Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Bieda Afryki wynika z jej bogactwa

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Kamil Nadolski

Kontynent afrykański posiada ogromne zasoby bogactw mineralnych, które mogłyby być źródłem, jego zamożności. Paradoksalnie, w znacznej mierze właśnie te bogactwa, eksploatowane przez międzynarodowe korporacje, są bardziej hamulcem niż czynnikiem rozwoju.

Surowce eksploatowane na terenie Afryki w wielu przypadkach nie tylko nie przynoszą korzyści, ale generują szereg problemów natury ekonomicznej, politycznej i społecznej. Odkrycie złóż surowców może oznaczać dla kraju nowe problemy, niekonieczne prowadząc do rozwiązania starych. Zjawisko to jest na tyle powszechne, iż w literaturze przedmiotu pojawiło się pojęcie „klątwy surowcowej”, której ofiarą padały afrykańskie państwa, próbujące oprzeć swój rozwój na przemyśle wydobywczym.

Zważywszy na fakt, że w ostatniej dekadzie Afryka posiadała 1/3 surowcowych zasobów świata, nie dziwi sytuacja, w której każdy liczący się gracz na gospodarczej arenie inwestycji, stara się pozyskać dla siebie jak najwięcej. Światowe koncerny z pewnością dbają o swoje interesy, niekoniecznie jednak o interesy afrykańskich państw. Warto zatem przyjrzeć się bliżej surowcom, przez które Afryka zamiast bogacić się, z każdym rokiem biednieje.

Krew w Twoim telefonie

Jako przykład posłuży Demokratyczna Republika Kongo. Historia wyjątkowo okrutnie obeszła się z krajem, którego ziemia kryje ogromne bogactwa – od złota i diamentów po miedź, kobalt i ropę naftową. W zakresie wydobywania surowców, Kongo zajmowało czołową pozycję nie tylko w Afryce, ale i całym świecie kapitalistycznym. Kraj ten dostarczał Zachodowi 50-60% kobaltu, ponad 60% diamentów, 16% tantalu, i kolumbitu, 14% berylu, 8% miedzi i 5% manganu.

O zasobności Konga w surowce przekonali się już belgijscy kolonizatorzy, którzy masowo zakładali plantacje kauczuku, kawy, kakao i palmy olejowej. Z czasem miejsce najbardziej pożądanej kości słoniowej i kauczuku zaczęły zajmować inne surowce, jak miedź, diamenty, cyna, cynk, mangan, czy rudy żelaza. Podczas II wojny światowej, Kongo stanowiło strategiczną bazę dla Wielkiej Brytanii i USA. Znaczenie tego kraju wzrosło jednak po 1945 r., w związku z zapotrzebowaniem na uran, wykorzystywany do produkcji broni jądrowej. Mało kto wie, że z katangijskiej rudy uranu wyprodukowane zostały pierwsze amerykańskie bomby atomowe, w tym i te zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki.

Obecnie w Kongu najbardziej pożądanymi bogactwami wcale nie są złoto i diamenty tylko koltan, znany jako kolumbit-tantalit, czyli ruda tantalu. Koltan wykorzystywany jest w układach naprowadzania rakiet wojskowych, do budowy silników rakietowych, a nawet poszycia promów kosmicznych. Największe zastosowanie znajduje jednak przy produkcji elektroniki – telefonów komórkowych, iPhone’ów, odtwarzaczy mp3, laptopów, czy konsoli do gier komputerowych.

Ze względu na dużą odporność na wysokie temperatury i rdzę, na światowych rynkach kosztuje blisko 50 tys. euro za kilogram. Ile dostają za niego górnicy w Kongu? 50 euro, czyli tysiąc razy mniej.

Zważywszy na fakt, że dwie trzecie ludzkości korzysta z telefonów komórkowych zapotrzebowanie na niego będzie jeszcze większe. Tylko w Japonii co cztery dni na rynek trafia nowy model komórki. Ich roczna sprzedaż na świecie to miliard sztuk. Szacuje się, że za pięć lat telefonów będzie więcej niż ludzi. 

