania sprawy po imieniu, wszyscy wiemy. Mniejszość polska była i jest w Niemczech. Tylko rządy Hitlera odebrały należne jej prawa, a demokracja niemiecka nie chce ich oddać do dzisiaj. Oczywiście, mówiąc mniejszość polska, nie mam tu na myśli wszystkich Polaków, którzy znaleźli się w Niemczech z powodów ekonomicznych czy też byli imigrantami ekonomicznymi. Mówię o ludziach, którzy urodzili się w Niemczech, są potomkami Polaków pracujących w Zagłębiu Rury lub w innych okolicznościach żyjących w Niemczech. Trudno oszacować teraz ich liczbę, ale nie o to tu chodzi.

Niemcy, w Traktacie o dobrym sąsiedztwie, zobowiązały się do takiego samego traktowania Polonii jak my mniejszości niemieckiej. Polacy płacą ciężkie pieniądze za szkoły dla mniejszości, łożyli na ich działalność kulturalną. Swego czasu specjalnie dla Niemców stworzono udogodnienie, aby nie musieli jak inni obywatele przekraczać pięcioprocentowej bariery a jedynie trzyprocentową, by znaleźć się w polskim Sejmie i Senacie. Z tego przywileju zresztą mniejszość niemiecka skwapliwie skorzystała. Ale tu nie było wzajemności. Polonia, jak chcą tego Niemcy – a tak naprawdę polska mniejszość w Niemczech – nigdy nie otrzymała tego, co jej się po prostu zgodnie z traktatem dobrosąsiedzkim należało. Nie było to zgodne z duchem europejskim ani z duchem współpracy, jaki panuje w Unii Europejskiej. Bardzo dobrze się stało, że Berlin w końcu obiecał powstanie Domu Polonii i wsparcie lekcji języka ojczystego. Choć są to na razie tylko obietnice, jest to krok w dobrym kierunku. Lepiej późno niż wcale. Ale taka sytuacja nie świadczy dobrze o wypełnianiu zapisów traktatowych. No, ale część niemieckich środowisk czy dziennikarzy ten nieśmiały krok przedstawia jako "wielki kompromis", ba – niemiecką wielkoduszność. Tutaj też nie byłoby sprawy ani tematu, gdyby kwestia Polaków w Niemczech była rozwiązana należycie. Nie ma obaw, że Polacy przez to, że będą kultywować swoje tradycje i język staną się mniej wiarygodnymi obywatelami RFN. Tego typu myśl jest w ogóle śmieszna i wynikająca z nacjonalistycznych pobudek.

Zapowiadane zbliżenie polsko-niemieckie jest ważnym, przełomowym wręcz krokiem. Należy tylko tej inicjatywie przyklasnąć. Wspólne ambasady, inwestycje w bezpieczeństwo, zacieśnianie współpracy, to bardzo dobry prognostyk na przyszłość. Nie można jednak zamykać oczu na problemy które są i będą. A tutaj tradycyjna polska uległość, czy niemówienie wprost o problemach niemieckim partnerom z obawy by ich nie urazić, tylko będzie przeszkadzać. Traktat o dobrym sąsiedztwie był bardzo pożytecznym dokumentem. Na jego bazie wspólnie Polacy jak i Niemcy muszą współpracować jeszcze kolejne dwadzieścia lat i – chociaż może zabrzmi to patetycznie, ale jest prawdziwe – dla dobra całej Europy.

Reklama