Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Afryka u bram Europy

Działy Artykułu: 
Autorzy: 
Kamil Nadolski

Fale rewolucji jakie w ostatnich miesiącach przetaczają się przez kraje afrykańskie, wzbudziły w Europie słuszny niepokój. Obawa, że Stary Kontynent zostanie zalany setkami tysięcy imigrantów z Afryki Północnej ma uzasadnienie nie tylko w bieżących wydarzeniach, lecz przede wszystkim w szacunkach demograficznych. Podczas gdy liczba Europejczyków z roku na rok maleje, Afrykańczyków przybywa w zastraszającym tempie.

Kryzys imigracyjny we Włoszech

Włochy już dawno wystąpiły z wnioskiem do Unii Europejskiej o przyznanie 100 mln euro na walkę z falą imigrantów. Mało tego, otwarcie krytykują europejskich partnerów za brak reakcji i pomocy w sprawie uchodźców z Afryki. Dziś niechlubnym symbolem uciekinierów z Czarnego Lądu stała się włoska wyspa Lampedusa, na którą w ostatnich miesiącach przedostało się tysięce imigrantów. Głównie z Tunezji. Ilu dokładnie, tego nie wiedzą sami Włosi, oscylując danymi w granicach 6-15 tysięcy. W utworzonym na wyspie obozie przejściowym brakuje wszystkiego: wody, jedzenia, ubrań, pomocy lekarskiej, słowem - klęska humanitarna. Łodzie z kolejnymi imigrantami na pokładzie napływają jednak dalej. W szczytowym okresie notowano blisko tysiąc uciekinierów dziennie. Doszło do tego, że liczba uchodźców na Lampedusie przekroczyła liczbę mieszkańców tej wyspy, a warunki wegetacji tysięcy Afrykańczyków pogarszały się z dnia na dzień. Sytuacja uległa zmianie, gdy kilku nieszczęśników, w akcie protestu, podpaliło się na oczach tłumu. Rząd Berlusconiego podjął wówczas decyzję o przeniesieniu uchodźców do 13 obozów na Półwyspie Apenińskim. Zaczęto powolną ewakuację...

Takie rozwiązanie to idealne wyjście dla tysięcy afrykańskich imigrantów, którzy Włochy traktują jako państwo tranzytowe w drodze do Europy Zachodniej. To przede wszystkim Francja, Niemcy i Wielka Brytania stanowią wymarzony cel migracji. Francja posiada najwyższy w Europie odsetek imigrantów z Afryki Północnej. Decydenci z Paryża wcale nie garną się jednak do pomocy, podobnie zresztą jak cała Europa. W imię demokracji można oczywiście wysłać samoloty i wojsko, by obalały dyktatorów, można wysyłać paczki z żywnością, ale gościć wygłodniałych uchodźców u siebie to już przesada. Takie podejście sprawia, że europejscy politycy mają twardy orzech do zgryzienia. Jak wybrnąć z sytuacji z twarzą, nie ściągając na siebie groźby utrzymywania tysięcy uciekinierów z Afryki. Teatr hipokryzji jakiemu oddają się politycy nie zna granic. Minister Włoch ds. reform, Umberto Bossi, syknął w gniewie, gdy Francuzi kazali zawracać wszystkich afrykańskich imigrantów na granicy z Włochami. Ciskał gromy na europejskich kolegów za to, że nie przejmują się losem Tunezyjczyków. Najwyraźniej sam zapomniał, jak kilka dni wcześniej, na pytanie co z imigrantami, wypsnęło mu się „Niech wypier.....ją!”. Ot, taka polityczna wrażliwość społeczna...
Faktem jest, że w sprawie napływu uchodźców z Afryki, Europa zaczyna trochę panikować. Według szacunków Frontex’u, agencji Unii Europejskiej zajmującej się bezpieczeństwem granic zewnętrznych, liczba imigrantów może wynieść nawet 1,5 mln ludzi. Na taki tłum Stary Kontynent nie jest gotowy.

