Newsletter "Stosunków Międzynarodowych"

dostarcza 
Podaj swój adres e-mail:


Świat żegna rok 2014 – co nam przyniósł? Część 2

Autorzy: 
Prof. Ryszard Machnikowski

Odchodzący w przeszłość rok 2014 był świadkiem wielu interesujących wydarzeń politycznych, które będą trwale i znacząco promieniować na nadchodzące lata zmieniając oblicze Ziemi. Był rokiem, który pozwolił sporej rzeszy obserwatorów dostrzec rzeczywisty stan światowej polityki i zamierzeń ich głównych podmiotów, co pozwala na snucie ostrożnych przewidywań na najbliższą przyszłość.

W roku 2014:

Prezydent Barack Obama miał okazję obejrzeć nie tylko spektakularna katastrofę swojej naiwnej polityki „resetu” w stosunkach z Rosją w postaci „kryzysu ukraińskiego” (na który zaczął reagować dopiero po anschlussie Krymu przez Rosję), ale także ostateczny blamaż swojej „polityki” bliskowschodniej. Była ona, jak większość jego działań z zakresu polityki zagranicznej, oparta na niechęci do podejmowania jakichkolwiek decyzji, które wskazywałyby, że zajmuje on jakieś wyraźne stanowisko w danej sprawie. Tak charakterystyczne dla niego profesorskie dzielenie włosa na czworo i obawa, że obrany kierunek działania może mieć jakiekolwiek negatywne konsekwencje, przyniosły oczywiście katastrofalne skutki także na obszarze Bliskiego Wschodu.

Wraz z odzyskiwaniem przez USA niezależności energetycznej, dzięki rewolucji technologicznej wykorzystywanej przez amerykańskie przedsiębiorstwa do wykorzystywania nowych zasobów paliw kopalnych, rola Bliskiego Wschodu w polityce amerykańskiej musiała zmaleć. Jednak działania tego kraju wskazywały, że jedynym imperatywem istotnym w polityce bliskowschodniej USA było ostateczne wycofanie się z konfliktów toczących się w tym regionie, a w szczególności całkowite wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku. Być może prezydent Obama, jako laureat przyznanej na wyrost pokojowej nagrody Nobla, chciał przejść do historii jako ten prezydent amerykański, który, w odróżnieniu od jego poprzednika, był władny jeśli nie zakończyć bliskowschodnie konflikty, to przynajmniej zakończyć amerykańską tam obecność. Stąd wzięła się zapewne wstrzemięźliwa postawa Obamy wobec wydarzeń tzw. „arabskiej wiosny”, ewidentna awersja do udziału w konflikcie libijskim oraz brak strategii w odniesieniu do wydarzeń w Egipcie, a następnie wojny domowej w Syrii, która rozlała się na region, destabilizując sąsiednie Irak oraz Liban. Prezydent Obama został tu zresztą ewidentnie zrobiony w bambuko przez rosyjską dyplomację twardo broniącą swojego klienta, prezydenta Asada. Brak amerykańskiej reakcji na przekroczenie wyznaczonej wcześniej przez siebie „czerwonej linii”, w postaci użycia broni chemicznej przez reżim Asada, musiał spowodować osłabienie tzw. syryjskich sił „umiarkowanych” i wzrost poparcia dla islamistycznych radykałów ściągających do tego regionu z całego świata, w tym z państw zachodnich. Brak możliwości odpowiedniej militarnej reakcji na stale pogarszająca się sytuację w Iraku, w tym odradzanie się struktur Państwa Islamskiego w Iraku i ostentacyjne lekceważenie zagrożenia płynącego z jego strony (słynne słowa Obamy o „przebieraniu się w kostium NBA”) musiało doprowadzić do gruntownego załamania się sytuacji w tym państwie, szczególnie wobec sekciarskiej polityki premiera Al Malikiego dyskryminującej sunnicką większość. Sojusz religijnych radykałów z ISI z wysokiej rangi dygnitarzami dawnej partii BAAS, którzy nawrócili się na radykalny islam musiał dać mieszankę piorunującą, w postaci ogłoszenia powstania Kalifatu w Lewancie przez Abu Bakra al Baghdadiego. To wydarzenie przekreśliło niemal wszelkie pozytywne efekty 13 lat walki z islamistami, a dla globalnego zbrojnego ruchu społecznego, jakim stali się w międzyczasie dżihadyści, stało się „skokiem kwantowym” nadającym nowy impet do dalszych działań. Ruch ten został potężnie wzmocniony pierwszym znaczącym sukcesem po jego stronie, jakim było ogłoszenie powstania Kalifatu w sercu świata arabskiego. Abu Bakr al Baghdadi przyćmił tym samym dokonania Usamy Bin Ladina, a jego organizacja zmarginalizowała tzw. „Centralną” Al Kaidę zlokalizowaną na pograniczu afgańsko - pakistańskim. Niesnaski między tymi odłamami dżihadystów doprowadziły wcześniej do rozłamu między Al Kaidą a jej syryjsko – iracka odnogą. Mamy zatem do czynienia z sytuacją, w której dwa zaprawione w bojach obozy dżihadystow, które przetrwały zachodni kontratak, będą konkurować o palmę pierwszeństwa w tym ruchu społecznym – nie wróży to nic dobrego na przyszłość – zachód stoi dziś w obliczu alternatywy – co gorsze: dżuma, czy cholera?

