Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


"Beats of Freedom" - Zew Wolności

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Marlena Gabryszewska
W marcu na ekrany polskich kin wszedł pełnometrażowy film dokumentalny Leszka Gnoińskiego i Wojciecha Słoty „Beats of Freedom – zew wolności”. Film miał ambicję, by pokazać przemiany społeczno-polityczne dekady lat 80. ubiegłego wieku poprzez pryzmat rozwoju polskiej sceny rockowej. Czy to się udało? Każdy ocenić musi we własnym zakresie.
 
Jest to obraz na pewno znaczący ze względów sentymentalnych, dzięki którym zjednuje sobie pokolenie obecnych czterdziesto- i pięćdziesięciolatków odwołując się do ich młodości niezwykle burzliwej i dramatycznej. I tu cześć twórcom oddać należy bez dwóch zdań.
Taki film był potrzebny, by przypomnieć starszym, a pokazać młodzieży, co dla ich rodziców znaczyły takie pojęcia jak: muzyka, ojczyzna, Polska. Ile miłości kryło się w słowie „ojczyzna”, bo polska walka o tożsamość narodową nie skończyła się w 1945 roku. To pozorne wyzwolenie było de facto przejściem w inną, podziemną walkę z okupantem tyle, że wschodnim. Walkę na słowa, gesty i rytmy.
 
Ale czy oprócz sentymentów, coś jeszcze w tym filmie znajdziemy? Mam wrażenie, że twórcy prześlizgują się po temacie. Za mało tam wywiadów z twórcami sceny punkowej, za mało muzyki i treści archiwalnych. A przede wszystkim film jest zbyt krótki. Odnoszę wrażenie, że twórcy skupili się na odmianie rocka przez władze w jakimś tam stopniu akceptowalną – Perfekt, Republica, Maanam, choć oczywiście i teksty tych zespołów piętnowane były przez cenzurę, o czym w filmie wspomina chociażby Marek Niedźwiecki. Zabrakło Armii, Deutera, Dezertera – zespołów, które w tym czasie siały prawdziwy ferment, zespołów nazywanych reakcjonistycznymi.
 
Film jak najbardziej nadaje się na alternatywną lekcję historii w liceum ogólnokształcącym, jednak widać, że paluszki w produkcji maczał TVN, no i cóż dodać? Miazga z tego nieco wyszła, może nie na miarę pseudopunkowego „39 i pół”, ale i nie film na miarę „Fali” Łazarkiewicza. Film za to zyskał wspaniałą promocję, a co za tym idzie niespotykaną jak na dokument oglądalność.
 
Fakt, że społeczeństwo dojrzało chyba do rozliczenia się również z dekadą lat 80. ubiegłego wieku, o czym świadczą chociażby wspomniany nieszczęsny „39 i pół” – serial o punkowcu w kryzysie wieku średniego podany po TVN-owsku z dużym przymrużeniem oka - „Wszystko co kocham” Jacka Borcucha – po części autobiograficzny obraz dojrzewania w stanie wojennym, pierwszej miłości, pierwszych fascynacji muzyką punkową, wreszcie świadomych wyborów, po której stronie barykady stanąć – oraz najnowsze „Beats of Freedom”. Pomysł na realizację jest dość ciekawy. Otóż z Wielkiej Brytanii przyjeżdża do Polski Chris Salewicz znany dziennikarz muzyczny pochodzenia polskiego. Autor ok. 15 biografii najsłynniejszych gwiazd rocka przyjeżdża do kraju przodków, by poznać i zrozumieć polską muzykę lat 70. i 80. Nie jest to łatwe, gdyż polska scena muzyczna owego czasu nierozerwalnie wiąże się z tym, co działo się na rodzimej scenie politycznej. Polski rock jest odpowiedzią na rzeczywistość a zarazem to owa rzeczywistość tę muzykę kształtowała. Tak jak amerykański ruch hippisowski protestujący przeciw wojnie w Wietnamie nie był zrozumiany w Europie, tak polski rock będący w opozycji do władzy nie do końca trafiał do mentalności zachodniej. Jedynie kraje bloku socjalistycznego mogły się z nim w pełni identyfikować. Salewicz przeprowadza rozmowy z twórcami ówczesnej sceny rockowej i punkrockowej, z osobami związanymi z tzw. „trzecim obiegiem kultury”.
 
Wkraczamy, więc w okres nostalgii i zadumy za minionym okresem. Sprzyja temu rozczarowanie demokracją, kapitalizmem, wszechobecnym konsumpcjonizmem. Niby wszystko jest, ale czegoś brak. Niby zwyciężyliśmy, ale nie do końca chyba tak to miało wyglądać. Niby nie ma, przeciw czemu się buntować, ale coś tam w duszy gra, zwłaszcza owym czterdziestolatkom. Przeczytałam w jednej z gazet dość odważne i gorzkie zarazem - niemalże pokoleniowe - wyznanie Piotra Bratkowskiego: „pokolenie dawnych bywalców Jarocina dziś w coraz większym stopniu rządzi Polską. Żyje życiem pełnym kompromisów, elastycznie traktując zasady etyczne, a o wolności myśląc z rzadka. Dorobiło się, ale zarazem ma poczucie życia życiem pozbawionym dramaturgii, plastikowym, tak jak plastikowa, pozbawiona duszy jest otaczająca popkultura. (...) dla większości z nas punkowa nostalgia i mitologia stanowi nie tyle inspirację, co alibi. Alibi wobec łatwości, z jaką przyjęliśmy za swoje reguły nowego systemu, alibi miałkości życia, jakie prowadzimy.”
 
Miejmy nadzieję, że owe polskie rozdrapywanie ran przyczyni się do większego zrozumienia polskiej muzyki i historii na Zachodzie, że przedstawienie przemian prowadzących do Okrągłego Stołu przez pryzmat sceny muzycznej sprawi, że świat przestanie pytać: „co to jest Solidarność?”
 
Zdjęcia: "Beats of Freedom"
 
Tags:

Reklama