Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Czy Europie w XXI wieku znów grozi wojna? – revisited

Autorzy: 
Prof. Ryszard Machnikowski

Obecny moment przesilenia politycznego w Europie, związany z wojną rosyjsko - ukraińską stworzył unikalną sposobność spojrzenia na politykę międzynarodową taką, jaką ona jest, odartą na chwilę z grubej zasłony propagandy. Chciałem przypomnieć swój tekst opublikowany przed niemal 3 laty, w grudniu 2011 r., którego tematem była właśnie możliwa przyszła wojna w Europie.

Pretekstem do jego napisania były zapomniane już dziś ostrzeżenie przed wojną na tym kontynencie, które padło z ust ówczesnego ministra finansów, Jacka Rostowskiego. A przyczyną tych słów był trwający wówczas poważny światowy kryzys ekonomiczny, dotykający także silnie kraje zachodnioeuropejskie. Jacek Rostowski pomylił się, wieszcząc wojnę „za dziesięć lat” …

Ja przyjąłem, jak się okazało błędne, założenie, że wojna może być skutkiem ewentualnego rozpadu Unii Europejskiej, będącego efektem działań sił odśrodkowych, które można już wtedy było zaobserwować na tym kontynencie. Jak to często bywa, rzeczywistość przewyższyła oczekiwania i potoczyła się po swojemu: wojna w Europie wybuchła wcześniej, niż w 2021 r., a głębokie podziały w Europie i na Zachodzie choć nie naruszyły fasady, jaką dziś stała się Unia Europejska, to jednak zupełnie ją zmarginalizowały. Nadal może ona formalnie istnieć, i zajmować się tak ważnymi kwestiami jak moc odkurzaczy, ale nie będzie ona odgrywała istotnej politycznej roli w Europie ze względu na istotne transformacje zachodzące na tym kontynencie.

Dziś widać już jak na dłoni, że partykularne interesy determinują działaniami państw narodowych, a „jedność europejska” jest mrzonką dziś bardziej nawet niż kiedykolwiek. Wydarzenia najnowsze wymagają odświeżonej i pogłębionej osobnej analizy – zanim jednak zostanie ona zaprezentowana, zachęcam do zapoznania się z „odgrzanym kotletem” jakim jest mój lekko „zmodyfikowany” tekst sprzed niemal trzech lat. Modyfikacje, niezbyt wielkie, miały na celu dostosowanie go do bieżącej sytuacji, a zainteresowanych sprawdzeniem na ile zmieniły oryginał zachęcam do zapoznania się z „oryginalnym” tekstem, wciąż dostępnym na: http://stosunki.pl/?q=content/czy-europie-w-xxi-wieku-zn%C3%B3w-grozi-wojna. Sądzę, że warto jest przypomnieć sobie przeszłość, by trzeźwo ocenić teraźniejszość i śmielej spojrzeć w przyszłość …

Europa jest dziś w niebezpieczeństwie. Za wszelką cenę musimy ratować Europę. Nie łudźmy się, gdyby euro miało się rozpaść, to Europa długo tego szoku nie przetrwa. (…) po takich wstrząsach gospodarczych i politycznych rzadko się zdarza, by po 10 latach nie było także katastrofy wojennej.
J. Rostowski, minister finansów

Gdyby na serio rozpatrywać scenariusz możliwej przyszłej wojny (wojen?) w Europie, należałoby zapytać – kto walczyłby z kim, jak i przede wszystkim o co? Nic nie wskazuje bowiem na to, aby miałaby to być wojna „wszystkich ze wszystkimi” – jest mocno wątpliwe, by to np. Duńczycy, Holendrzy, Portugalczycy czy Maltańczycy chcieliby na drodze wojny rozstrzygać swoje problemy wewnętrzne lub z sąsiadami. Kogo zatem moglibyśmy podejrzewać o takie skłonności i w jakich okolicznościach mogłoby dojść do ich urzeczywistnienia?

Swoistą podpowiedź przynosi analiza renomowanego amerykańskiego ośrodka badawczego Stratfor. Tytuł analizy – Wybór Polski – silniejsze Niemcy – wskazuje na istotę polskiego „dylematu bezpieczeństwa” rysującego się coraz wyraźniej u progu drugiej dekady XXI wieku – opowiedzenie się za silnymi Niemcami przejmującymi ster w Unii ze strachu przed ekspansjonistyczną i agresywną Rosją. Warto zauważyć, że obserwacje zawarte w krótkiej analizie Stratforu są dość oczywiste – bystry student studiów strategicznych byłby w stanie dokonać zbliżonej oceny geopolitycznej sytuacji w dzisiejszej Europie, podobnej do konkluzji przedstawionych przez amerykańskich analityków.

