Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Żółta kartka dla Obamy

Autorzy: 
Jakub Kędzior
Po wyborach do Kongresu, które odbyły się 2 listopada można śmiało powiedzieć, że Amerykanie są rozczarowani prezydenturą Baracka Obamy i chcieli mu zasygnalizować swoje niezadowolenie.

Sporo komentatorów mówi o sukcesie Partii Republikańskiej, która zdobyła większość z Izbie Reprezentantów, odnosząc zwycięstwo, które znacznie przekraczało przedwyborcze oczekiwania a także odbierając Demokratom kilka miejsc w Senacie. Jednak to nie jest do końca prawda, gdyż według sondaży opinia publiczna równie źle odbiera Republikanów co Demokratów. Wyborcy zdecydowanie zagłosowali przeciwko partii obecnego prezydenta. Nie zmienia to faktu, że od tej pory Demokraci i sam Obama będą mieli mocno pod górkę.

 
 
Przede wszystkim tracą większość w Izbie Reprezentantów a ich przewaga w Senacie też jest niewielka i nie pozwoli rządzić w pełni swobodnie. Co gorsza kilka miejsc w Kongresie zajęli przedstawiciele tak zwanej Partii Herbacianej, którą reprezentują najbardziej konserwatywni członkowie Republikanów na czele z byłą gubernator Alaski Sarą Palin. Ich stosunek do Obamy jest jasny i zdecydowany, nie zdecydują się na żadną współpracę ani wparcie jego pomysłów.

W Stanach Zjednoczonych od czasu do czasu pokazują się radykałowie, tacy jak kiedyś Goldwater czy Reagan, jednak Partia Herbaciana stanowi dość ciekawy zlepek osobliwości, które na pewno nie gwarantują stabilności sytuacji politycznej, a na to bardzo liczą wyborcy w USA. Zamiast tego można się spodziewać, że osiągnięcie kompromisu politycznego będzie bardzo trudne, czy wręcz niemożliwe a spokojne rządy staną się raczej marzeniem niż rzeczywistością.

Dużym ciosem dla Demokratów jest porażka w Illinois, czyli stanie gdzie  kiedyś stanowisko senatora piastował obecny prezydent. Ma to przede wszystkim znaczenie prestiżowe i pokazuje jak duży jest stopień niezadowolenia Amerykanów.

Niegdysiejsze hasło wyborcze Billa Clintona „gospodarka głupcze” nabiera po raz kolejny fundamentalnego znaczenia. Obywatele USA przede wszystkim chcą poprawy warunków w jakim przyszło im żyć. Rzeczywistość niesie ze sobą jednak dwucyfrowe bezrobocie, wzrost gospodarczy na poziomie około 2% a także olbrzymie zadłużenie państwa. Nie taką Ameryką obiecywał swoim wyborcom Barack Obama i niestety mimo, iż chętnie wzorował się na Clintonie to daleko mu do osiągnięć byłego prezydenta. Co prawda sytuacja jest diametralnie różna, jednak dla przeciętnego mieszkańca Stanów liczy się to jak żyje.

Bardzo duże kontrowersje wzbudziła także reforma systemu ubezpieczeń, która budzi olbrzymie obawy Amerykanów, obawiających się, że zbyt dużo w tej kwestii będzie teraz zależeć od rządu. Doskonale wiemy jak mieszkańcy Stanów obawiają się zbyt silnej centralnej władzy. W tym kontekście możemy także rozpatrywać wynik wyborów, jako chęć podziału władzy między dwie partie.

Niestety wiele wskazuje na to, że wyborcy bardzo mocno się przeliczyli i zamiast oczekiwanej stabilizacji i dążenia do kompromisu, czeka ich kraj sporo chaosu i pewna destabilizacja. Już sporo mówi się o kłopotach z wprowadzeniem reform przygotowanych przez administrację prezydenta Obamy. Miejmy nadzieję, że ta niezbyt optymistyczna wizja się nie sprawdzi i będziemy jednak świadkami rządów opartych na chęci porozumienia. Bo jeśli tak się nie stanie, to konsekwencje poniosą nie tylko Amerykanie ale także mieszkańcy Europy a co za tym idzie także my. A tego sobie oczywiście nie życzy nikt, niezależnie od tego czy popiera Baracka Obamę, czy też sympatyzuje z Sarą Palin.

 
 

Reklama