Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Dżihadyści atakują!

Autorzy: 
Prof. Ryszard Machnikowski

15 stycznia 2015 r. organizacja Amnesty International przedstawiła publicznie zdjęcia satelitarne, pokazujące przerażający rozmiar zniszczeń w nigeryjskim mieście Baga, zaatakowanym przez dżihadystów z organizacji Boko Haram. Atak na to miasto i sąsiadujące z nim Doron Baga rozpoczął się 3 stycznia i trwał kilka dni.

W jego efekcie, wg. AI, śmierć mogło ponieść od kilkuset nawet aż do 2 tysięcy osób, głównie kobiet, dzieci i osób starszych. Świadkowie, którym udało się przeżyć tę straszliwą masakrę podają szczegóły okrucieństwa dzikiego ataku na te miasta i okoliczne wsie (TUTAJ). Atakujący nie liczyli się z nikim i z niczym, i zabijali także kobiety w ciąży, a nawet kobietę w trakcie porodu (TUTAJ). Wprawdzie rząd nigeryjski sugerował, że ofiar mogło być „jedynie” 150, jednak organizacja Human Rights Watch kwestionowała tę liczbę informując, że nikt jak dotąd nie policzył zabitych, a ich rozkładające się ciała wciąż leżą w tych miejscowościach, nie pochowane. Ironią losu jest, że Baga była umowną kwaterą główną międzynarodowych sił do walki z islamistami, choć stacjonowali w niej tylko żołnierze z Nigerii. Przed atakiem z 3 stycznia Baga była ostatnim miastem w regionie kontrolowanym przez rząd nigeryjski, jednak armia ostatecznie się z niego wycofała, pozostawiając mieszkańców na pastwę „bojowników” Boko Haram. Kontrolują oni w tej chwili znaczną część stanu Borno.

W sierpniu, po letniej ofensywie dżihadystów proklamowali oni utworzenie Państwa Islamskiego na terenach kontrolowanych przez siebie oraz sojusz i poparcie dla Państwa Islamskiego proklamowanego w Lewancie. Na terenach tych od dłuższego czasu dochodzi do regularnych masakr, porwań miejscowej ludności, zmuszania porwanych dziewcząt do poślubiania bojowników i handlu niewolnikami, charakterystycznych dla współczesnych kalifatów. Armia i władze nigeryjskie są bezsilne i nie są w stanie odzyskać kontroli nad częścią swego kraju, podbitego przez dżihadystów. Ich ofiarą padło w minionym roku co najmniej pięć tysięcy osób. 10 i 11 stycznia na północy kraju w trzech zamachach samobójczych dokonanych przez ok. 10 – letnie dziewczynki zginęło ponad 20 osób, a 50 zostało rannych. Dżihadyści z Boko Haram 28 grudnia 2014 r. zaatakowali także w Kamerunie, zabijając tam 30 osób, ugrupowanie to stara się bowiem destabilizować nie tylko Nigerię, ale też sąsiednie państwa afrykańskie.

Również Państwo Islamskie proklamowane na Bliskim Wschodzie nie próżnowało od początku nowego roku, zabijając ponad 20 kurdyjskich Peszmergów w atakach na tamę na rzece Tygrys w pobliżu miasta Niniwa oraz posterunki w pobliżu miasta al-Mansurija w prowincji Dijala. Choć marsz jego bojowników został powstrzymany przez naloty, dokonywane przez koalicję „antyterrorystyczną” w Iraku i Syrii, niemniej jednak podejmuje ono inicjatywy mające na celu wyparcie bojowników kurdyjskich i sił irackich z kontrolowanych przez nie terenów.

Także w Europie na początku stycznia 2015 r. doszło do aktu terrorystycznego, gdy w atakach na redakcję paryskiego tygodnika satyrycznego i żydowski supermarket zginęło 17 osób, nie licząc domniemanych zamachowców. Ciała ofiar tych ataków, w odróżnieniu od ofiar zabitych w Baga w Nigerii, zostały już pochowane.

Jednak zachodnie media ledwo dostrzegły nigeryjską masakrę, skupiając uwagę swoją i swoich widzów na paryskim ataku i domagając się odpowiedzi jak mogło do niego dojść. Portale internetowe zapełniły się tysiącami komentarzy „znawców” diagnozujących sytuację i wskazujących sposoby poradzenia sobie z zagrożeniem stwarzanym przez dżihadystów w przyszłości. Jednym z dominujących nurtów w internetowych dyskusjach było wezwanie do pozbycia się muzułmanów z europejskiego kontynentu, co jest postulatem niemal dorównującym swym radykalizmem tym, które zgłaszają sami dżihadyści, chcący pozbyć się ludności niemuzułmańskej z terenów kontrolowanych przez siebie. Dżihadyści odnieśli tym samym wielki sukces, nad którym długo, ciężko i ofiarnie pracują – pogłębili polaryzację europejskich populacji i jeszcze mocniej je zradykalizowali. Cel ten, wielokrotnie prezentowany w dżihadystycznych publikacjach, realizują coraz bardziej skutecznie. Tymczasem władze państw zachodnich pozostają całkowicie bezradne wobec ich zamierzeń, nie potrafiąc znaleźć sposobu na rosnącą radykalizację zarówno populacji muzułmańskiej w Europie, wśród której dżihadystom coraz łatwiej udaje się pozyskać rekrutów, jak i populacji rdzennych Europejczyków, stojących w obliczu zagrożenia muzułmańskim radykalizmem. Być może rzeczywiście nie ma już dobrego wyjścia z tej napiętej sytuacji i będzie ona dalej nabrzmiewać, prowadząc do wybuchu społecznego na niewyobrażalną obecnie skalę. Bez wątpienia dżihadyści mają dziś sporą przewagę nad Zachodem, gdyż wiedzą co i jak chcą osiągnąć, gdy tymczasem Zachód jest niepewny zarówno tego pierwszego, jak i drugiego.

