Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Czy Stany Zjednoczone wspomogą Izrael?

Autorzy: 
Jakub Kędzior

Niedawny zamach bombowy z Jerozolimie po raz kolejny wzbudził sporo zamieszania na całym świecie, a szczególnie na Bliskim Wschodzie. Sytuacja w Strefie Gazy od dłuższego czasu jest bardzo napięta a kolejne akty terroru tylko ją pogarszają. Jak wiadomo bardzo bliskim sojusznikiem Izraela jest USA, stąd wizyta amerykańskiego sekretarza obrony Roberta Gatesa w Cezarei i spotkanie z premierem Benjaminem Natanjahu.

Obaj panowie zgodnie podkreślali, jak bliskie więzy łączą te dwa kraje, szczególnie w dziedzinie bezpieczeństwa i wspólnej walki z terroryzmem. Izraelczycy po raz kolejny muszą stawić czoła zamachowi, który pochłonął dziesiątki niewinnych ofiar, jednak tym razem sytuacja jest szczególnie niepokojąca. Niepokoje, które wstrząsają północną Afryką oraz interwencja wojskowa w Libii, mogą mieć także swoje odzwierciedlenie w sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Gates pomimo wyrazu wsparcia jakiego Amerykanie udzielają Izraelowi, apelował do Natanjahu o ostrożne działania. Oczywiście zdecydowanie poparł odwet, jednak sugerował, że przede wszystkim powinna liczyć się rozwaga, gdyż bardzo łatwo można zniszczyć kruche porozumienie w tym regionie świata. Gates złożył także kondolencje rodzinom ofiar zamachu i zaapelował zarówno do palestyńskich jak i izraelskich przywódców o jak najszybsze działania, zmierzające do wprowadzenia pokoju, pomimo ostrych różnic dzielących w tej chwili oba narody.

Natanjahu stwierdził, że Izrael jest gotów do wyraźnej odpowiedzi terrorystom i podkreślał, że leży to nie tylko w interesie jego państwa, ale także wszystkich krajów miłujących pokój i ład. Budzi to niepokój kilku przywódców państw arabskich, którzy obawiają się frontalnego ataku na Strefę Gazy przez izraelskie wojska. Przedstawiciele Egitpu prosili Izrael o umiar w działaniach, żeby nie wywołać eskalacji konfliktu.

To stanowisko z pewnością podzielają także Stany Zjednoczone, dla których kolejny konflikt byłby sporym problemem. Interwencja w Libii pociąga za sobą spore koszty, które w dużej mierze muszą pokrywać sami Amerykanie. Wysłanie tam myśliwców to dopiero pierwszy krok i nie wiadomo, czy nie będzie potrzeby większego zaangażowania wojsk państw członkowskich ONZ. Nie od dziś wiadomo, że w takich wypadkach największy kontyngent wystawią właśnie Stany Zjednoczone. Stąd też pewnego rodzaju tonowanie nastrojów w Izraelu przez Gatesa, który zdaje sobie sprawę, że gdyby doszło do kolejnych rozruchów, to USA musiałoby wspomóc swojego sojusznika. A to już niosło by za sobą poważne konsekwencje dla amerykańskiego budżetu.

Także sam Barack Obama niechętnie wysłałby swoich żołnierzy na kolejny front. Przypomnijmy, że w przeciwieństwie do swojego poprzednika, Georga W. Busha, Obama nie jest zwolennikiem walki na kilku frontach. Co prawda w obecnych sondażach interwencję w Libii popiera ponad 60% Amerykanów, jednak nie wiadomo jak wyglądała by sytuacja gdyby wojsko USA zostało skierowane do Izraela, czyli na drugi front. Nie należy też zapominać, że Stany są aktualnie także zaangażowane w działania w Iraku i Afganistanie, a także w Japonii, gdzie pomagają w ratowaniu elektrowni w Fukushimie. Nawet jak dla USA jest to już dużo i kolejny front działań to mogłoby być zbyt wiele.

Zwłaszcza, że pomimo zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ, operacja w Libii ma coraz mniej zwolenników. Bardzo głośna krytyka ze strony Władimira Putina, oraz kilku innych przywódców świadczy bardzo jasno o tym, że nie tak wyobrażali oni sobie pomoc Libijczykom. Nie zmienia to faktu, że Rosja mająca prawo weta, wydała na ta operację zgodę i teraz ma związane ręce. Nie mniej jednak taki brak poparcia nie pomaga Stanom Zjednoczonym w działaniu.

Bardzo ważna wydaje się długość interwencji w Libii, bo im dłużej będzie ona trwać tym poparcie dla działań Amerykanów będzie spadać a to może doprowadzić do fiaska całej operacji.

Z pewnością premier Izraela zdaje sobie sprawę z tego w jakiej sytuacji są jego sojusznicy i rozważy metody odwetu na Palestyńczykach. Zapewne będzie to oznaczać, że Izraelczycy będą unikać eskalacji konfliktu, jednak w tym regionie świata wszystko może się wydarzyć, zwłaszcza teraz, kiedy mamy do czynienia z „wysypem” rewolucji.
 

Reklama