Krótka analiza Stratforu wydaje się być dobrym punktem wyjścia do zastanowienia się nad „milczącymi założeniami” (tacit knowledge), niegdyś skrzętnie ukrywanymi w wypowiedziach polityków i badaczy zajmujących się kwestiami europejskimi. W konstrukcji myślowej amerykańskich analityków zawartych jest bowiem kilka interesujących, dziś najwyraźniej już oczywistych, założeń, które jednak jeszcze nie tak dawno wcale nie były uznawane, szczególnie w Polsce, za oczywiste, bądź nawet skrzętnie przed opinią publiczną ukrywane.

Pierwszym takim założeniem jest, że Polska cały czas znajduje się w wyjątkowo trudnym położeniu geopolitycznym, między dwiema potęgami – zachodnioeuropejską i euroazjatycką - które, gdyby sytuacja miała się wymknąć spod kontroli, a taka możliwość jest dziś znacznie bardziej realna niż kiedykolwiek wcześniej od czasów zakończenia zimnej wojny, mogą stanowić poważne wyzwanie dla naszego kraju. Tym samym na jakiś czas musimy pożegnać się z popularnym jeszcze do niedawna bajaniem o „nieistotności geopolityki”, podmywanej jakoby przez postępującą w XXI wieku globalizację prowadzącą do „homogenizacji” świata, oraz twierdzeniem, że położenie geograficzne nie wpływa już na rodzaje zagrożeń, z jakimi mogą spotkać się państwa. Było to ilustrowane tezą, że np. Portugalia i Polska narażone są na podobne i porównywalne niebezpieczeństwa dla ich tożsamości i statusu, co dziś jest już jednak uznane za oczywisty absurd. Powinno to zmusić nasze państwo do poważnego wysiłku sformułowania podstaw swojej racji stanu, by realizować ją przez adekwatną do jego możliwości politykę wewnętrzną i zewnętrzną. Warto zapoczątkować taką dyskusję, zbywaną do tej pory, jak się okazuje, zupełnie już pustym frazesem, że gwarantem naszego bezpieczeństwa militarnego jest NATO, a gospodarczego UE i tak pozostanie do kresu historii, zatem niczym już nie musimy się martwić, gdyż wszystko zostało raz na zawsze przesądzone.

W takim przypadku warto byłoby się zastanowić kto będzie strzegł naszego bezpieczeństwa, jeżeli bezpieczni wciąż być chcemy? Musimy bowiem wreszcie otwarcie uznać, że Polska jest dziś krajem zbyt słabym, by móc sama zapewnić sobie ochronę w przypadku wyjątkowego niesprzyjającego obrotu wydarzeń na Starym Kontynencie, a który dziś okazuje się być do pomyślenia.

Instytucje bezpieczeństwa państwa, tu mamy do czynienia z drugą oczywistością, nie są w stanie wypełnić podstawowej funkcji zewnętrznej naszego państwa, czyli ochronić jego niezawisłości, gdyby doszło do chwili próby. Dotyczy to przede wszystkim polskiego wojska, które dziś może zmieścić się ze sprzętem na stadionach przyszykowanych na EURO 2012, które nie było w stanie przetransportować bezpiecznie za granicę swojego Zwierzchnika, i które utraciło w czasach pokoju liczbę generałów porównywalną do czasu W. Należałoby się w związku z tym zapytać, czy decyzja o rozwijaniu zdolności ekspedycyjnych (minus transport lotniczy czy morski) i przeciwpartyzanckich naszego wojska, kosztem zdolności obrony terytorium własnego kraju przed potencjalnym agresorem lub jego skutecznego odstraszania, nie była nadmiernie lekkomyślna i czy w takim przypadku nie powinna być zasadniczo, póki jeszcze czas, zmieniona. Warto byłoby również się zastanowić jakie są w tym kontekście możliwości polskiego przemysłu obronnego i zadać pytanie, czy nie przyszedł aby właściwy czas na jego zrewitalizowanie i podniesienie jego zdolności produkcyjnych.

Tym bardziej, że po trzecie, analitycy Stratforu wyrazili swe wątpliwości, czy jakakolwiek organizacja międzynarodowa byłaby w stanie wesprzeć Polskę w dziele obrony jej terytorium, gdyby zaszła taka potrzeba. Także podstawowa organizacja, w jakiej upatrujemy gwaranta naszego bezpieczeństwa, czyli NATO jest przez amerykańskich analityków traktowana ze sceptycyzmem, jako od dawna pogrążona w kryzysie „strategicznej tożsamości” wpływającym na jego zdolności do wypełniania zobowiązań wobec sojuszników. Nie ma również pewności, czy pogrążone w kryzysie ekonomicznym USA, zaangażowane w trudny konflikt w Azji Środkowej, byłyby skłonne zaangażować się w ewentualny konflikt w Europie, zwłaszcza gdyby ich podstawowe interesy na tym kontynencie zostały zagwarantowane. Uwaga tego państwa siłą rzeczy coraz bardziej musi koncentrować się na systematycznie zwiększających swój potencjał wojenny i tym samym coraz bardziej „asertywnych” Chinach, czy też sytuacji na Większym Bliskim Wschodzie, szczególnie wokół Iranu, czyniąc kwestie europejskie mniej znaczącymi. Za jakiś czas może się okazać, że Stany Zjednoczone, na które tak bardzo liczymy, nie będą w stanie odwzajemnić skromnej pomocy, jakiej udzieliliśmy temu państwu w realizacji jego geopolitycznych zamierzeń po 11 września 2001 r.