Na zwielokrotniony efekt „blowback” nie trzeba było długo czekać – zachęcani przez frakcje dżihadystów indywidualni bojownicy, praktykujący postulowaną już dawno temu przez wybitnego stratega dżihadu Mustafę Setmariama Nasara formę „dżihadu indywidualnego terroryzmu”, dokonali zamachów terrorystycznych w Kanadzie, Europie i Australii, i szykują zapewne dziesiątki następnych. Choć postępy Państwa Islamskiego na obszarze Lewantu udało się powstrzymać nalotami bombowymi, to niemniej jednak „koalicja chętnych” jest wciąż daleka od jego pokonania i likwidacji – przez długi okres PI będzie więc oddziaływać na wyobraźnię radykałów islamskich, zwiększając ich zdolności rekrutacyjne, a tym samym niebezpieczeństwo płynące z ich strony. Choć dzięki niewiarygodnemu postępowi zabezpieczeń antyterrorystycznych prawdopodobieństwo dokonania megazamachu terrorystycznego znacznie dziś zmalało, państwa zachodnie pozostają wciąż niemal bezradne przed akcjami tzw. „samotnych wilków”, którzy mogą realizować strategię „tysiąca ukąszeń” na skalę globalną. Ich celem nie jest oddziaływanie na zachodnią infrastrukturę, lecz na relacje społeczne i stosunek ludności rdzennej wobec setek tysięcy muzułmańskich imigrantów. Radykałowie liczą, niebezzasadnie, że uda im się wywołać spodziewaną reakcję w postaci licznych aktów skrajnej niechęci zachodnich społeczeństw wobec wszystkich muzułmanów (jak np. podpalanie meczetów), co będzie sprzyjać radykalizacji muzułmańskiej ummy.

A ponieważ Zachód pozostaje dziś wciąż bezradny w toczącej się obecnie walce o „serca i umysły”, gdyż nie jest w stanie przeciwstawić „zaproszeniu” radykałów muzułmańskich kierowanego do osób poszukujących wyrazistych tożsamości jakiegokolwiek konkurencyjnego projektu ideowego, mogącego skutecznie odciągnąć uwagę od projektu salafitów, nie powinien wiec oczekiwać szybkiego zakończenia tej konfrontacji. Konflikt ten trafnie został określony jako „długa wojna” i można być pewnym, że i w nadchodzącym roku pochłonie nowe ofiary. Najwięcej będzie ich w strefie bezpośredniego oddziaływania radykałów – ludobójczy charakter Państwa Islamskiego nie może budzić już dziś wątpliwości, ale można spodziewać się także serii aktów terroru także w świecie zachodnim. Istniejące Państwo Islamskie będzie nie tylko destabilizować swoje bezpośrednie otoczenie, oddziałując na obszar MENA, ale dzięki wykorzystaniu nowoczesnych technologii komunikacyjnych, w tym tzw. nowych mediów promieniować będzie szerzej i dalej. Świat u schyłku rządów prezydenta Obamy nie będzie, niestety, bezpieczniejszym miejscem, wręcz przeciwnie - do czego znacząco się przyczynił swoja indolencją. Niemal wszyscy wrogowie Zachodu wykorzystali czas jego prezydentury na wzmocnienie swych sił i podjęli próby realizacji własnych geopolitycznych planów i zamierzeń. Nie sprzyja to optymistycznemu spojrzeniu w przyszłość, ani tą najbliższą, którą niesie rok 2015, ani nieco odleglejszą. Z całą pewnością nadal będziemy żyć w ciekawych czasach.
 

Tags:

Reklama