Nie chodzi jedynie o imigrantów z Tunezji. Z jej wybrzeży jest najbliżej do Włoch, to fakt, jednak pośród tysięcy uciekinierów znajdują się Afrykańczycy wielu narodowości. Zwłaszcza z ogarniętą wojną Libii. Choć w maju 2009 r. Włochy i Libia zawarły porozumienie, na mocy którego wspólnie patrolują terytorium Morza Śródziemnego, zwłaszcza Sycylii i Lampedusy, dziś trudno mówić o jakiejkolwiek współpracy. A chętnych na opuszczenie Afryki nie brakuje. Również mieszkańcy subsaharyjskiej części kontynentu, traktują Tunezję jako tranzytową przepustkę do Włoch.

Choć o imigrantach próbujących się dostać do Europy mówi dziś cały świat, pytanie, czy kiedy pył po wojnie opadnie a sytuacja ulegnie stabilizacji, problem z uchodźcami się skończy? Wątpliwe. Z pewnością skala migracji będzie o wiele mniejsza, jednak nadal nie zabraknie ludzi, marzących o lepszym życiu w Europie.

Demografia i bieda.

Katalizatorem wielkich ruchów migracyjnych nie są same zamieszki, jakie oglądamy na ekranach wieczornych wiadomości, lecz katastrofalny stan gospodarek krajów afrykańskich. Połowa mieszkańców Afryki żyje za mniej niż 1 dolara dziennie, nic zatem dziwnego, że na 50 najbiedniejszych krajów świata aż 35 znajduje się właśnie w Afryce. Mieszkańcy subsaharyjskiej części kontynentu przedostają się na północ, by stamtąd w prymitywnych barkach i szalupach próbować dostać się do Europy. Morze Śródziemne jest zatem dokładnie takim samym poligonem zmagań między imigrantami a służbami granicznymi, jak granica amerykańsko-meksykańska. Z jednym tylko wyjątkiem. Europa już wkrótce może nie poradzić sobie z falą afrykańskich uchodźców, których co roku przybywa.

Najnowsze raporty ludnościowe ONZ nie pozostawiają złudzeń. Sytuacja z roku na rok jest coraz gorsza. Podczas gdy Europa zmaga się z ujemnym przyrostem naturalnym, Afryka przeżywa eksplozję demograficzną. W 2050 r. liczba Europejczyków ma być o 42 mln mniejsza niż obecnie, z kolei Afrykańczycy zwiększą swą populację dwukrotnie, osiągając 2 mld ludności. Najbardziej zagrożone zdają się być kraje na południu Europy, co najlepiej obrazuje bilans urodzeń. W ciągu kolejnych czterdziestu lat liczba mieszkańców Włoch, Grecji, Malty, Hiszpanii, Portugalii i Francji zwiększy się w sumie tylko o 7 mln, podczas gdy w tym samym czasie mieszkańców Afryki Północnej (Maroko, Algieria, Tunezja, Libia, Egipt) przybędzie o 75 mln.

Najwyższy na świecie przyrost naturalny sprawi, że w połowie XXI wieku Afryka będzie drugim, po Azji, najludniejszym kontynentem świata, a co piąty mieszkaniec Ziemi będzie Afrykańczykiem. Już w 1995 r. liczba mieszkańców Afryki była wyższa niż Europy. Za 40 lat różnica będzie już trzykrotna. Podobnie sytuacja wyglądała w poprzednim stuleciu. Podczas gdy w XX wieku ludność świata zwiększyła się ponad 3,5 razy, Afryka zanotowała wzrost 7-krotny. W większości krajów dzieci i młodzież stanowią ponad połowę społeczeństwa. Niestety, nic nie zapowiada tendencji spadkowych.

Niepokojący jest fakt, że największy przyrost ludności notowany jest w krajach najbiedniejszych, gdzie perspektywy znalezienia jakiejkolwiek pracy są niemal zerowe. Gwałtowny przyrost liczby mieszkańców, w większości krajów Afryki nie zyskał wsparcia w przyspieszonym rozwoju gospodarczym, a zamiast dobrobytu stał się czynnikiem pogarszającym stan gospodarek i warunki życia człowieka. Stąd spoglądanie Afrykańczyków na Europę, z nadzieją, że być może tu, uda im się znaleźć bezpieczne schronienie. Europejczycy mają jednak dla nich niemiłą niespodziankę. Niewiele krajów życzy sobie ich obecności.

