Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Bezzębne lwiska

Autorzy: 
Michał Staniul

Republika Południowej Afryki to regionalne mocarstwo. Przez długi czas liczono, że jej potęga pomoże całemu kontynentowi w osiągnięciu pokoju. Dziś widać, że RPA nie jest tym szczególnie zainteresowana. A nawet gdyby była, to nie dałaby rady.

„Duma Lwów” – taki napis wita nas po wejściu na oficjalną stronę armii RPA. I faktycznie, na pierwszy rzut oka południowoafrykańskie wojsko ma się czym pochwalić. Samoloty szkoleniowe BAE Hawk, odrzutowce Gripen, fregaty MEKO i łodzie podwodne Type 209 – na tle większości afrykańskich (a nie tylko) sił zbrojnych taki arsenał robi wrażenie.

Afryka, mimo wielu pozytywnych zmian, to ciągle niespokojny kontynent. W Somalii trwa wojna, w Sudanach i na wschodzie Demokratycznej Republiki Konga niemal codziennie dochodzi do masakr, a konflikty na Wybrzeżu Kości Słoniowej i w Libii jeszcze niecały rok temu szalały w najlepsze. To zresztą niepełna lista – punkty zapalne można by wymieniać długo. Na początku lat 90. upojony zimnowojennym zwycięstwem Zachód miał zamiar własnoręcznie zaprowadzić w Afryce pokój. Kiedy jednak CNN pokazała ciała amerykańskich komandosów wleczonych ulicami Mogadiszu, cały ten zapał zniknął. Krótko potem doszło do ludobójstwa w Rwandzie. Żadne zachodnie państwo już nie zainterweniowało.

Podobnie było przy większości kolejnych wojen, nawet tych najbardziej przerażających. W dyplomatycznych kręgach zakorzenił się pogląd, że jeśli Afrykanie chcą powstrzymać rozlew krwi na własnym kontynencie, to muszą to zrobić przy użyciu swoich żołnierzy. Jest z tym jednak spory kłopot. Afrykańskie armie rzadko są na tyle sprawne, by nadawały się do przeprowadzania zagranicznych misji, czy to z zakresu utrzymywania pokoju (peace-keeping), czy też zaprowadzania (peace-enforcing). Wielu zainteresowanych liczyło, że wojsko zamożnej RPA weźmie na siebie dużą część tego ciężaru. Ale szybko się zawiedli.
Południowoafrykańskie oddziały można spotkać dziś w Darfurze, DR Konga i Republice Środkowoafrykańskiej. W grudniu 2011 roku przebywało tam łącznie 2067 mundurowych z RPA. To mniej, często znacznie mniej, niż dołożyły Nigeria, Etiopia, Egipt, Senegal, Ghana, a nawet malutka Rwandy. Brak politycznej woli? Możliwe. Strach o życie rodaków? Być może też. Główny powód jest jednak inny. Południowoafrykańska armia, mimo lśniących „zabawek”, to po prostu gigant na glinianych nogach.

Posklejane brygady

Gdy w 1994 roku upadł apartheid, przed RPA stały ogromne wyzwania. Jednym z nich była konieczność całkowitej przebudowy wojska. W przeszłości jego funkcję pełniły złożone głównie z białych poborowych i kolorowych ochotników Siły Zbrojne Południowej Afryki. W nowej rzeczywistości politycy musieli zintegrować z nimi również partyzantów ze zbrojnych ramion wyzwoleńczych organizacji oraz żołnierzy z armii dawnych bantustanów. W rezultacie ludzie, którzy chwilę wcześniej byli śmiertelnymi wrogami, nagle stali się kompanami – przynajmniej na papierze. Nowy twór nosił nazwę Narodowych Sił Zbrojnych Południowej Afryki (SANDF).

W 1999 roku południowoafrykańskie ministerstwo obrony ogłosiło przetarg na zakup sprzętu dla wszystkich gałęzi armii – od marynarki po jednostki specjalne. Eksperci spodziewali się, że wojsko pozyska lekką, mobilną broń do walki niesymetrycznej – z partyzantami, piratami lub gangami. Rząd postanowił jednak wydać ponad 5 mld dolarów na wyposażenie pasujące niemal tylko i wyłącznie do toczenia wojny konwencjonalnej. Czyli takiej, jakiej w obecnych czasach już właściwie się nie prowadzi. Kto miałby naruszyć granice 50-milionowego RPA? Mające po dwa miliony obywateli Namibia i Botswana? Walczące z gospodarczą zapaścią Zimbabwe? Przeciwko komu SANDF miałyby wykorzystać 59-metrowe niemieckie łodzie podwodne Type 209?

- Prawdziwe zagrożenia dla bezpieczeństwa Południowej Afryki to zorganizowana przestępczość, nielegalne wykorzystywanie jej zasobów morskich i niekontrolowany przypływ imigrantów – sądzi Jakkie Cilliers z Institute for Security Studies w Pretorii. – „Wróg z zewnątrz” to jakaś mityczna idea. Rolą RPA, jako lokalnej potęgi, powinno być stabilizowanie regionu. Broń zakupiona w 1999 roku nie nadaje się do tego – dodaje.

Co gorsza, użytkowanie tego sprzętu szybko zaczęło przekraczać możliwości finansowe SANDF. W 2011 roku obcięty budżet wojska wyniósł nieco ponad 3,5 mld dolarów. To mało, zważywszy, że np. sama obsługa jednej Type 209 kosztuje 1,2 mln dolarów rocznie, a RPA ma trzy takie łodzie.