Koltan dzisiaj jest tym, czym dla zachodnich koncernów był kauczuk, gdy ponad 100 lat temu John Dunlop opatentował oponę samochodową. W Europie ruszyła wtedy masowa produkcja ogumienia, a Kongo stało się głównym dostawcą kauczuku. Niestety fakt, że w DRK znajduje się 70-80% światowych zasobów tego surowca wcale nie przyczynia się do jego rozwoju. Czy korzysta na tym kraj i jego mieszkańcy? W żaden sposób, wręcz przeciwnie. W Kongu koltan wydobywany jest nielegalnie. Większość kopalń pozostaje w rękach uzbrojonych po zęby partyzantów. Mieszkańcy, którzy podejdą zbyt blisko, giną. Dodatkowo koncerny dozbrajają miejscowych watażków, bo bardziej opłaca im się handlować z rebeliantami niż z rządem. Są po prostu tańsi.

Czarne złoto

Oczywiście najbardziej pożądanym surowcem w Afryce jest ropa naftowa. Jej udział w wartości produkcji afrykańskiego przemysłu wydobywczego, przekroczył już 70%, zaś obecnie Afryka dostarcza prawie 20% ropy naftowej, będącej przedmiotem handlu światowego. Zajmuje pod tym względem trzecie miejsce, po Bliskim Wschodzie i Ameryce Północnej.

O atrakcyjności afrykańskiej ropy przesądza kilka czynników: dzięki mniejszemu ciężarowi właściwemu jest łatwiejsza do rafinacji; znajduje się głównie w szelfach przybrzeżnych, co ogranicza koszty i ryzyko transportu; a przede wszystkim jest alternatywą dla ropy z Bliskiego Wschodu jako regionu niestabilnego politycznie. Zważywszy na fakt, że świat zużywa każdego dnia 13 mld ropy, zapotrzebowanie na ten surowiec będzie coraz większe (pomijam oczywiście kwestię wyczerpania zasobów). 

Aby uzmysłowić sobie stopień uzależnienia ludzkości o ropy warto podeprzeć się kilkoma przykładami. Do produkcji jednego samochodu zużywa się 8 tys. litrów ropy, telefonu komórkowego – 16 litrów, telewizora – 300, a komputera – 600 litrów ropy.

Wszystkie największe światowe koncerny prowadzą tu odwierty. Shell, ExxonMobi, British Petroleum, Compagnie Francaise des Petroles (CFP), ENI to tylko część z nich. Dzięki ropie, kilka krajów w Afryce zaczyna być postrzegane jako lokalne petro-potęgi, jak choćby Nigeria, Angola, Sudan, Gabon, Gwinea Równikowa, Kongo, czy Libia. Z drugiej stronie, kiedy wybuchnie konflikt, w którymś z tych krajów (jak choćby atak NATO na Libię w 2011 r.) wahania rynkowe natychmiast odczuwane są na całym świecie, a co za tym idzie cena baryłki ropy rośnie.

„Krwawe diamenty” dalej w cenie

Innym surowcem, o który walczą ze sobą zachodnie gospodarki jest miedź. Wiedzą o tym afrykańscy przywódcy, dlatego często wybuchają tu walki o dostęp do kopalni. Zambia, będąca przez dziesięciolecia drugim pod względem wielkości producentem miedzi wielokrotne musiała toczyć wojny o swoje złoża, m.in. z sąsiednim Zairem, którego wojska regularnie najeżdżały zambijskie kopalnie.

Węgiel w Afryce występujący bardzo rzadko. Najwięcej jest go w Republice Południowej Afryki, która posiada 95% zasobów kontynentu. Dla handlu światowego liczą się przede wszystkim kraje takie jak RPA, które dominują pod względem konkretnych gałęzi przemysłu wydobywczego. Dla przykładu, Zimbabwe, posiada drugie co do wielkości złoża platyny na świecie, zaś Gwinea, drugie pod względem wielkości, złoża boksytów na świecie. Surowiec wykorzystywany do produkcji aluminium wydobywany jest w milionach ton. Niestety, niestabilna sytuacja polityczna, sprawia, że kraj uchodzi za jeden z najbiedniejszych na świecie, a korzystają na tym oczywiście bogate koncerny.

Współcześnie szczególną rolę odgrywają diamenty. Najlepszym tego typu przykładem jest „wojna diamentowa” w Sierra Leone, podczas której ciężkie walki między wojskami rządowymi a rebeliantami toczyły się o kopalnie tego kruszcu. Doszło nawet do tego, że Rada Bezpieczeństwa ONZ, w lipcu 2000 r. nałożyła 18-miesięczne embargo na handel diamentami z Sierra Leone.