Wydawało by się, że ze względu na wielkość kontynentu, nie powinno tam brakować przestrzeni do życia. Nic bardziej mylnego. Ogromne obszary Afryki kompletnie nie nadają się do zamieszkiwania, a tym bardziej uprawiania ziemi. Z danych pochodzących z 1991 r. ziemie uprawne stanowiły jedynie 6% w skali całego kontynentu. W związku z faktem, że 60-85% Afrykańczyków nadal zajmuje się tylko rolnictwem i nie ma realnych szans na zatrudnienie w innych gałęziach gospodarki, nie dziwią ruchy migracyjne i tak zróżnicowane tereny pod względem ludnościowym. Ludzie mieszkają tam, gdzie po prostu mogą przetrwać. Najludniejszymi terenami w Afryce, gdzie zaludnienie przekracza 100 os./km² są: południowa Nigeria, Wyżyna Abisyńska, wybrzeże Jeziora Malawi, zagłębia górniczo-przemysłowe w Zambii, Katandze i RPA oraz rejon Wielkich Jezior, zwłaszcza Burundi (228 os./km²) i Ruanda (330 os./km²). Sytuacja ma się podobnie w nadmorskich obszarach Maghrebu (200-300 os./km²). Jednak prawdziwym rekordzistą jest Dolina i Delta Nilu, gdzie średnia gęstość zaludnienia to 2000 os./km². Z kolei takie regiony jak Sahara, Namib, Kalaharii, czy część Kotliny Konga są prawie całkowicie niezamieszkane.
Powodem, dla którego państwa zachodnie nie chcą przyjmować już afrykańskich imigrantów, są własne problemy gospodarcze i bezrobocie. Dla przeciętnego Afrykańczyka pozostają jedynie dwie perspektywy: wyjazd na studia i różnego typu kursy lub ubieganie się o status uchodźcy. Jednak procedury azylowe Unii Europejskiej wykazują, że tak naprawdę niewielki procent spośród osób ubiegających się o status uchodźcy spełnia wymagania Konwencji Genewskiej z 1951 r.
Kolejną kwestią, na którą zwracają uwagę europejscy sceptycy jest niechęć afrykańskich migrantów do integracji. Mowa o muzułmańskiej części uciekinierów, którzy nie chcą się uczyć języków, tkwiąc w powstających niemal w każdym mieście gettach.
Obecny proces islamizacji Europy, przed którym przestrzegała Oriana Fallaci, sprawia, że wiele osób widzi realne zagrożenie ze strony radykalizmu islamskiego. Podczas gdy na europejską parę przypada średnio 1,4 dziecka, w rodzinach muzułmańskich wynosi już 3,8. Choć często się o tym nie wspomina, jest to istotny czynnik, z powodu którego zachodnie państwa tak niechętnie rozdają pozwolenia stałego pobytu w swoich krajach.

W poszukiwaniu lepszych warunków życia Afrykanie będą migrowali wszędzie, gdzie tylko pojawi się perspektywa pomocy humanitarnej. Według danych Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) tylko w roku 2010 w Afryce żyło 19 mln imigrantów, którzy z różnych przyczyn, zmuszeni byli opuścić swoje miejsce zamieszkania. W skali globu stanowili 9% wszystkich migrantów na świecie. W porównaniu z rokiem 2005, oznacza to wzrost o 1,5 mln ludzi. Autorzy zastrzegają jednak, że liczba ta jest znacznie zaniżona, głównie za sprawą braku odpowiednich statystyk w poszczególnych krajach Afryki. W latach 90. szacowano, że na naszej planecie żyło ponad 125 mln osób, mieszkających poza swoimi krajami macierzystymi, niestety dziś jest ich o 60 mln więcej Europa nie chce stać się drugą Republiką Południowej Afryki, gdzie żyje dziś blisko 12 mln nielegalnych imigrantów. To więcej niż liczba mieszkańców Belgii, Grecji, czy Węgier. Jak z demograficznym problemem poradzi sobie Stary Kontynent? Okaże się w najbliższych latach. Nie ulega jednak wątpliwości, że problem afrykańskiej migracji z roku na rok przybiera coraz większe rozmiary, a wojny wzmagają jedynie skalę zjawiska.

Autor jest dziennikarzem prasowym. Z wykształcenia absolwent politologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej i historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Od kilku lat publikuje na łamach polskich i zagranicznych mediów, zajmując się m.in. problemami krajów afrykańskich.

 

Reklama