Efekt braku pieniędzy jest taki, że maszyny bardzo często są zupełnie nieużywane. W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy południowoafrykańskie okręty spędzą w ruchu zaledwie 6-7% czasu (w US Navy około połowy), a piloci wylatają na odrzutowcach Gripen jedynie po 10 godzin. Na więcej aktywności, a więc i praktyki, armia nie może sobie po prostu pozwolić. – Trzeba wiedzieć, w jakiej lidze grasz. Nie ma sensu kupować luksusowego SUVa, jeśli nie stać cię na napełnienie baku czy wymianę opon – podsumowuje Greg Mills z południowoafrykańskiego think-tanku Brenthurst Foundation.

Pieszo na wojnę?

Nabywając nowoczesne łodzie podwodne i jet-fightery politycy zdawali się zapomnieć, jak kiepski był stan maszyn w siłach lądowych. Większość z nich kupiono jeszcze w czasach apartheidu, wiele ma ponad trzy dekady. Ze 168 Olifantów – produkowanych lokalnie czołgów – w 2010 roku zaledwie dwadzieścia nadawało się do użytku. Jeszcze gorzej było z opancerzonymi Rooikatami – z 242 „na chodzie” było tylko 16. Piechota cierpiała z kolei przez rozlatujące się karabiny R4 i brak amunicji.

W 2005 roku RPA zamówiła od Airbusa osiem wojskowych samolotów transportowych A400M. Łączna cena: miliard dolarów. Dużo, ale armia nie miała za bardzo wyboru – z dziewięciu Herculesów C130, które posiadała, latały cztery. A bez transportu powietrznego, rzecz jasna, żadne siły zbrojne nie mogą funkcjonować, zwłaszcza na misjach zagranicznych. Dwa lata temu rząd uznał jednak, że nie ma pieniędzy na taki wydatek. I zakup anulował (na szczęście odzyskał 400-milionową zaliczkę).

Kwestia przetargu z 1999 jest do dziś jednym z najgorętszych tematów w RPA. Koszt zawartych wtedy umów urósł przez lata do 8,5 mld dolarów, a ostatecznie może sięgnąć 11 mld. Kilku związanych ze sprawą urzędników usłyszało wyroki za przyjęcie łapówek. Na liście podejrzanych przez długi czas znajdował się Jacob Zuma, ówczesny wiceprezydent, a dziś głowa państwa. Ostatecznie śledztwo przeciwko niemu zarzucono. Jego zwolennicy twierdzą, że zarzuty były częścią walki o wpływy w rządzącym Afrykańskim Kongresie Narodowym (ANC). Przeciwnicy są przekonani, że Zuma wywinął się od wyroku tylko dzięki swojej pozycji. Rozmaite dochodzenia trwają nadal, lecz siły zbrojne RPA zostały z bronią, której nie mogą wykorzystać. – Ten przetarg był długotrwałą tragedią – podsumowuje Jakkie Cilliers.

Wojak bez formy

Ale nieodpowiedni sprzęt i brak funduszy to nie jedyne problemy wojska RPA. Kolejnym są sami ludzie. W tej chwili w SANDF służą 62 tysiące zawodowych żołnierzy. Do tego dochodzi 12 tysięcy pracowników cywilnych oraz 15 tysięcy rezerwistów. Raport Fundacji Róży Luksemburg z 2010 roku stwierdza, że ponad połowa z nich nie spełnia wymagań zdrowotnych. Otyłość, alkoholizm oraz HIV/AIDS są prawdziwą plagą. Kadra oficerska jest nieproporcjonalnie duża, lecz brakuje jej odpowiednich kwalifikacji. Jest też znacznie starsza, niż powinna być. Młodych i wykształconych służba nie pociąga, ponieważ w sektorze prywatnym zarabiają przeciętnie trzykrotnie więcej.

Dodatkowo, południowoafrykańscy żołnierze mają opinię bardzo niesubordynowanych – tak w kraju, jak i za granicą. Bójki i sprowadzanie prostytutek to codzienność, a gwałty i morderstwa również nie należą do rzadkości. W latach 2002-2008 żołnierze z RPA brali udział w oenzetowskiej misji w Burundi. Zachowywali się tam tak, że około tysiąca razy stawali przed wojskowymi sądami. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku kontyngentu przebywającego obecnie w DR Konga.

Małe szanse

O potrzebie reform w SANDF mówi się od dawna. RPA, jako najbogatszy kraj Unii Afrykańskiej, ma bardzo duże ambicje przywódcze. Jej dyplomaci mediują m.in. w Sudanie i DR Konga, a prezydent Jacob Zuma zabiera głos na temat niemal każdego wydarzenia na kontynencie. Ale pozycja lidera niesie za sobą odpowiedzialność. – Państwa afrykańskie oczekują, że Południowa Afryka będzie odgrywać ważną rolę w rozwiązywaniu regionalnych konfliktów – przyznał w listopadzie Lindiwe Sisulu, minister obrony. W najbliższych miesiącach jego resort opublikuje wyniki wewnętrznego raportu o stanie armii i propozycje zmian. Nie spodziewajmy się jednak rewolucji – rzecznik ministerstwa powiedział dziennikarzom, że podstawowym zadaniem sił zbrojnych pozostanie „gotowość na odparcie agresji z zewnątrz”.
Oznacza to najprawdopodobniej tyle, że nic się nie zmieni. I w sumie żadne to zaskoczenie: krajem ciągle rządzi ta sama partia, co w 1999 roku. Decydując się na znaczną modyfikację profilu wojska, ANC przyznałby, że popełnił wtedy bardzo kosztowny błąd. A tego politycy z żadnego państwa nie lubią.
 

Reklama