Tę głęboką konfuzję Zachodu pogarsza coraz bardziej widoczna niezdolność znacznej części klasy intelektualnej do zmierzenia się z tym poważnym problemem, w obliczu którego stoi Zachód. Wróg zewnętrzny ma tutaj wsparcie wroga wewnętrznego, którym jest rozkład kultury intelektualnej, jaki dokonał się na Zachodzie w minionym półwieczu, pod ciśnieniem postmodernistycznego relatywizmu. To, co jest rzeczą szokującą w „medialnej” reakcji na ataki dżihadystów, to wybijająca się z komentarzy licznych ekspertów zapraszanych do redakcji różnych mediów w skali światowej, dość powszechna niezdolność poprawnego rozpoznania i nazwania problemu, z którym mają do czynienia. Tak, jakbyśmy mieli z nim do czynienia od wczoraj, a nie od co najmniej dwóch dekad, jakby zjawisko to nie było badane, rozpoznawane i dyskutowane przez lata, jakby nie napisano tych wszystkich artykułów, książek, raportów badawczych, które już powstały. O ile anonimowi internauci nie muszą być tego świadomi, o tyle taka postawa wśród osób uważających siebie za znawców problematyki musi budzić zdumienie. Oczywiście, siedząc w studiu telewizyjnym czy radiowym trudno błysnąć głębią komentarza, jednak zastrzeżenie to nie dotyczy blogów czy komentarzy dostępnych na stronach internetowych.

Tymczasem co najmniej od czasów serii zamachów terrorystycznych we Francji i Arabii Saudyjskiej w połowie lat 90-tych XX wieku, problem rosnącego sunnickiego radykalizmu jest rozpoznawany nie tylko przez służby specjalne świata zachodniego, ale także środowiska akademickie na masową dziś skalę. W latach 1995 – 2015, a szczególnie, co zrozumiałe, po wrześniu 2001 r., opublikowano gigantyczną liczbę tekstów, których celem była próba zrozumienia i wyjaśnienia tego niezwykle groźnego fenomenu, pisanych przez specjalistów z różnych dziedzin naukowych. Ktoś mieniący się ekspertem w tej dziedzinie powinien je nie tylko znać, ale także dyskontować płynące z tych badań konkluzje. Faktem jest, że pewna część z tych opracowań może prowadzić na manowce, jednak znajdziemy tam i takie, które przyczyniają się do lepszego rozumienia dyskutowanego fenomenu. Problemem jest oddzielenie ziarna od plew.

Część literatury przedmiotu może być rzeczywiście myląca, gdyż ujmuje problem z którym mamy do czynienia, jedynie w kategorii „terroryzmu”, co jest w moim przekonaniu błędne. Szczególnie po 11 września 2001 r. z uczelni wyższych na całym świecie, w tym w Polsce, wyszły na świat tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy „specjalistów od badania terroryzmu”. Problem „terroryzmu” został uznany w świecie akademickim za problem w dużej mierze samoistny, a nie za derywat innych, głębszych zjawisk, mających złożoną i wielowymiarową naturę. Problem „terroryzmu” jest zatem zwykle rozumiany dość wąsko, gdy tymczasem, aby zrozumieć zjawiska stojące głębiej, powinien być ujmowany względnie szeroko.

Zapewne po części i stąd bierze się ta zaskakująco duża liczba nietrafnych analiz i prognoz dostępnych w mediach – specjaliści widzą bowiem jedynie cienie na ścianie jaskini. Używając innej metafory, „terroryzm” dżihadystów jest jedynie czubkiem góry lodowej, koncentrowanie się na nim, a nie na głębszym podłożu tego zjawiska nie doprowadzi nikogo do lepszego zrozumienia problemu, który ze sobą niesie. Tak długo, jak będziemy go w ten sposób traktować, będziemy skazani na nie kończące się jałowe dyskusje medialne za każdym razem, gdy dojdzie do aktu podobnego do tego, jaki miał miejsce ostatnio w Paryżu, w których internetowa publika będzie twierdzić, że „wszyscy muzułmanie to terroryści” i trzeba „ich wywieźć z Europy”, a liczne grono eksperckie będzie jej odpowiadać, że „islam jest religią pokoju i nie ma z zamachami nic wspólnego”. Oba te wytarte frazesy, które zawsze słyszymy przy takiej okazji, nawet na cal nie przybliżają nas do zrozumienia problemu, w obliczu którego stoimy, nie mówiąc już o próbach znalezienia jego rozwiązania. Przed nami wciąż długa i trudna droga, by to zmienić.
 

Reklama