Powodów tej decyzji było kilka. 60% wydobywanych diamentów na świecie pochodzi z Afryki. Ich wartość można przedstawić w przeliczeniu na dolary, ale jest jeszcze inny przelicznik. Jest nim ludzki życie. Według grupy Global Witness z Wielkiej Brytanii 1% światowego wydobycia, pochodzący z Sierra Leone, równa się 50 tys. zabitych (inne źródła: 500 tys.) oraz co najmniej milionowi uchodźców. 6% świtowego wydobycia diamentów pochodzących z Angoli to 500 tys. zabitych i 1,7 mln uchodźców. Podobne relacje występują w odniesieniu do konfliktu w Kongo. Co piąty diament pochodzi z obszarów, na których toczy się wojna (inne źródła: 15%).

Niestety, ale fakty są przytłaczające. 20% diamentów wydobywanych w krajach afrykańskich, trafia na rynki zachodnie nielegalnie. Nie mniej niż 4% diamentów znajdujących się w obrocie światowym jest wydobywane w krajach, w których dochody z ich sprzedaży, służą lub służyły finansowaniu konfliktów wewnętrznych, tj. Sierra Leone, czy Angola. 

Większość tzw. „krwawych diamentów” trafia nielegalnie do Stanów Zjednoczonych, które są odbiorcą 51% światowego wydobycia tych kamieni. Usiłowania zmiany tego stanu rzeczy podjęte przez wspólnotę międzynarodową (tj. wprowadzenie w następstwie ustaleń poczynionych w Kimberley w RPA, obowiązku posiadania certyfikatu legalności przez sprzedawców diamentów) przyniosły bardzo ograniczone rezultaty.

Woda na miarę złota

Przy okazji omawiania surowców naturalnych warto poruszyć jeszcze jedno bogactwo Afryki, które w pewnych miejscach jest cenniejsze niż wszystkie inne wymienione dotychczas. Chodzi o wodę.
Mnożą się konflikty i napięcia wokół kontrolowania zasobów czystej wody, staje się ona bowiem podstawową kwestią strategiczną w wielu częściach świata. W ciągu 100 lat spożycie przez ludzkość wody pitnej wzrosło dwukrotnie. W tym tempie za 20 lat popyt zwiększy się do 650%.

Taki wzrost konsumpcji będzie poważnym obciążeniem dla zapasów. Według prognoz ONZ i UNESCO, jeśli nie zostaną przedsięwzięte środki, które odwrócą obecną tendencję, to w 2025 r. dla 2,5 mld ludzi zabraknie wody pitnej. Amerykanie zużywają dziś 600 litrów wody dziennie, podczas gdy w Unii Europejskiej średnia wynosi 250-300 litrów, a w Afryce tylko 30, a źródła ich krajów nie odnawiają się.

W Ugandzie tylko 15% ludności ma dostęp do bieżącej wody, głównie w miastach. Reszta zmuszona jest nosić wodę z odległych, niekiedy o kilka kilometrów, źródeł. Obecnie 26 państw na świecie ma problemy z dostępem do wody. Liczba ta wzrośnie do 66 w 2015 r. 

Rejonem najbardziej dotkniętym konfliktem o wodę jest obszar państw, przez które przepływa Nil. Aż trudno w to uwierzyć, ale w basenie Nilu żyje 300 mln ludzi (30% mieszkańców Afryki). Za pół wieku ma być ich blisko 700 mln. Wojna o Nil, bo tak została już okrzyknięta, z każdym rokiem przybiera na sile.

Nil, zanim trafi do Egiptu, przepływa przez 9 państw (wśród nich znajdują się 4 najbiedniejsze na świecie). Oczywiście kraje te korzystają z jego zasobów, nawadniając pola etc. Dla Egiptu i Sudanu jest to problem, bo przez to mniej wody trafia na ich tereny. Roszczenie sobie praw do wody z Nilu Egipcjanie uzasadniają umową międzynarodową, zawartą w 1959 r. z Sudanem, na mocy której Egipt i Sudan podzieliły między siebie zasoby Nilu (75% Egipt, 25% Sudan). 

