Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Czy Rosja zaatakuje NATO?

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Dr Piotr Kuspys

Napięta sytuacja na Ukrainie i brak porozumienia między Zachodem i Rosją skutkują spekulacjami, które w przestrzeni medialnej cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Nie tyle chodzi o prawdopodobne scenariusze, ile o poszukiwanie sensacji. Przejrzyjmy się, czy są podstawy, aby sądzić, że Rosja może zaatakować NATO?

Niczego nie można wykluczyć, ale żeby snuć takie prognozy, trzeba je na czymś oprzeć. Głównym argumentem zwolenników takiej tezy jest „blitzkrieg” na Krymie i sytuacja w Donbasie. Dlaczego Rosja nie miałaby pójść dalej? Otóż dlatego, że nie jest to w jej interesie: politycznym, strategicznym, gospodarczym. W odczuciu zwykłych Rosjan i rosyjskiej elity politycznej, Ukraina, podobnie jak Białoruś, jest uznawana za nieodłączną część „rosyjskiego świata”. Każda próba zmiany tej sytuacji oznacza zdecydowaną odpowiedź ze strony Moskwy. Tak właśnie zinterpretowano wydarzenia na Majdanie: jako próbę oderwanie Ukrainy od Rosji. Moskwa jest przekonana, że w tym celu zachodni agenci i dyplomaci ręcznie sterowali akcją obalenia Janukowycza. W kontekście pojawiających się informacji, że postmajdanowskie władze zamierzają wypowiedzieć umowę stacjonowania rosyjskiej marynarki wojennej na Krymie i przekazać bazę Amerykanom, na Kremlu uznano, że nie ma na co czekać. Na dodatek nowa koalicja parlamentarna w Kijowie przyjęła ustawę zakazującą używanie języka rosyjskiego na Ukrainie, co stało się bezpośrednim powodem i formalną podstawą do podjęcia interwencji na Krymie. Trzeba też uczciwie powiedzieć, że taki scenariusz – przyłączenia Krymu do Rosji – w pełni odpowiadał mieszkańcom Krymu. Zdecydowana większość z nich to Rosjanie, którzy językowo, kulturowo i mentalnie bardziej byli związani z Rosją, niż z Ukrainą. Z tego względu nie ma podstaw, aby uważać referendum o przyłączeniu Krymu do Rosji za sfałszowane, mimo że odbyło się ono z pogwałceniem konstytucji Ukrainy, podobnie, zresztą, jak zmiana władzy podczas Majdanu.

O ile Krym w świadomości Rosjan zawsze miał ważne znaczenie historyczne i strategiczne, nie można tego powiedzieć o Donbasie. Stąd należy wykluczyć powtórkę scenariuszu krymskiego „blitzkriegu”. Moskwa nie zdecyduje się ani na wysłanie regularnej armii, nawet nieoznakowanej, ani tym bardziej na przyłączenie Donbasu do Rosji. W interesie Kremla jest, aby Donbas pozostawał niestabilną „ziemią niczyją”: kolejnym narzędziem nacisku na władze w Kijowie. Właśnie w tym celu podpisano porozumienia z Mińsku, w których Ukraina, pod naciskiem Rosji, Niemic i Francji, zobowiązała się do udzielenia Donbasowi szerokiej autonomii. Do chwili obecnej prezydent Petro Poroszenko – sygnatariusz tej umowy - nie podjął żadnych działań w tym zakresie, lecz szuka sposobu, aby wycofać się z przyjętych zobowiązań. Utrata Donbasu dla władz w Kijowie oznaczałaby utratę władzy. Poziom niezadowolenia Ukraińców z działań i bezczynności postmajdanowskiej władzy jest tak niski, że wystarczy niewielka iskra, aby doszło do powtórki scenariuszu sprzed roku.

Nikt nie przewidział, że niewinne protesty w Kijowie przekształcą się w – formalne rzecz ujmując - zamach stanu, a następnie w wojnę regionalną. Nie spodziewał się tego również Zachód aktywnie uczestniczący w negocjacjach między liderami Majdanu a ówczesną władzą. Sytuacja wymknęła się spod kontroli i doprowadziła do bezpośredniej rywalizacji politycznej i militarnej między Zachodem i Rosją o wpływy na Ukrainie. W kontekście ewentualnego ataku Rosji na kraje NATO, byłby on możliwy wyłącznie w wypadku, gdyby „sytuacja wymknęła się spod kontroli”. Aczkolwiek nawet na Ukrainie Kreml nie zdecydował się na jawną interwencję, mimo że rosyjski parlament zezwolił Putinowi wysłać wojska na Ukrainę. W chwili obecnej nie ma takiego zagrożenia. Rosja jako pierwsza nie zdecyduje się na jakiekolwiek działania militarne wobec krajów NATO. Odpowie natomiast w sytuacji zagrożenia, np. przyjęcia Ukrainy do NATO lub militarnego zaangażowania np. Polski lub krajów bałtyckich w konflikcie na Ukrainie.
 

Reklama