Po czwarte, gdyby NATO nie było w stanie realizować misji przedstawionej przez lorda Ismay (to keep the Americans in, the Germans down and the Russians out), podobną mission impossible stawiałoby się przed pogrążoną w kryzysie Unią Europejską, choć już tylko w wymiarze krępowania swobody naszego zachodniego sąsiada, w którego sferze wpływów chcielibyśmy pozostawać vis a vis narastającej rosyjskiej „asertywności” i dążeniu do podporządkowania sobie krajów sąsiednich.

Z tego też powodu rozpad tej struktury byłby egzystencjalnym zagrożeniem dla państwa polskiego, szczególnie w kontekście piątego „milczącego założenia”, przyjmującego, że Rosja po prostu JEST krajem neoimperialnym, coraz bardziej otwarcie i agresywnie dążącym do odbudowania strefy swoich wyłącznych wpływów, które w Europie mogą sięgnąć dalej, poza terytorium dawnego ZSRS, obejmując także dawną jego „bliską zagranicę”. Tak jak Europa i Polska, także Rosja znalazła się obecnie na rozstaju dróg, a ekipa Putina całkiem już jawnie chce wykorzystać rosyjski nacjonalizm dla umocnienia i zalegitymizowania swojej władzy. Skutkuje to nasileniem się rosyjskich tendencji ekspansjonistycznych, co widać już dziś jednoznacznie na Ukrainie, a za jakiś czas może być widoczne także w przypadku państw nadbałtyckich.

Zatem w przypadku rozpadu Unii Europejskiej mogłoby dojść do realizacji, z punktu widzenia Polski trudnego, jeśli nie wręcz złego, scenariusza – niekontrolowanego chaosu mogącego prowadzić do wybuchu aktów przemocy politycznej, gdyby granice stref wpływów rozstrzygano by na polu bitewnym. Na całe szczęście ten drugi wariant wydaje się być dziś skrajnie nieprawdopodobny, jeśli zawierzymy tezie Stevena Pinkera o cywilizowaniu się społeczeństw zachodnich w okresie ostatniego półwiecza i ich odchodzeniu od przemocy … W rzeczy samej, Zachód w XXI wieku nie prowadzi już „wojen”, zatem w owej tezie jest zawarte jakieś racjonalne jądro. Działania zbrojne prowadzone w ostatnim ćwierćwieczu określa się jako misje „stabilizacyjne” (Jugosławia), „humanitarne” (Somalia), „wymuszanie i utrzymywanie pokoju” (Kosowo), „zmianę reżimu” (Irak 2003), „wspieranie rebeliantów” (Osetia Południowa, Libia), „ochrona korytarzy humanitarnych” (Syria) czy wręcz nawet operations other than war (zwalczanie terrorystów) … Tak też zapewne nazywane byłyby działania zbrojne prowadzone w Europie.

Gdybyśmy więc mogli sobie wyobrazić formę przemocy politycznej, jaka może pojawić się na Starym Kontynencie, z całą pewnością musiałaby się ona zacząć od jakiejś formy „destabilizacji” na określonym terytorium, która wymusiłaby działania „stabilizacyjne” podejmowane przez siły zbrojne zewnętrznych państw. Tu możemy wyobrazić sobie następujące metody działania – wszczynanie antyrządowych rebelii dokonywanych przez jakiś odłam niezadowolonego ze stanu rządów społeczeństwa, które mogą być po jakimś czasie wsparte przez regularne siły zbrojne obcych państw, wzniecanie waśni etnicznych na tych terenach, gdzie występują mniejszości narodowe (po uprzedniej ich radykalizacji i skłonieniu do formułowania trudnych do zaakceptowania żądań wobec państwa, które zamieszkują), co będzie prowadziło do operacji wymuszania i utrzymywania pokoju prowadzonych przez siły zewnętrzne, czy też powstawanie małych, ekstremistycznych grup opartych o skrajne, radykalne ideologie, których działanie ewoluować będzie od niskiego poziomu przemocy politycznej (bójki, zamieszki uliczne, pojedyncze zabójstwa) do jego eskalacji do postaci „terroryzmu”.

W tym ostatnim przypadku konieczne może się stać nawet prowadzenie wielkoskalowych operacji „antyterrorystycznych” (jak np. działania wojsk rosyjskich w Czeczenii czy Dagestanie) z udziałem nie tylko sił policyjnych, ale także wojska, w tym lotnictwa czy artylerii. W każdym z tych przypadków „nie-wojen” efektem byłaby zapewne także „zmiana reżimu” na objętym takimi działaniami terytorium, a może nawet rozpad jakiegoś państwa lub istotna korekta jego granic

Autor jest dr hab. prof. nadzw. Uniwersytetu Łódzkiego
 

Reklama