Każdy inny kraj, który chce korzystać z wody musi złożyć wniosek, który rozpatrzony zostanie przez obydwa rządy. Gwarantem przestrzegania umowy została Wielka Brytania, która również podpisała stosowne pismo. Argumentem, którym politycy posługują się do dziś jest fakt, że pozostałe kraje w basenie Nilu mają coś, co dla Egiptu i Sudanu jest nieosiągalne – opady deszczu. Inne państwa mają deszcz, tylko nie potrafią z niego korzystać. Wykorzystują jedynie 4% opadów, twierdzą Egipcjanie.

Z czasem umowa pozostała jedynie na papierze, a eksploatacja zasobów Nilu odbywała się w sposób niekontrolowany. W 1963 r. Egipt zabezpieczył się budując tamę w Asuanie, dzięki niej powstało długie na 500 km jezioro Nasera. Jest to swoista polisa ubezpieczeniowa Egiptu – mieści się w nim tyle wody, ile Nil prowadzi przez rok.

Niestety, próby porozumienia się nie przyniosły efektów. W 1999 r. powołano nawet Nile Basin Initiative, w ramach której szukano kompromisu. Po 12 latach jest gorzej niż na początku. W maju 2010 r. 5 krajów (Etiopia, Kenia, Tanzania, Uganda i Ruanda) podpisały umowę, która unieważnia specjalny status Egiptu i Sudanu, a rządy tych krajów grożą interwencją wojskową.

Klątwa surowcowa

Warto zwrócić uwagę na jedną z przyczyn, dla których posiadanie surowców naturalnych, nie zawsze idzie w parze z rozwojem, a często wręcz przeciwnie. Do pewnego stopnia, bogate zasoby naturalne, wliczając w to diamenty i inne minerały – kojarzą się z wyższym ryzykiem wojny.

Zasoby naturalne stanowią bowiem wygodny sposób utrzymania ruchów rebelianckich i są łatwymi do rabowania walorami, które zachęcać mogą do rebelii. Mogą one także pomóc rządom w finansowaniu armii lub zdobywaniu nowego poparcia. W tym miejscu warto przytoczyć choćby Liberię, gdzie trwająca siedem lat wojna domowa, nie trwałaby tak długo, gdyby nie było możliwości eksploatacji diamentów, drewna i innych bogactw naturalnych na eksport. Wojny domowe w Kongo-Brazzaville i Demokratycznej Republice Konga związane są odpowiednio z ropą naftową i diamentami, których zagraniczni nabywcy żądają nieugięcie.

Tak długo jak te ważne i cenne bogactwa są osiągalne, tak długo będzie trwało zagraniczne jątrzenie i interwencje. Zwłaszcza, że bogactwa, do których walczące strony mają dostęp, ułatwiają zdobycie uzbrojenia dla kontynuacji konfliktów.
Wyjątkiem od tej niechlubnej statystyki jest Botswana. Nazywana często „perłą Afryki”, podważa uniwersalność hipotezy klątwy bogactw naturalnych. Ze względu na gospodarczy i polityczny sukces, jaki odniosła w okresie postkolonialnym stanowi doskonały przykład dla innych krajów. Botswana swoją pozycję gospodarczą zawdzięcza rdzennym instytucjom, minimalnej obecności kolonizatorów w przeszłości oraz względnie homogenicznej strukturze etnicznej.
Głównymi partnerami Afryki w światowym handlu jest w zasadzie kilka globalnych mocarstw. Jeśli chodzi o eksport, z Czarnego Lądu najwięcej sprzedaje się do Stanów Zjednoczonych (20,3% całkowitego wywozu towarów), Chin (9,7%), Włoch (7,1%), Francji (7%) i Hiszpanii (6,8%). Z kolei najwięcej towarów sprowadzanych jest z Chin (11,8% całkowitego przywozu towarów), Francji (8,6%), Stanów Zjednoczonych (6,6%), Niemiec (6,5%) i Włoch (6,0%). Handel intraafrykański stanowi zaledwie 8,5% dla eksportu i 9,3% dla importu. Niestety, ale w Afryce kraje sąsiedzkie, postrzegane są bardziej jako konkurenci, niż partnerzy do interesów.

Autor jest dziennikarzem prasowym. Z wykształcenia absolwent politologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Od kilku lat publikuje na łamach polskich i zagranicznych mediów, zajmując się m.in. problemami krajów afrykańskich.
 

Reklama